Strony

wtorek, 20 grudnia 2016

Od Mary - Kupno Cinquechenty

Powoli otworzyłam oczy. Siódma dziesięć. Niedziela. Dzisiaj postanowiłam już że kupię drugiego konia. Jakiegoś do westernu. Bella powiedziała mi że najlepszym miejscem jest rodeo, tak więc ubrałam się w jakieś jeansy i bluzkę, po czym zastukałam w drzwi jej pokoju.
-Wyglądasz jak siedem nieszczęść - oznajmiła, na co ja wybuchłam śmiechem.
Wciągnęła mnie do swojego pokoju. Tam jakoś zabrała się do moich rozczesanych, wczoraj wymytych, włosów. Nie protestowałam bo wiedziałam, że to nie miałoby sensu.
***
W drodze, śpiewałyśmy różne, świąteczne piosenki. Chciałam jeszcze zabrał Harley, ale ta ponoć startowała w zawodach Cambell. Kiedy dotarłyśmy na rodeo, od razu podeszłam do koni na sprzedaż. Moją uwagę zwróciła siwa klacz Lusitano. Szarpała się jak tylko mogła. Chciała podejść do swojego obecnego właściciela... Widać było, że chłopak ze złamaną nogą, ten do którego chciała podejść klacz, także cierpi z powodu rozstania.
-Kupię ją - oznajmiłam - Cena to 3000 dolarów.
Nikt mnie już nie pobił. Widocznie czekali na inne sztuki. Przeszłam przez płot, wręczyłam chłopakowi pieniądze, i zabrałam klacz.
-Nazywa się Cinquechenta (czyt. Sinkłeczenta) - zawołał za mną chłopak.
Pogłaskałam klacz uspakajająco. Po chwili już byłyśmy przy Belli. Dziewczyna obejrzała Lusitano z każdej strony i pomogła mi wprowadzić do przyczepy.
***
Wszystko było załatwione. Cinque miała swój boks, na końcu stajni. Siodła, ogłowia, derki... Kupiłam w drodze powrotnej do Morgan. Teraz pozostawał tylko pierwszy trening, tej nieposkromionej duszyczki i Haru.
The End. Form zrobię wieczorem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz