Strony

sobota, 10 grudnia 2016

Od Will'a do Quinn

Na lotnisku musieliśmy czekać jakieś trzydzieści minut tylko po to, aby dowiedzieć się o odwołanym locie, a raczej przesuniętym locie. Popatrzyłem na Roxette, która była równie niezadowolona, co ja.
- Przypomnij mi, już mamy kwiecień? Bo ten żart nie jest śmieszny. - mruknęła podchodząc do mnie.
- Ale widzę, że ta wiadomość nie wpłynęła zbytnio na Twój nastrój. Jesteś nie mniej sarkastyczna, niż zwykle. - odparłem biorąc łyk zakupionej kawy.
- Naprawdę Cię to bawi? - stanęła przede mną, przechylając z niedowierzania głowę lekko w bok.
- Mam zacząć płakać? Nic na to nie poradzimy, więc teraz usiądź sobie wygodnie, a ja zmówię dla Ciebie melisę. Zgoda? - zachowałem dotychczasowy optymizm. Vicky tylko fuknęła i gdzieś odeszła, na co pokręciłem głową ze śmiechem. Sam zasiadłem w kawiarni przy jednym ze stolików i cierpliwie czekałem. Po około dziesięciu minutach moja siostrzyczka wróciła i z założonymi rękami zajęła miejsce na przeciwko.
- Lepiej Ci? - spytała z wyrzutem, widząc mój wyraz twarzy.
- Po prostu wciąż jesteś tak straszliwie przewidywalna. - wzruszyłem ramionami. - Aha i tutaj jest twoja herbatka. - mrugnąłem do niej. Widząc, ze próbuje zabić mnie wzrokiem, założyłem słuchawki i przymknąłem oczy. Czas zleciał mi zaskakująco szybko, a z "transu' wyrwało mnie dopiero szturchnięcie w ramię.
- Chodź, odlatujemy za niecałe pół godziny. - zebraliśmy się i polecieliśmy do Wielkiej Brytanii.
~około 10 godzin później~
Podróż minęła bez większych przygód. Większość czasu (na zmianę) spędziliśmy przy zwierzętach. Na lotnisko przyjechał po nas umówiony samochód oraz koniowóz. W pierwszym wieziono bagaże, a my jechaliśmy tym drugim. Aby zaoszczędzić na transporcie quady umieściliśmy w wolnych miejscach w koniowozie, który normalnie pomieściłby cztery konie.
- Widzę, że lot samolotem Ci nie służy. - mruknęła Victoria, ustawiając swojego quada.
- Powinnaś się cieszyć, że ojciec w ogóle załatwił przewóz naszych rzeczy za tak niską cenę.
- Tatuś "biznesmen" ma kontakty. - fuknęła wprowadzając Amesię.
- Co Cię ugryzło? - spytałem wchodząc z Black Jackiem.
- Nic, jedźmy już. To ze zmęczenia. - weszła na górę piętrowego łóżka, kładąc wcześniej na stole swoją torbę (dla nieświadomych: niektóre koniowozy są tak wyposażone, przykład)
Zająłem swoje miejsce i wtuliłem głowę w poduszkę zmykając oczy. Zasnąłem bardzo szybko.
~jakiś czas później XD~
Obudził mnie głos kierowcy.
- Jesteśmy na miejscu. - oznajmił i zniknął za drzwiami. Przetarłem rękami oczy i wstałem. Victoria wciąż spała, a na tą chwilę nie zamierzałem jej przeszkadzać. Założyłem szarą bluzę z kapturem i wyjrzałem na zewnątrz. Spytałem przechodzącego mężczyznę o godzinę. Dochodziła dopiero piąta po południu, a już panowała ciemność. Homer wyskoczył z auta i zaczął biegać wokół mnie, radośnie machając ogonem. Pogłaskałem go po głowie i zajrzałem do koni.
- Pan Grant? - usłyszałem zza pleców.
- Słucham? - odwróciłem się w stronę właściciela męskiego głosu.
- Oto najpotrzebniejsze, jak na tą chwile dane dla pana i pańskiej siostry.
- Dziękuję... - odparłem czytając kartkę. Zawierała numery pokoi i informacje o boksach kopytnych. Po chwili dołączyła do mnie Victoria. Odstawiliśmy Amesię i Black'a do stajni, a następnie ruszyliśmy na poszukiwanie naszych pokoi. 
- Jedynka i dwójka. - zaśmiała się Vicky.
- Przynajmniej nie stęsknisz się zbytnio. - mruknąłem.
- Zabawny jak zwykle. - fuknęła zamykając za sobą drzwi z numerem 1. Pokręciłem głową z uśmiechem i poszedłem do siebie.
~2 godziny później~
Nie było mnie na kolacji, ale chyba nie straciłem zbyt wiele. Przed zamknięciem zajrzałem jeszcze do koni. Szczerze mówiąc liczyłem, że będę tam sam. Jednak (jak zwykle) stało się inaczej. Przy boksie Jack'a stała jakaś dziewczyna i przyglądała się ogierowi. Cicho podszedłem i rzuciłem:
- Podobno rzuca się na wszystko, co tylko się rusza.
Zaskoczona moją obecnością, cofnęła się dwa kroki. Dopiero teraz zauważyłem jej nietypowy kolor włosów.

Quinn? (Oto efekt Twojego towaru xD)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz