Strony

sobota, 10 grudnia 2016

Od Maxa CD Samanthy


Rozdzieliliśmy się. Sammy weszła do pierwszego sklepu na lewo, a ja skręciłem na prawo. Zastanowiłem się po raz setny nad prezentami dla rodziny. Przekopałem bałagan w umyśle w poszukiwaniu życzeń usłyszanych przed odjazdem. Sammy powiedział coś takiego: „Przecież wiesz co chcę. Załatw mi jakąś fajną gierkę.” Udałem się więc do sklepu z artykułami AGD i skierowałem się prosto w stronę półek z grami wideo. Stanąłem przed nimi wodząc wzrokiem od jednego pudełka do drugiego. Muszę się przyznać, nigdy nie grałem dużo w gry i pojęcie o nich miałem tylko powierzchowne. Myślałem intensywnie, której on jeszcze nie ma i wybrałem jedną, ale gdy spojrzałem na cenę zdławiłem ciche parsknięcie i odłożyłem na miejsce. 300 złotych za grę! Kto normalny tyle wydaje na jedną płytę? Westchnąłem tylko zdając sobie sprawę z tego, że większość była właśnie w takich cenach. Wybrałem jeszcze jedną i zastanawiałem się długo, bo miałem dość ograniczony budżet. Wiecie, w przeciwieństwie do mogących wszystkko dzieciaków pochodzących ze snobistycznych i obrzydliwie bogatych rodzin, mój tata nie miał tylu pieniędzy. Za mój pobyt w akademii w większości płaciła ciocia Harriet. Wracając do tematu. Ta gra okazała się o połowę tańsza, co już zdołałem przeboleć. Nazywała się: „Kosiarze Brooklynu”, a tematycznie związana była z apokalipsą zombie. Uznałem, że fabuła nie jest najgorsza i może spodoba się Sammy’emu. Na szczęście ma podobny gust co ja. Z dziwnym uczuciem tłamszonym w środku zapłaciłem kasjerce za grę i ruszyłem na dalszy podbój centrum handlowego.
Następnym problemem był prezent dla ojca. Wiem, że nie przywiązuje dużej wagi do zwykłych przedmiotów i dla niego nie liczy się wartość, trend, czy funkcjonalność. Tata jest bardzo sentymentalny i otacza się przeróżnymi starociami przypominającymi mu najpiękniejsze chwile. Najwięcej ma fotografii mamy i nas. Już chyba wiem po kim odziedziczyłem tę cechę. Tak, więc szukałem czegoś specjalnego. Mijałem właśnie wystawę pewnej księgarni kiedy mój wzrok zatrzymał się na czerwonym napisie głoszącym: „Tylko dziś przedpremierowo można kupić „Przygody konika Bobby’ego”!” Uznałem, że będzie to idealny prezent dla taty. Dlaczego książeczka dla dzieci miałaby być perfekcyjnym podarunkiem dla pięćdziesięcio? Może dlatego, że była to ostatnia książka jaką napisała mama. Po jej śmierci zanieśliśmy ją do wydawnictwa, które ją przyjęło. Za dwa dni miała być jej premiera. Pomyślałem, że na pewno jeszcze nie ma wydanego egzemplarza. Po kilku minutach stania w kolejce udało mi się kupić dzieło Victorii Watson. Byłem pozytywnie zaskoczony, bo chwyciłem ostatnią sztukę. Rozeszły się jak świeże bułeczki! Mama na pewno byłaby zachwycona.
Został tylko podarunek dla cioci. Ciotka Harriet poprosiła mnie o rysunek konia. Tak jak ojciec nie lubi wymuszanych prezentów kupowanych na siłę tylko po to, by nie iść z pustymi rękami. Przynajmniej w jednym się zgadzają. Ciocia zażyczyła sobie szkic Newtona wykonany przeze mnie. Twierdziła, że takie prezenty dawane od serca mają największą wartość.
Mając już dwa prezenty zamierzałem dzwonić do Samanthy, kiedy stwierdziłem, że jej też przydałoby się coś dać. Mimo, że nie znamy się jakoś specjalnie długo to i tak chciałbym jej zrobić niespodziankę. Pierwszą moją myślą było to, że mógłbym jej kupić jakiś ciuszek, w końcu jest dziewczyną. Chwilę potem pomyślałem, że to co wybiorę może się jej nie spodobać… Niech lepiej sama decyduje co chce nosić. Zastanowiłem się więc ponownie, idąc powoli wzdłuż sklepowych witryn. Wróciłem myślami do jej pokoju. Co mogłoby się jej spodobać… Wiem! W pokoju miała mnóstwo fotografii na szafkach. Wydawało się, że niedługo zabraknie jej na nich miejsca. Szybkim krokiem skierowałem się więc do sklepu z ozdobami do domu. Kiedy byłem już w odpowiednim miejscu oglądałem ramki na zdjęcia jednak żadna nie była zbyt interesująca. Podniosłem wzrok na nieruchomy zegar wiszący obok, no właśnie, obok idealnego prezentu dla Sammy.
Zadowolony z zakupów zamierzałem zadzwonić do dziewczyny. Wyciągnąłem telefon i w tym samym momencie zadzwoniła Sam. Co za wyczucie czasu! Spotkaliśmy się w KFC i zamówiliśmy coś do jedzenia i picia. Czując lekkie pragnienie pociągnąłem kilka łyków zimnej coli.
- Myślałem, że dłużej nam zejdzie na zakupach – zacząłem, zerkając w stronę dziewczyny
- Ja również, ale to chyba dobrze? Będziemy wcześniej i nie spóźnimy się na ciszę nocną. – odparła wkładając do ust kilka smażonych frytek
- Racja.
- Niedługo już wracamy do domów, co? Czas szybko leci... – Sammy jakby posmutniała odrobinę
- Lecie, leci… Ale nim się obejrzysz znów się wszyscy spotkamy. Mam nadzieję, że pamiętasz o naszych planach – mruknąłem zagryzając te słowa nuggetsem z kubełka
- Jakich… A, oczywiście, że pamiętam! – dała mi kuksańca i uśmiechnęła się
Po zakończonym posiłku pochwaliliśmy się co też kupiliśmy swoim bliskim, oczywiście nic nie wspomniałem o prezencie dla Sam. Kiedy pokazałem książeczkę o koniku Bobbym i oznajmiłem z powagą, że to prezent dla taty Sammy o mało nie pękła ze śmiechu.
- Co cię tak śmieszy? To wcale nie jest zabawne! To poważny prezent! – chciałem uspokoić Sam, mówiąc to ze śmiechem i udawaną powagą, ale wydawało mi się, że dolewam tylko oliwy do ognia
- Taak, konik Bobby na pewno spodoba się twojemu tacie… - Sammy wciąż trzęsła się od śmiechu
Zdałem sobie wtedy sprawę, że uwielbiam patrzeć jak ona się śmieje. Marszczy wtedy swój nosek i wygląda jak słodki króliczek.
- Daj, chcę zobaczyć konika Bobby’ego – stwierdziła rozbawiona, wyciągnęła mi książeczkę z ręki i spojrzała na okładkę przedstawiającą radosnego kasztanowego konika – Victoria Watson, twoja mama?
- Mhm. – przytaknąłem łykając ostatnie krople słodkiego napoju
Mama. Przed oczami miałem jej uśmiechniętą twarz i roześmiane oczy. Czekoladowe, tak jak moje. Posmutniałem trochę przypominając sobie jak cierpiała przed śmiercią. Sammy najwyraźniej musiała to zauważyć.

Sammy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz