Nie należałam do ludzi leniwych. Wstałam już o 5 rano. Wczoraj Cole obiecał, że podwiezie mnie do Jobelly na mistrzostwa. Jako jedyna mam tam startować w barwach naszej Akademii, więc pani Stewart uznała, że muszę się przygotować, no i wczoraj nie byłam na lekcjach. No więc co robiłam? Ćwiczyłam skoki, cross i ujeżdżenie, mojej kochanej Haru. Cinque stała z boku i parskała za każdą zrzutką, lub złą zmianą nogi. Jak koń może być taki inteligentny? No nic... Ubrałam jeansy, bluzkę, bluzę i ciepłą kurtkę. W ręce zabrałam buty. Wczoraj wieczorem spakowałam strój jeździecki, wyczyściłam cały sprzęt Hany, no i oficerki. Po tym byłam tak wykończona, że nie zjadłam kolacji. Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym ruszyłam do stajni. Zaplotłam Kasztance warkocze, wyczyściłam ją, aż lśniła. Zleciała mi na tym godzina. Przyszedł Cole i pomógł mi wszystko zapakować.
***2 godziny później***
Atmosfera była napięta. Każdy jeździec chciał wypaść jak najlepiej. Postanowiłam się rozejrzeć, a przy okazji odebrać swój numer do startu. Powitał mnie gospodarz, pan Coopanda (hahaha). Podał mi kartkę z numerem 36. To prawie na samym końcu. Przynajmniej będę miała na wszystko czas. Na rozgrzewkę zostawię sobie 15 minut. Na razie postanowiłam iść do barku, zrelaksować się i nie martwić tym co będzie. Paru jeźdźców zagadało do mnie. Jednak nasze wymiany zdań nie trwały zbyt długo. Zanim wróciłam do Cole'a, moją uwagę przykół, bułany koń Achał-teński. Jego właściciel wybudził mnie z transu.
-I co mała? Spodobał się? Nigdy nie będzie cię na takiego stać. Jaką masz szkapę? Zapewne jakiegoś Hucuła, co? - zaśmiał się drwiąco.
Wywróciłam oczami.
-Mam konia lepszego niż ten twój złom - burknęłam i odeszłam.
No proszę... Minęło tak niewiele czasu, a już mam kogoś kogo bardzo chcę pokonać. Udowodnię temu blondaskowi, że nie tylko on ma świetnego konia i cięty język. Wkurzona wróciłam pod przyczepę. Cole się zaśmiał, ale nie zapytał o co chodziło. Bez zbędnych słów, ruszyliśmy do barku dla jeźdźców. Już do nikogo nie zagadałam. Tylko tępo wpatrywałam się w Colę, dłubałam rurką w plastikowym kubku, no i myślałam jak pokonać tego wstrętnego typka. Zakładałam, że był Francuzem, bo mówił z delikatnym akcentem.
***Czas startu***
Rozgrzewka nie poszła nam aż tak źle. Tylko jedna zrzutka, przy okserze. Te mistrzostwa były na czas. Nie na dokładność. Więcej Francuza już nie spotkałam, ale zaciekle najeżdżałam na okserze i stacjonaty, które ustawiał mi Cole. Teraz usłyszałam jak wywołują moje imię.
-Zapraszamy pannę Marę Todd-Brighton na koniu Haru, numer 36 - oznajmił głęboki męski głos.
Wzięłam głęboki oddech i rozpoczęłam przejazd. Pierwsza stacjonata. Ostry zakręt, na którym Haru nieco się zachwiała. Odliczyłam kąt pod jakim musiałyśmy wejść w kolejny zakręt, aby było szybko i bezpiecznie. Okser. Dwie stacjonaty. Szereg. Kombinacja. Na koniec przeszkoda mierząca sobie jakieś 150 cm. Ledwo ją przeskoczyłyśmy. Nie liczyłam na jakiś w miarę dobry czas. Na pewno to przegram. Wyjechałam z parkuru.
-A teraz Michel Fronchouz na koniu Bonjour Mad, numer 37 - ponowienie głos wydobył się z głośników.
Blondyn, na bułanej Achał-tence, zaśmiał się przejeżdżając obok mnie oraz Kasztanki. Spochmurniałam. On nie może wygrać. Nie ma takiej opcji.
***Wyniki***
-Trzecie miejsce zajmuje Michel Fronchouz na Bonjour Mad - ogłosił pan Coopanda.
Dumny chłopak, podjechał i odebrał brąz. Drugie miejsce zajęła jakaś rudowłosa dziewczyna z Jeverly Pethouse School. Zostało już tylko jedno miejsce. I szczerze się zdziwiłam gdy usłyszałam te słowa.
-A pierwsze miejsce zajmuje Mara Todd-Brighton na klaczy Haru!
Oszołomiona, ruszyłam po puchar. To musiał być sen... Ujrzałam wściekłą minę Michel'a. Ponownie wywróciłam oczami. Moje palce dotknęły zimnej powierzchni. A gdy przyszedł czas na rundę honorową... Nie mogłam przestać się uśmiechać. Tak samo jak i w drodze powrotnej do Morgan University, gdzie Bella, gorąco mi pogratulowała. No a Cinque... Jakby zaczęła podziwiać młodszą towarzyszkę.
I tym oto opowiadaniem... Mara jest na równi z Harley xddd
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz