Strony

sobota, 10 grudnia 2016

Od Noaha Do Harley

Stałem na jednym z aktualnie nieużywanych pasów startowych na lotnisku.W ręce mocno trzymałem wodze mojego konia, Nigerii. Wokół mnie znajdowały się walizki z rzeczami moimi, jak i klaczy. Do tego obok stały także dwie klatki transportowe. Z dwójką moich ukochanych pupili. Dashie i Secret'em. Z niecierpliwością czekałem na przyjazd auta załatwionego przez ojca wraz z przyczepą dla Rii. Miało być tutaj już dziesięć minut temu. Nieźle mnie to irytowało. Szczególnie, że jakby tego było mało to Nigeria była bardzo nerwowa przez zmianę otoczenia. Cały czas próbowała się kręcić. Westchnąłem i odchyliłem głowę w tył.
- Błagam aby ten kierowca w końcu przybył - wyszeptałem.
Po kilku minutach w końcu usłyszałem trąbienie. Spojrzałem w tamtą stronę. Stał tam ciemno zielony samochód z przyczepioną czarną przyczepą dla konia. Nareszcie... Ze środka wyszedł mężczyzna w podeszłym wieku. Włosy miał siwe, a oczy piwne. Malował się w nich niepokój. Szybkim krokiem podszedł do mnie.
- Bardzo pana przepraszam za spóźnienie. Były korki i po prostu nie dałem rady szybciej tutaj dotrzeć - zaczął się od razu tłumaczyć. W jego głosie słychać było zmartwienie.
Westchnąłem i machnąłem na to ręką.
- Ważne, że w końcu tutaj dotarłeś - powiedziałem do mężczyzny i dodałem zaraz. - Mógłbyś zabrać walizki i zapakować je do bagażnika? Ja w tym czasie wprowadziłbym Nigerię do przyczepy...
Kierowca szybko pokiwał głową i powtórzył kilkanaście razy tak, zgadzając się na moją prośbę. Od razu zabrał się za pakowanie bagaży. Westchnąłem i spojrzałem na klacz. Powoli podszedłem wraz z Rią do przyczepy. Ta patrzyła na nią niepewnie. Ostrożnie spróbowałem wprowadzić ją do środka. Niestety klacz opierała się. Dopiero za trzecim razem udało mi się. Razem z nią wszedłem do środka. Nigeria patrzyła na mnie niepewnie. Westchnąłem, przytuliłem ją i przywiązałem do poręczy. Wyszedłem z przyczepy i zamknąłem za sobą drzwiczki. W końcu podszedłem do samochodu i szybko wślizgnąłem się na miejsce pasażera. Spojrzałem na kierowcę siedzącego obok.
- Zapakowałeś wszystkie rzeczy? - upewniłem się.
- Oczywiście. Wszystko zostało spakowane - odpowiedział i lekko się uśmiechnął.
Odwzajemniłem niepewnie gest. Po chwili mężczyzna odpalił samochód i ruszyliśmy w drogę. Drogę do Morgan University.
*końcówka podróży*
Jechaliśmy powoli przed siebie. Obserwowałem widoki za oknem. Różne polany i lasy przewijały się przez moje pole widzenia. Po chwili wjechaliśmy do jakiegoś miasteczka. Będąc w nim kierowca przekazał mi, że do akademii pozostało już nam niewiele. Dokładnie piętnaście kilometrów. Miałem nadzieję, że ten kawałek nie będzie tak bardzo mi się dłużył jak cała reszta drogi. Niech ta podróż już się skończy. Wykończony oparłem głowę o szybę. Przyjazd do akademii nie był dla mnie łatwy. Podróż była bardzo długa. Sam lot trwał ponad jedenaście godzin. Do tego przyjazd tutaj także nie był krótki. Z tego co kojarzyłem jechaliśmy już z dwie godziny. Jeszcze przyszła zmiana czasu. To nie wpływało na mnie za dobrze. Zamknąłem oczy i czekałem.
*przyjazd do akademii*
W końcu dotarliśmy na miejsce. No prawie. Jechaliśmy aktualnie przez drogę ogrodzoną drewnianym płotem. Drogę do akademii i stadniny. Z daleka ukazywał się już budynek. Wydawał się dość pokaźnych rozmiarów. Jechaliśmy przed siebie. Budynek stadniny coraz bardziej się przybliżała i mogłem widzieć coraz więcej szczegółów. Po kilku minutach wjechaliśmy na podjazd, a następnie na parking. Na tym znajdowało się naprawdę niewiele pojazdów. Bez żadnego problemu zaparkowaliśmy. Od razu wyszedłem z samochodu i przekazałem kierowcy, że jak na razie bagaże zostają tutaj. Będąc na zewnątrz przystanąłem na chwilę. Zamknąłem oczy i zaciągnąłem się świeżym powietrzem. Na początku postanowiłem pójść do sekretariatu i dowiedzieć się wszystkiego. Wszedłem do sporej wielkości budynku. Rozejrzałem się wokół. Nawet ładne miejsce. Ruszyłem niepewnie przed siebie. Nie wiedziałem, że dokładnie odnajdę punkt informacyjny. Liczyłem na łód szczęścia. Udało mi się. Odnalazłem niewielki wklęsłość gdzie znajdowała się lada, za którą siedziała starsza kobieta.
- Dzień dobry. Jestem tutaj nowy. Noah Skyfull - powiedziałem od razu.
Sekretarka spojrzała na mnie i uśmiechnęła się ciepło.
- Proszę. Tutaj masz wszystkie ważne informacje - podała mi kilka kartek
Odwzajemniłem uśmiech, zabrałem papier i odszedłem. Po drodze zacząłem czytać. Na jednej znajdował się plan stadniny. Na drugiej ten uniwersytetu. Czyżby już przyzwyczaili się do tego, że większość osób przyjeżdża najpierw tutaj? Może... Zostały jeszcze dwie kartki. Pierwsza zawierała informacje na temat tego, który boks należy do Nigerii, gdzie mogę odłożyć jej wyposażenie oraz to, który pokój będzie należał do mnie. Ostatnia przedstawiała plan zajęć. Schowałem wszystkie do kieszeni i szybkim krokiem wróciłem do samochodu. Na początku wyprowadziłem Rię z przyczepy. Była więcej niż szczęśliwa przez to, że w końcu mogła wyjść z zamknięcia. Od razu skierowałem się w kierunku gdzie znajdowały się boksy dla koni. Wszedłem wraz z klaczą do środka. Było to całkiem przytulne miejsce. Zaprowadziłem Nigerię do odpowiedniego boksu. Ściółkę, jedzenie i picie było już naszykowane. Jak miło... Przytuliłem klacz na pożegnanie i wyszedłem z boksu. Następnie wróciłem do samochodu. Wyciągnąłem z niego wyposażenie Rii i zaniosłem je do odpowiedniego miejsca w siodlarni. Na koniec wraz z kierowcą zanieśliśmy resztę moich bagaży przed budynek, w którym miałem mieszkać. Będąc tam wypuściliśmy oba moje pupile, które grzecznie usiadły obok. Już przed wyjazdem uczyłem ich aby były grzeczne po wyjściu z klatek. Nie miałem czasu za nimi biegać. Po chwili kierowca zabrał ze sobą obie klatki do samochodu, pożegnał się ze mną i powiedział przy okazji, że w moim pokoju odnajdę kluczyki do motocyklu, który znajdował się w niewielkim garażu za budynkiem. Podziękowałem mu za wszystko. Starszy mężczyzna odszedł i odjechał. Westchnąłem i spojrzałem na miejsce, które będzie moim domem przez najbliższy czas. Nabrałem powietrze i ciężko je wypuściłem. Zarzuciłem plecak, do którego była przyczepiona deska na plecy. W ręce chwyciłem dwie wielkie walizki. Ruszyłem przed siebie ciągnąc je po ziemi. Dwa psy posłusznie szły obok mojego boku. Rozejrzałem się wokół. Zauważyłem tabliczkę, która mówiła, że pokoje zaczynały się piętro wyżej. O boże... Na szczęście zauważyłem windę. Szybko wszedłem do niej wraz z pupilami. Kliknąłem przycisk z numerem jeden. Po chwili znalazłem się na odpowiednim piętrze, Szybko odnalazłem swój pokój. Kluczyk znajdował się w drzwiach. Wszedłem do środka. Było tutaj nawet przytulnie. Odłożyłem walizki na bok i usiadłem na łóżku. Wtem zauważyłem, że czegoś mi tu brakuje. Secret leżał na dywanie, ale gdzie jest Dashie. Gorączkowo przeszukałem cały pokój, ale nigdzie jej nie było. Wyszedłem na korytarz z nadzieją, że tam ją znajdę. Rozejrzałem się wokół. Nagle rzucił mi się w oczu puszysty, czarny ogonek znikający za jednymi z drzwi. Czyżby to była moja suczka? Szybko pobiegłem tam. Wparowałem do środka. Odnalazłem tam dość ciekawy widok. Mianowicie, mój pupil trzymał w zębach jakiegoś buta. Z drugiej strony stała dziewczyna, która próbowała wyrwać przedmiot zwierzęciu. Po chwili ocknąłem się z szoku i szybko zabrałem Dashie buta i wziąłem ją na ręce.
- Boże... Tak bardzo cię przepraszam za nią... Dopiero przyjechałem, a już problemów narobiłem. Jeżeli mała zniszczyła ci coś to mów, a odkupią to oczywiście - powiedziałem szybko i uśmiechnąłem się przepraszająco.

Harley? Trochę się rozpisałam... xD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz