Idąc do siodlarni wpadłem na kogoś, a może ten ktos na mnie? Co za różnica. Złapałem, jak się okazało, dziewczynę tak aby nie upadła na ziemię. Jednakże szybko wydostała się z mojego uścisku.
- My się chyba nie znamy- zagadałem pierwszy
To była ta sama dziewczyna co weszła rano do biura.
- Cole- przedstawiłem się
- A ja nie mam czasu- powiefziała i wyminęła mnie
Byłem szybszy i zagroziłem jej drogę.
- Moge znać twoje imie?- spytałem
- Jak musisz.... Jasmine- powiedziała obojętnie, a może i nawet była poirytowana i szybko poszła w stronę boksu swojego wierzchowca.
Pokręciłem głowa i zaśmiałem się. No cóż, są i tacy ludzie. Wziąłem osprzęt Picololo i udałem się bez pośpiechu w stronę jego boksu.
Prowadząc osiodłanego ogiera przez korytarz stajenny ujrzałem kilka nowych tabliczek na drewnianych drzwiczkach do boksów koni. Troche ludzi się najeżdżało. Przed budynkiem stadniny wsiadłem na ogiera i luźnym stępem udałem się, pobielałą od świeżego śniegu, drogą nad jezioro.
Jadąc ścieżką, ujrzałem na niej ślady kopyt. Nie byle jakich oczywiscie. Końskich. Najwyraźniej musiał tutaj jechać ktoś przedemna. Ogier którego dosiadłem nie wykazywał żadnych oznak zaniepokojenia czy też zaciekawienia inną wonią konia. Powoli zbliżając się nad zbiornik wodny, który zapewne mógł, ale nie musiał, być przymarznięty, nad jego brzegiem dostrzegłem sylwetkę konia wraz z jeźdźcem na grzbiecie. Czyli jednak ślady musiał zostawić właśnie ten koń
Jasmine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz