Stanęłam przed lustrem i podparłam się pod boki. Przyjrzałam się sobie
dokładnie. Nie, tak nie może być. Nie mogę tak dłużej wyglądać. Po
prostu znudził mi się mój wygląd.
Przede mną na umywalce leżały nożyczki i szamponetka. Chwyciłam to
drugie i chwilę później moje włosy miały kolor różowy. Spięłam je w koka
na czubku głowy i już miałam wyjść z łazienki, kiedy coś jeszcze
przyszło mi do głowy. Wyciągnęłam parę kosmyków z upięcia i przycięłam
je tak by sięgały mi do brody. Uśmiechnęłam się blado do swojego odbicia
w lustrze i uznałam, że jestem gotowa do wyjścia.
Otworzyłam okno i walnęłam w klakson. Kierowca z przodu otworzył okno i
krzyknął do mnie, żebym się nie gotowała bo spaghetti się cieszy... A
może chodziło mu raczej o to żebym się nie denerwowała bo nie tylko mnie
się śpieszy? Nie wiem. Miałam zbyt głośno włączoną muzykę. Idiotka ze
mnie, że nie pojechałam obwodnicą tylko przez centrum Londynu! Teraz
stałam w gigantycznym korku na wyjeździe z miasta. Ponieważ przez
godziny ruszyłam się może 2 metry do przodu, przechyliłam fotel do tyłu,
zdjęłam buty i położyłam nogi na desce rozdzielczej. Gdybym włożyła
okulary przeciwsłoneczne czułabym się prawie jak na plaży w Kaliforni. Z
tą różnicą, że aktualnie była zima, a wokół mnie było pełno śniegu.
Najbardziej jednak martwiło mnie jak Dew zniesie tą podróż. Nigdy nie
lubił podróżować. Na szczęście na razie nie słyszałam zniecierpliwionego
rżenia i kopania. Nie wiedziałam tylko czy to dlatego, że środki
uspokajające zadziałały, czy mój koń nie żyje.
Tym razem usłyszałam klakson za sobą. Leniwie się przeciągnęłam i
spostrzegłam, że auta z przodu już dawno się przesunęły. Dodałam gazu i
skręciłam w bok, a po kilku minutach znalazłam upragnioną autostradę,
którą mogłam dojechać prosto do stadniny. Tak mi się przynajmniej
zdawało.
Gdy autostrada się skończyła skręciłam w lewo. Kilometr jechałam
asfaltową drogą, a kiedy ta zmieniła się w polną dróżkę pomyślałam, że
to musi być dobra droga. Kiedy jednak po 20 minutach jazdy po nie równym
zamarzniętym błocie dalej nie widziałam stadniny, stwierdziłam, że coś
jest nie tak. Zatrzymałam się i wyciągnęłam mapę. Przyciszyłam trochę
Lanę Del Rey starając się znaleźć na mapie miejsce, w którym skręciłam w
złym kierunku. Wtem usłyszałam klakson. Przez chwilę wydawało mi się,
że znów stoję w korku, więc odkrzyknęłam.
- Co na mnie trąbisz?! T ktoś z przodu blokuje ruch!
Zaraz jednak zdałam sobie sprawę, że już dawno wyjechałam z korku.
Odwróciłam się w lewo i spojrzałam na zdziwioną blondynkę wyglądającą
przez otwarte okno w swoim samochodzie.
- Sorry...to...e... - machnęłam ręką - coś mi się pomieszało...
''Już dawno!'' - dodał głos w mojej głowie, a ja z trudem powstrzymałam się, żeby na niego nie nakrzyczeć.
- Ok...rozumiem - odparła niepewnie z wyraźnym brytyjskim akcentem.
Mówiąc to pokiwała głową, chyba głównie po to żeby przekonać samą
siebie, że to co mówi jest prawdą.
- Wiesz jak dojechać do Morgan University? - spytałam pociągając nosem.
Przez otwarte okno w samochodzie robiło się zimno. Zauważyłam, że osoba,
z którą rozmawiam jest ode mnie starsza, ale osobiście uważam, że
zwracanie się do obcych ''na ty'' jest bardzo wygodne, więc nie
przestawałam.
- Tak, właśnie tam jadę. - Wytrzeszczyłam oczy, więc dodała - pracuję tam.
- Świetnie! - Zatarłam ręce jak mucha, żeby je ogrzać.
- Jesteśmy niedaleko, tyle, że jedziesz w złym kierunku. Jedź za mną. -
To powiedziawszy już miała zamknąć okno i ruszyć, ale zawahała się. -
Layla Smith - przedstawiła się.
Ponieważ już zamykałam okno wyciągnęłam szyję żeby odkrzyknąć w
pozostałą szczelinę swoje imię i nazwisko. Musiało to wyglądać dość
zabawnie - jak w kreskówce - ale nie przejmowałam się tym.
C.D.N.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz