wtorek, 20 grudnia 2016

Od William'a CD. Quinlan

*Następnego dnia*
Obudził mnie nieznajomy odgłos... Chociaż nie, owy dźwięk był mi znany, ale... NIE O TEJ GODZINIE! Podniosłem się na łokciach i podniosłem telefon z szafki nocnej. SMS od siostry...
- Kto normalny pisze wiadomości o... 6 rano?! - mruknąłem zaspany. Oczywiście było to pytanie retoryczne. Przeczytałem ją z przymkniętymi oczami, a gdy tylko głowa opadła mi na poduszkę, zasnąłem ponownie.
Budzik miałem nastawiony na dwadzieścia po siódmej. Usiadłem na brzegu łóżka.
- Tym razem nie mogę zwalić tego na Victorię... - wstałem i podszedłem do szafki, z której wyciągnąłem miskę i karmę Homera. Przygotowałem mu śniadanie, a sam udałem się do łazienki. Potrzebowałem maksymalnie dziesięciu minut na ogarnięcie się. Po odświeżeniu ciała i umysłu, przypomniałem sobie o siostrze. Chwyciłem telefon i odpisałem na jej SMS'a. Podszedłem do stolika i zacząłem przeglądać papiery.
- Plan lekcji... Godziny wydawania posiłków... grupa II... plan treningów... Bal? Oni naprawdę chcą mnie wykończyć... - mruknąłem pod nosem. Nareszcie dotarłem do końca i mogłem spokojnie udać się na śniadanie. Wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi i udałem się w tym samym kierunku, co wszyscy. Przed stołówką dostrzegłem postać o długich, rudych włosach. Podszedłem do Vicky.
- Twoje tępo jest niebywale... zawrotne. - mruknęła spoglądając na zegarek w telefonie.
- Dzień dobry, również świetnie wyglądasz i ja też cię kocham. - odparłem i otworzyłem przed nią drzwi. Ze śmiechem pokręciła głową i weszła do środka.
- Nie wierzę, że nie jesteśmy rodzeństwem. - rzuciła podchodząc po śniadanie. Pokiwałem głową w zamyśleniu. Ona tego nie pamięta, ale z początku byłem przeciwny tej adopcji i nie chciałem mieć siostry... Gdy z nami zamieszkała przez kilka tygodni nie mogłem na nią patrzeć... Dopiero Michael przekonał mnie, że wcale nie jest taka zła, jak mi się zdaje... Z tej zadumy wyrwał mnie głos kucharki i śmiech Victorii.
Reakcja Will'a xD
- Co dla ciebie, cukiereczku? - zwróciła się do mnie kobieta. Moja mina musiała być bezcenna, bo Wiewiór o mało nie wywaliła się na ziemię ze swoim śniadaniem. Zatkało mnie i stałem z tym uśmiechem, kompletnie nie wiedząc, co robić.
- Jakby pani mogła, to samo, co dla mnie. - Roxette zwróciła się do staruszki i poklepała mnie po ramieniu dodając ciche: "Nie ma za co" i odeszła. Odebrałem posiłek, ukłoniłem się kobiecie i ruszyłem za nią. Czekała parę metrów dalej i wciąż uśmiechała się pod nosem. Spiorunowałem ją wzrokiem i stanąłem obok.

- I co, cukiereczku? Dałeś radę donieść swe śniadanie aż tutaj?
- Nie musiałaś... Przecież bym sobie poradził! - fuknąłem.
- Ależ musiałam, inaczej stałbyś tam dalej, a wszyscy wokół mieliby naprawdę niezły ubaw. Teraz lepiej powiedz, gdzie siadamy? - spytała popijając herbatę, ale nie słuchałem. Rozglądałem się za pewną znajomą twarzą i fioletowymi włosami. Zadanie wydawało się proste, ale minęła chwila, nim odnalazłem stolik w kącie sali. Uśmiechnąłem się lekko i bez słowa udałem się w tamtą stronę. Zdumiona Victoria przez moment obserwowała moje poczynania, a potem ruszyła moim śladem. Nie zdążyłem zrobić dziesięciu kroków, gdy jakiś chłopak stanął mi na drodze.
- Odradzałbym ci... - zaczął, ale wtrąciła się Ruda...
- Wydaje mi się, że jest na tyle duży, aby sobie radzić. Doceniam twe inspirujące rady, ale nie dawaj ich, jeśli cię o to nie poprosimy. Rozumiesz? - warknęła. Ehhhhh, nigdy nie lubiła dostawać rozkazów... Kątem oka zauważyłem rozbawienie i oczekiwanie w oczach Quinlan. Dokładnie przypomniałem sobie jej słowa z ubiegłego wieczoru... Położyłem dłoń na ramieniu Vicky i stanąłem prze nią, mierząc chłopaczka zirytowanym, groźnym spojrzeniem. 190 centymetrów wzrostu robi swoje, a brunet cofnął się krok w tył.
- Powiem to tylko raz, więc słuchaj uważnie. Nie obchodzi mnie, jaka jest i kim jest dla ciebie. Interesuje mnie kim i jaka jest dla mnie, więc odsuń się albo zrobię to ja. - warknąłem, co brzmiało może trochę dwuznacznie, ale poskutkowało. Czym prędzej zszedł mi z drogi, a na twarzy Quinn pojawił się nikły uśmiech. Przeszedłem kawałek i odwróciłem się do siostry. Victoria kończyła jeść swoją bułkę i dopijała herbatę.
- Nie usiądziesz? - spytałem zaskoczony.
- Ktoś musi wyprowadzić psy i puścić konie do karuzeli. - wzruszyła ramionami i oparła się o ścianę.
- Dzięki! - "zawołałem" cicho i zacząłem się oddalać. Czułem na sobie kilkanaście par oczu, ale nie zwracając uwagi na zbędną publiczność, usiadłem naprzeciwko szarookiej. Zza pleców usłyszałem znajomy, stłumiony śmiech Wiewióra. Obróciłem głowę i pokazałem jej środkowy palec. Ruda odpowiedziała wychylając język.
- O co chodziło temu chłopakowi? - spytała Quinn, jak gdyby nigdy nic.
- Właściwie, to o nic. Biedak po prostu nie zna mnie wystarczająco dobrze, aby podejmować rozsądne decyzje i wypowiadać odpowiednie słowa, gdy już chce stawać mi na drodze. - wzruszyłem ramionami, biorąc łyk herbaty.
- Dzięki temu zostałeś królem całej stołówki? - spytała, ale... zrobiła to jakoś... w miarę normalnie, nie wyczułem sarkazmu i uznałem za żart.
- To wysoko postawiona poprzeczka. Mam bardzo napięty grafik, więc doceń to śniadanie z Królem Stołówki, bo może nigdy więcej się nie powtórzyć. - odparłem zachowując całkowitą powagę. Na jej twarz zagościł mały uśmiech. Nagle podeszła do nas Victoria...
- Ja już spadam. Do zobaczenia, cukiereczku! - pocałowała mnie w policzek i zadowolona wyszła ze stołówki. Pokręciłem głową z cichym śmiechem. Uwielbia mieszać mi w relacjach, a zwłaszcza z dziewczynami.
- No, proszę! Widzę, że nie tracisz czasu. - mruknęła dziewczyna odprowadzając wzrokiem moją siostrę. Zmarszczyłem brwi, obróciłem się gwałtownie i wskazałem palcem na wychodzącą Wiewiórę, po czym jeszcze raz z niedowierzaniem spojrzałem na Quinn. Przez moment siedziałem oszołomiony, a chwilę potem wybuchnąłem głośnym, niekontrolowanym śmiechem. Prawie zsunąłem się z krzesła.
- Mówisz poważnie? Nieeee, nie mówisz... To obrzydliwe... Nie mógłbym... Zaraz zwymiotuje! - i śmiałem się dalej. Liliowowłosa była wyraźnie zaskoczona moim zachowaniem.
- Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?
- Ta rudowłosa, wredna piękność jest moją siostrą. Adoptowaną, ale nosi nazwisko Grant i choc nie łączą nas więzy krwi, to nie mógłbym wyobrazić sobie lepszej siostry. - odpowiedziałem, biorąc kolejny łyk kawy.

Quinlan? (Udało mi się! Nie spiesz się z odpisem, bo zostały mi jeszcze dwa xD)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz