Z tej odległości nie mogłam ustalić kto to jest. Po chwili jednak rozpoznałam Cole"a. Oczywiście, kto inny?- pomyślałam
Chłopak podjechał bliżej.
- Czy ty mnie śledzisz? - zapytałam pół żartem pół serio.
- Niee... zbieg okoliczności - uśmiechnął się.
- Dobra.. skoro już tu jesteś może pokażesz mi gdzie tu można coś zobaczyć - lekko się uśmiechnęłam.
- To jedźmy - ruszył stępem przed siebie.
Z lasku wyjechaliśmy na ogromną, zaśnieżoną łąkę. Ruszyłam kłusem do przodu. Na szczęście nie było ślisko. Postanowiłam zagalopować, po chwili dogonił mnie Cole.
- Może mały wyścig? - spojrzałam na chłopaka.
- Czemu by nie - uśmiechnął się.
Zawrociliśmy konie i stanęliśmy w miarę równo, obok siebie.
Zaczęłam odliczać...3...2...1...Start!
Ruszyliśmy galopem, szliśmy łeb w łeb. Po chwili jednak Cole wyszedł na prowadzenie. Byliśmy już niedaleko ustalonej mety. Dałam luźniejszą wodzę klaczy a ta wystrzeliła do mety.
- Tak! - krzyknęłam triumfalnie.
- To jest nie fair! - oburzył się Cole.
- Życie - powiedziałam.
Poklepałam klacz. Nie chciałam już mówić, że większość chłopaków zawsze musi wygrać.
Ruszyliśmy stępem z powrotem do stajni.
Cole?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz