Postanowiłam się przejść z moją klaczą.
Szłam rozbawiona po miękkiej ziemi z uśmiechem na ustach.
Antazja patrzała na mnie z zaciekawieniem.
Gdy tak szłam sznurek od Antazji się wyrwał i uciekła.
-Antazja do nogi, choć tu ty diable-mówię rozkojarzonym Głosem, Ale
pobiegłam za nią myśląc, że nie pobiegła zbyt daleko jak tak to mam prze
kichane. Klacz zatrzymała się obok chłopaka z walizką, który mocno
trzymał swojego konia.
-Aknazja-ryknęłam szybko wyjmując spod kurtki marchewkę.
Gdy tak stałam z tą marchewką Antazja zawróciła a koń chłopaka zaczął się wiercić aż pobiegł w moją stronę.
Wyrzuciłam szybko marchewkę łapiąc sznurek u Antazji.
-Przepraszam, ale ona czasem taka jest-powiedziałam
-Nic nie szkodzi-mówi nieznajomy
-Nowy jesteś wiesz nie widziałam cię jeszcze-wytłumaczyłam lekko klapiąc Antazje.
-Tak- wymamrotał
-Pomóc ci?-zapytałam się
-Tak-mówi chłopak
Pomogłam mu dojść do akademii.
Potem wyszczotkowaliśmy nasze konie.
-Jak masz na imię wiesz jestem tego bardzo ciekawa-mówię dokańczając czyścić ostatnie kopyto Antazji
Zapadła głucha cisza przez dokładnie kilka min.
-Dobra ja mam na imię Diana a ty?-odpowiedziałam jednocześnie przerywając tę niezręczną ciszę.
(Valerio? brak weny totalnej)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz