Próbując ukryć zmieszanie, zeskoczyłam z łóżka i znowu podeszłam do terrarium z gekonem.
- Od dawna masz tego słodziaka? - spytałam, wpatrując się w zwierzaka. Nigdy nie widziałam takiego na żywo, chociaż w dzieciństwie opiekowałam się jaszczurką sąsiadki.
- Jesteśmy razem dość długo - przejechał dłonią po włosach i odłożył skrzypce na szafkę. W głowie wciąż słyszałam cichą muzykę, a melodia, którą zagrał chłopak wciąż chodziła mi po głowie. - Masz jakieś zwierzę? Nie widziałem u ciebie żadnego.
- W domu zostawiłam psa i papugę - uśmiechnęłam się do niego, kątem oka obserwując gada. - Nie chciałam ich stresować podróżą i zmianą otoczenia.
- Rozumiem - uśmiechnął się, a ja poczułam jakby w brzuchu zmartwychwstało mi stado szkieletowych motyli. Z trudem powstrzymałam parsknięcie, gdy zdałam sobie sprawę, z absurdalności swoich myśli.
~~*~~
Wydłużyłam wodze, pozwalając tym samym Venti'emu na rozluźnienie się pod długim treningu. Od samego przyjazdu ciężko pracowaliśmy nad swoimi błędami, z każdym dniem będąc coraz lepszymi. Czasami przypatrywałam się osobom z poziomem zaawansowanym i byłam pełna podziwu dla ich umiejętności. Imponowało mi ich opanowanie i współpraca z koniem, ale musiałam przyznać, że to drugie również osiągnęłam. Ja i mój wierzchowiec rozumieliśmy się bez słów, doskonale wiedzieliśmy co chce drugie zrobić.
- Sammy! - słysząc głos Max'a podniosłam wzrok znad szyi Venti'ego, który zarzucił łbem, rżąc na powitanie.
- Zdrajco, na mój widok się cieszysz tylko jak wyczujesz smakołyki - pacnęłam go szyję, udając złość. Gdy tylko podeszliśmy do ogrodzenia karosz oparł łeb na piersi szatyna, domagając się pieszczot. Korzystając z faktu, że koń na pewno nie poruszy się przez kilka sekund, zeskoczyłam z niego i stanęłam obok chłopaka. Znaliśmy się już sporo czasu, a dzień wyjazdu z akademii zbliżał się nieubłaganie. Poniekąd cieszyłam się z tego powodu, ale perspektywa zostawienia przyjaciół nie wydała mi się ani trochę kusząca.
- Skończyłaś na dziś?
- Um... tak... - uśmiechnęłam się, widząc jego uśmiech. Za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, mój żołądek wzniecał powstanie. Byłam u pielęgniarki prosząc ją o badanie, ale stwierdziła, że nic mi nie jest. Określiła to mianem "zauroczenia" bądź "buzowania hormonów". Hormony to chyba jej buzują, mnie naprawdę coś może być.
- Miałem iść na stołówkę, ale stwierdziłem, że sam bym się nudził - poklepał Venti'ego i schował dłonie w kieszenie kurtki.
- Z całą pewnością nie - parsknęłam i zacmokałam na konia, który posłusznie poczłapał za mną. Doskonale wiedział, że w boksie czeka na niego smaczna pasza, inaczej nie byłoby mowy o powrocie. Gdy tylko udało mi się rozsiodłać wałacha, ten odsunął się ode mnie, całkowicie poświęcając się jedzeniu. Czasami dziwiło mnie, że nigdy nie miał kolki. Był istnym workiem bez dna, jeśli chodzi o żarcie. W sumie, miałam podobnie. Tuż przed wyjściem odłożyłam toczek do szafki, zmieniając go na ciemnoczerwoną czapkę.
- Chodź, bo się spóźnimy - Max złapał mnie za rękę, ciągnąc za sobą, a ja o mało nie potknęłam się o własne nogi. Uszłam kilkanaście kroków i wyłożyłabym się jak długa, gdyby nie refleks szatyna, który złapał mnie tuż przed zderzeniem z podłożem. - Okej?
- Tak, dzięki - stanęłam na własne nogi, nie odsuwając się od niego. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w jego piękne, czekoladowe oczy, nie mogąc zignorować kolejnych motyli w brzuchu. Może jednak pielęgniarka miała rację. Nerwowe zerknięcia Max'a ku górze sprawiły, że ja również podniosłam wzrok i z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że stoimy pod jemiołą. Cóż za wyczucie czasu. Bliskość chłopaka sprawiła jednak, że zamiast odsunąć się jak człowiek i wytłumaczyć się jakkolwiek, objęłam go za szyję i musnęłam jego usta. Krótka pieszczota wywołała u mnie lekki dreszcz, który przez chwilę mnie oszołomił, ale dosłownie ułamek sekundy później, pocałowałam go. Nie spodziewałam się jednak, że chłopak go odwzajemni. Urok chwili przerwało znaczące chrząknięcie jednego ze stajennych, na co odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
- Ja... przepraszam Max... Nie powinnam byłą tego robić. Nie wiem jak... - język mi się plątał, dlatego spuściłam wzrok.
Maksiu? <3
- Chodź, bo się spóźnimy - Max złapał mnie za rękę, ciągnąc za sobą, a ja o mało nie potknęłam się o własne nogi. Uszłam kilkanaście kroków i wyłożyłabym się jak długa, gdyby nie refleks szatyna, który złapał mnie tuż przed zderzeniem z podłożem. - Okej?
- Tak, dzięki - stanęłam na własne nogi, nie odsuwając się od niego. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w jego piękne, czekoladowe oczy, nie mogąc zignorować kolejnych motyli w brzuchu. Może jednak pielęgniarka miała rację. Nerwowe zerknięcia Max'a ku górze sprawiły, że ja również podniosłam wzrok i z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że stoimy pod jemiołą. Cóż za wyczucie czasu. Bliskość chłopaka sprawiła jednak, że zamiast odsunąć się jak człowiek i wytłumaczyć się jakkolwiek, objęłam go za szyję i musnęłam jego usta. Krótka pieszczota wywołała u mnie lekki dreszcz, który przez chwilę mnie oszołomił, ale dosłownie ułamek sekundy później, pocałowałam go. Nie spodziewałam się jednak, że chłopak go odwzajemni. Urok chwili przerwało znaczące chrząknięcie jednego ze stajennych, na co odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
- Ja... przepraszam Max... Nie powinnam byłą tego robić. Nie wiem jak... - język mi się plątał, dlatego spuściłam wzrok.
Maksiu? <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz