Rozdzieliliśmy się. Sammy weszła do pierwszego sklepu na lewo, a ja skręciłem na prawo. Zastanowiłem się po raz setny nad prezentami dla rodziny. Przekopałem bałagan w umyśle w poszukiwaniu życzeń usłyszanych przed odjazdem. Sammy powiedział coś takiego: „Przecież wiesz co chcę. Załatw mi jakąś fajną gierkę.” Udałem się więc do sklepu z artykułami AGD i skierowałem się prosto w stronę półek z grami wideo. Stanąłem przed nimi wodząc wzrokiem od jednego pudełka do drugiego. Muszę się przyznać, nigdy nie grałem dużo w gry i pojęcie o nich miałem tylko powierzchowne. Myślałem intensywnie, której on jeszcze nie ma i wybrałem jedną, ale gdy spojrzałem na cenę zdławiłem ciche parsknięcie i odłożyłem na miejsce. 300 złotych za grę! Kto normalny tyle wydaje na jedną płytę? Westchnąłem tylko zdając sobie sprawę z tego, że większość była właśnie w takich cenach. Wybrałem jeszcze jedną i zastanawiałem się długo, bo miałem dość ograniczony budżet. Wiecie, w przeciwieństwie do mogących wszystkko dzieciaków pochodzących ze snobistycznych i obrzydliwie bogatych rodzin, mój tata nie miał tylu pieniędzy. Za mój pobyt w akademii w większości płaciła ciocia Harriet. Wracając do tematu. Ta gra okazała się o połowę tańsza, co już zdołałem przeboleć. Nazywała się: „Kosiarze Brooklynu”, a tematycznie związana była z apokalipsą zombie. Uznałem, że fabuła nie jest najgorsza i może spodoba się Sammy’emu. Na szczęście ma podobny gust co ja. Z dziwnym uczuciem tłamszonym w środku zapłaciłem kasjerce za grę i ruszyłem na dalszy podbój centrum handlowego.
Następnym problemem był prezent
dla ojca. Wiem, że nie przywiązuje dużej wagi do zwykłych przedmiotów i dla niego nie
liczy się wartość, trend, czy funkcjonalność. Tata jest bardzo sentymentalny i
otacza się przeróżnymi starociami przypominającymi mu najpiękniejsze chwile. Najwięcej
ma fotografii mamy i nas. Już chyba wiem po kim odziedziczyłem tę cechę. Tak,
więc szukałem czegoś specjalnego. Mijałem właśnie wystawę pewnej księgarni
kiedy mój wzrok zatrzymał się na czerwonym napisie głoszącym: „Tylko dziś
przedpremierowo można kupić „Przygody konika Bobby’ego”!” Uznałem, że będzie to
idealny prezent dla taty. Dlaczego książeczka dla dzieci miałaby być
perfekcyjnym podarunkiem dla pięćdziesięcio? Może dlatego, że była to
ostatnia książka jaką napisała mama. Po jej śmierci zanieśliśmy ją do
wydawnictwa, które ją przyjęło. Za dwa dni miała być jej premiera. Pomyślałem,
że na pewno jeszcze nie ma wydanego egzemplarza. Po kilku minutach stania w
kolejce udało mi się kupić dzieło Victorii Watson. Byłem pozytywnie zaskoczony,
bo chwyciłem ostatnią sztukę. Rozeszły się jak świeże bułeczki! Mama na pewno byłaby
zachwycona.
Został tylko podarunek dla cioci.
Ciotka Harriet poprosiła mnie o rysunek konia. Tak jak ojciec nie lubi
wymuszanych prezentów kupowanych na siłę tylko po to, by nie iść z pustymi
rękami. Przynajmniej w jednym się zgadzają. Ciocia zażyczyła sobie szkic Newtona wykonany przeze mnie. Twierdziła, że
takie prezenty dawane od serca mają największą wartość.
Mając już dwa prezenty
zamierzałem dzwonić do Samanthy, kiedy stwierdziłem, że jej też przydałoby
się coś dać. Mimo, że nie znamy się jakoś specjalnie długo to i tak chciałbym
jej zrobić niespodziankę. Pierwszą moją myślą było to, że mógłbym jej kupić
jakiś ciuszek, w końcu jest dziewczyną. Chwilę potem pomyślałem, że to co
wybiorę może się jej nie spodobać… Niech lepiej sama decyduje co chce nosić.
Zastanowiłem się więc ponownie, idąc powoli wzdłuż sklepowych witryn. Wróciłem myślami
do jej pokoju. Co mogłoby się jej spodobać… Wiem! W pokoju miała mnóstwo
fotografii na szafkach. Wydawało się, że niedługo zabraknie jej na nich
miejsca. Szybkim krokiem skierowałem się więc do sklepu z ozdobami do domu.
Kiedy byłem już w odpowiednim miejscu oglądałem ramki na zdjęcia jednak żadna
nie była zbyt interesująca. Podniosłem wzrok na nieruchomy zegar wiszący obok,
no właśnie, obok idealnego prezentu dla Sammy.
Zadowolony z zakupów zamierzałem
zadzwonić do dziewczyny. Wyciągnąłem telefon i w tym samym momencie zadzwoniła
Sam. Co za wyczucie czasu! Spotkaliśmy się w KFC i zamówiliśmy coś do jedzenia
i picia. Czując lekkie pragnienie pociągnąłem kilka łyków zimnej coli.
- Myślałem, że dłużej nam zejdzie
na zakupach – zacząłem, zerkając w stronę dziewczyny
- Ja również, ale to chyba
dobrze? Będziemy wcześniej i nie spóźnimy się na ciszę nocną. – odparła wkładając
do ust kilka smażonych frytek
- Racja.
- Niedługo już wracamy do domów, co? Czas szybko leci... – Sammy jakby posmutniała odrobinę
- Niedługo już wracamy do domów, co? Czas szybko leci... – Sammy jakby posmutniała odrobinę
- Lecie, leci… Ale nim się
obejrzysz znów się wszyscy spotkamy. Mam nadzieję, że pamiętasz o naszych
planach – mruknąłem zagryzając te słowa nuggetsem z kubełka
- Jakich… A, oczywiście, że pamiętam!
– dała mi kuksańca i uśmiechnęła się
Po zakończonym posiłku pochwaliliśmy
się co też kupiliśmy swoim bliskim, oczywiście nic nie wspomniałem o prezencie
dla Sam. Kiedy pokazałem książeczkę o koniku Bobbym i oznajmiłem z powagą, że
to prezent dla taty Sammy o mało nie pękła ze śmiechu.
- Co cię tak śmieszy? To wcale
nie jest zabawne! To poważny prezent! – chciałem uspokoić Sam, mówiąc to ze
śmiechem i udawaną powagą, ale wydawało mi się, że dolewam tylko oliwy do ognia
- Taak, konik Bobby na pewno
spodoba się twojemu tacie… - Sammy wciąż trzęsła się od śmiechu
Zdałem sobie wtedy sprawę, że
uwielbiam patrzeć jak ona się śmieje. Marszczy wtedy swój nosek i wygląda jak
słodki króliczek.
- Daj, chcę zobaczyć konika Bobby’ego
– stwierdziła rozbawiona, wyciągnęła mi książeczkę z ręki i spojrzała na
okładkę przedstawiającą radosnego kasztanowego konika – Victoria Watson, twoja
mama?
- Mhm. – przytaknąłem łykając
ostatnie krople słodkiego napoju
Mama. Przed oczami miałem jej
uśmiechniętą twarz i roześmiane oczy. Czekoladowe, tak jak moje. Posmutniałem
trochę przypominając sobie jak cierpiała przed śmiercią. Sammy najwyraźniej musiała to zauważyć.
Sammy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz