niedziela, 25 grudnia 2016

Od Agnes do Lydii

Ja chci - Nieważne. Wesołych świąt. - powiedziała Lydia, ostatnie słowa wypowiadając ledwo słyszalnie.
Odwróciła się na pięcie i podeszła do boksu swojego wierzchowca. Po chwili wyszła ze stajni. Gdy drzwi się zamknęły, westchnęłam ciężko. Pogładziłam Sherlocka po czole, odczekałam jeszcze chwilę, po czym również wyszłam ze stajni, skierowałam się do akademika. Trzasnęłam drzwiami od pokoju, nie przebierając się, położyłam się na łóżku, momentalnie zasnęłam
***
Z szafy wyciągnęłam czarną sukienkę bez rękawów, sięgającą do kolan ze zdobioną górą.

Położyłam ją na łóżku. Zerknęłam na malutką, stojącą na parapecie, świeżą choinkę, którą niedawno przyozdobiłam równie miniaturowymi bombkami, łańcuchami i lampkami, mimowolnie lekko się uśmiechnęłam. Usiadłam na krześle, obok siebie na biurku położyłam niewielką kosmetyczkę. Na co dzień robiłam bardzo delikatny makijaż, tym razem nie miało być inaczej. Jedynie nałożyłam cienką warstwę
podkładu i przypudrowałam go, pomalowałam końcówki rzęs i użyłam trochę różu, kreski nawet nie próbowałam robić, nigdy mi nie wychodziła. Zajęło mi to co najwyżej osiem minut. Niedbale zakręciłam włosy w delikatne fale. Rozważałam włożenie balerinek, ale ostatecznie glany zdecydowanie wygrały. Spojrzałam na sukienkę, bardzo rzadko nosiłam takowe, można by powiedzieć, że raz na ruski rok. Założyłam ubranie, a także ukochane glany i przejrzałam się w lustrze. W sukience wyglądałam nadzwyczaj dziwnie, jednak dziesięcio dziurkowe buty, niegdyś dzielnie służące robotnikom wszystko w miarę równoważyły. Gdy weszłam do pogrążonej w półmroku sali, oświetlonej jedynie lampkami choinkowymi i świecami, mimowolnie westchnęłam z zachwytem. Rozejrzałam się, wdychając subtelny zapach cynamonu i świerków. Pod ścianami ustawione były stoły nakryte długimi do podłogi, białymi obrusami, które delikatnie mieniły się w świetle lampek. Na każdym leżał łańcuch choinkowy, wszystkie stoły zastawione były apetycznie wyglądającymi potrawami, oraz napojami. Widocznie kadra w święta zrobiła wyjątek, ponieważ gdzieniegdzie stały butelki z szampanem i dobrym winem. Nalałam sobie odrobinę czerwonego wina do kieliszka, stanęłam pod wolną ścianą i powoli sącząc napój, powróciłam do obserwacji. W kącie stała wysoka, przepięknie ozdobiona choinka, oświetlająca swoim blaskiem stanowisko DJ'a. Akurat leciało "Jingle Bell Rock". Zanuciłam cicho. Odstawiłam pusty kieliszek na stół i wierzchem dłoni otarłam usta, wciąż czując słodkawy, winny posmak. Piosenka się zmieniła, nie kojarzyłam jej, no cóż.
- Szk--Agnes, posłuchaj mnie – usłyszałam, po chwili poczułam, że Lydia chwyta mnie za dłoń. Niechętnie odwróciłam się w stronę brytyjki. Spojrzałam w jej oczy, próbując cokolwiek z nich wyczytać, z tym gestem dziewczyna znacznie straciła na pewności siebie. – Ja… Ja… Ja chciałam… Cię przeprosić… Za… To… To… Wszystko. Za ten pocałunek… I głupią kurwę… I… I… Bo wiesz… Ja chyba jestem… Lesbijką… I cię… Kocham? Tak… Chyba… Tak, na pewno…
Milczałam, myśląc nad tym, co powiedziała Lydia. Po chwili puściłam jej dłoń i objęłam ją w pasie. Przycisnęłam swoje ciało do brunetki i pocałowałam ją nieśmiało. Dziewczyna wplotła dłonie w moje włosy, także mnie całując. Na chwilę odsunęłam się od Lydii, ruchem głowy wskazując coś ponad nami.
- Jemioła… - szepnęłam, przytulając dziewczynę, którą ja również darzyłam miłością, do czego przez długi czas nie potrafiłam się przyznać przed samą sobą. Oparła głowę o moją pierś i zerknęła w górę. Na jej ustach dostrzegłam delikatny uśmiech, który zjawił się, gdy ujrzała zupełnie niepozorną roślinkę. Niepewnie spojrzałam na drobną osóbkę, przygryzając wargę. Czułam na nas spojrzenia wielu par oczu, jednak zupełnie nie zwracałam na to uwagi.
To urocze… - odpowiedziała, również szeptem, ściskając mnie. Po chwili odsunęła się ode mnie, chwyciła mnie za dłonie – Chodźmy… - dodała, ciągnąc mnie za sobą. Tym razem zupełnie stawiałam oporu, ufnie podążyłam za nią.
***
- Rozumiem – odparłam szybko, po raz kolejny przygryzając wargę. Wzięłam głębszy haust powietrza – Tak, rozumiem, naprawdę.
Lydia podniosła się, a ja tuż za nią. Zadrżałam z zimna. Dziewczyna, widząc to, objęła mnie.
-Już w porządku, pospacerujmy jeszcze chwilę. - powiedziałam, z powrotem chwytając bruntkę za rękę.
-Nie, wracamy do środka, przeziębisz się. - Lydia odmówiła stanowczo.
-Ale noc jest taka piękna.. - sprzeciwiłam się, starając się opanować szczękanie zębów.
-Bo zacznę śpiewać! - zagroziła brytyjka.
-Ale.. - zaczęłam, jednak nie dokończyłam, Lydia fałszując, zaczęła śpiewać "Sama tak" z Nędzników.
"Jak zawsze sama, sama wciąż,
Nie mam gdzie iść, ni dokąd wrócić.
Nie czeka na mnie dobry dom,
Ani przyjaznej twarzy uśmiech.
Nad miasto spływa noc –
U mego boku widzę go."
Więcej tego przykrego zawodzenia nie mogłam wytrzymać. Chciałbym powiedzieć, że Lydia pięknie śpiewa, jednak okrutna rzeczywistość była inna.
-Nie, proszę, mam dość. Chodźmy do akademika. - westchnęłam z niechęcią. -Przebierzemy się w coś.. Wygodniejszego i w moim przypadku też suchszego. Zajrzysz do mnie jeszcze? - zapytałam, licząc za twierdzącą odpowiedź.
-Jasne. - dziewczyna uśmiechnęła się, dalej trzymając moją dłoń.
Gdy dotarłam do pokoju, otworzyłam szafę i wyciągnęłam pierwszą lepszą bluzę, trafiło na ciemnoszarą. Nagle z jej kaptura wypadła jakaś książka, schyliłam się, by ją podnieść. Od razu ją rozpoznałam. Był to notes z przepisami kucharskimi mojej siostry. Przyjrzałam się mu z niedowierzaniem, przytuliłam go do siebie. Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, jednak szybko ją otarłam. Położyłam notes na biurku, przebrałam się w za dużą bluzę i jeansowe rurki. Od razu lepiej. Stanęłam na palcach i z najwyższej półki ściągnęłam prezenty dla Lydii, kupione już sporo czasu temu. Był to wisiorek z Tardis [klik] i tajemniczo wyglądające pudełko, opakowane w papier w reniferki, przewiązane czerwoną wstążką. Dodatkowo założyłam czapkę świętego Mikołaja. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Czapka uroczo przekrzywiła mi się na prawą stronę, nie poprawiałam jej. Prawie nie było widać śladu po łzie. Prawie, oby pozostała niezauważona. Pudełko chwilowo schowałam pod łóżko, natomiast wisiorek schowałam do kieszeni bluzy. Usiadłam na łóżku i czekałam. Po dosłownie dwóch minutach zjawiła się oczekiwana przeze mnie dziewczyna. Położyła na moim łóżku starannie zapakowaną paczkę.
-Stań proszę przed lustrem i zamknij oczy. - poprosiłam, na moich ustach uśmiech wygrał z przyzwyczajeniem niewyrażania emocji - Nie podglądaj!
Lydia również nie potrafiła ukryć uśmiechu. Na jej szyi zawiesiłam łańcuszek z Tardis. Spod łóżka wyciągnęłam drugi prezent.
-Możesz otworzyć oczy. - powiedziałam, stając obok brytyjki i chowając paczkę z czerwoną wstążką za plecami.
Dziewczyna otworzyła oczy i skupiła wzrok na wisiorku.
-Jaki śliczny! - zawołała, wieszając mi się na szyi, zrobiłam krok do tyłu, by utrzymać równowagę. - Dziękuję, jest przepiękny.
-Jest jeszcze coś. - podałam brunetce drugi prezent.
Ta z uśmiechem na ustach odpakowała go. Oczy zabłyszczały jej z zachwytu, gdy wzięła do ręki Śrubokręt Soniczny Doctora Jedenastego. [Klik]
-Jestem.. Jestem niczym Doctor. Doctor Tyrell. Ale możesz mówić mi Lydia. - z tymi słowami otworzyła Śrubokręt.
-Tak właściwie, jakim jesteś doktorem? - zapytałam z czystej przekory.
-No cóż, to czasami trochę niejasna kwestia. Myślę, że wybrałam ten tytuł tylko dlatego, iż sprawia, że brzmię poważnie.
Uśmiechnęłyśmy się do siebie.
-Tym razem ty zamknij oczy. - nakazała mi Lydia.
Posłuchałam, uśmiech nie schodził mi z ust.
Poczułam chłodny dotyk metalu na nadgarstku.
-Spójrz. - na te słowa otworzyłam oczy i z ciekawością spojrzałam na swoją lewą rękę. Ujrzałam łańcuszek z zawieszkami w kształcie bardziej, lub mniej charakterystycznych symboli Sherlocka Holmesa.
-Jest przecudowna. - szepnęłam, nie mogąc oderwać wzroku od błyskotki. Objęłam Doctor Tyrell w pasie i delikatnie pocałowałam ją w usta.
-Mam jeszcze drugą rzecz. - dziewczyna podała mi ślicznie zapakowany prezent.
Gdy go wzięłam, z zaskoczeniem lekko ugięłam się od jego ciężaru, spodziewałam się, iż będzie to lżejsze. Rozdarłam papier, moim oczom ukazała się "Księga Przygód Sherlocka Holmesa."
-Dziękuję. - powiedziałam z wdzięcznością. - W sumie.. Respektujesz na robienie pierniczków? - wpadłam na ten pomysł, patrząc na notes Maddison, ta propozycja mimo wszystko dużo mnie kosztowała.
-Jasne, z chęcią. - odparła Lydia.
Odłożyłam książkę na biurko, brunetka to zrobiła ze Śrubokrętem. Zabrałam notes, skierowałyśmy się do akademikowej kuchni. Gdy już do niej dotarłyśmy, przeczytałam składniki, zaczęłyśmy wyciągać wszystkie na blat. W pewnym momencie przez przypadek obsypałam dziewczynę odrobiną mąki.
-Osz ty! - zawołała, chwyciła garść mąki i rzuciła nie we mnie.
Nie pozostałam dłużna, obrzuciłam brytyjkę kakaem. Wkrótce rozgorzała zaciekła bitwa, każdy składnik służył nam za broń. Obydwie byłyśmy całe w mącę, maśle, żółtkach, białkach, kakale i kilku jeszcze przedmiotach spożywczych. Wycelowałam kurzym jajkiem w Lydię i je rzuciłam. Ta się uchyliła, a ciałem zasłaniała drzwi. Naszym cudownym fartem, w takowych nagle zjawiła się pani Stewart, żółtko wraz z białkiem rozpłaszczyły się idealnie na środku jej czoła. Zasłoniłam usta dłonią.
-Panno MacKenzie, Tyrell, co tu się wydarzyło? - kobieta z odrazą ogarnęła wzrokiem pobojowisko.
-Przepraszamy panią, już nie będziemy. - powiedziałam z udawaną skruchą, jednak tak naprawdę walczyłam ze sobą, by nie wybuchnąć śmiechem.

Lydia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz