Strony

niedziela, 18 grudnia 2016

Od Lydii C.D. Agnes

Używając całej swojej siły, trzasnęłam drzwiami pokoju numer siedemnaście, który zajmowała Agnes MacKenzie. Popatrzyłam wściekle na drewno, zaciskając dłonie w pięści. Prychnąwszy i odwróciwszy się na pięcie, ruszyłam w stronę własnego lokum.
- Pierdol się, jebana Szkotko – klęłam paskudnie, szybko przemierzając, na pierwszy rzut oka opustoszały, korytarz – Próbuję okazać ci uczucia, a ty jeszcze drwisz ze mnie, pierdol się, Agnes, pierdol się, pierdol się, pierdol się.
- Panno Tyrell, proszę opanować swój język, jesteśmy w miejscu publicznym. – powiedziała surowym tonem kobieta, znajdująca się za mną. Gwałtownie odwróciłam się i, ujrzawszy panią Stewart, mimowolnie odskoczyłam. Postać, widząc moją zapłakaną twarz, zaprzestała kolejnej próby upomnienia i skarcenia mojego zachowania.
- Przepraszam – mruknęłam niewyraźnie, odwracając się szybko – To z nerwów, już nie będę tak robić, przysięgam. – westchnęłam i, nie czekając na odpowiedź kobiety, wznowiłam podróż do pokoju. Zerknęłam za siebie i, nie widząc właścicielki akademii, dodałam zdecydowanie ciszej, mrucząc pod nosem:
- Ty też się pierdol, stara kurwo.
***
Wsadziłam dłoń do kieszeni jeansów i wyjęłam z niej klucze do pokoju. Włożyłam je w zamek, pospiesznie przekręciłam i nacisnęłam klamkę, tym samym otwierając drzwi. Zabrawszy klucze, weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi tuż za sobą, byle szybciej znaleźć się wewnątrz bałaganu. Rzuciłam kluczyki na zawalone papierami biurko. Zrzuciłam z ramion zdecydowanie za dużą, szarą bluzę, czując nagły przypływ ciepłego powietrza i, zwiniętą, cisnęłam w kąt pokoju. Podeszłam do szafki i, podwinąwszy rękawy jasnej, jeszcze czystej, koszuli, odgarnęłam trzy ostatnie części „Pieśni Lodu i Ognia”, za którymi ukryłam najsilniejsze leki przeciwbólowe. Nie siląc się na poprawienie dzieł George’a R.R. Martina, usiadłam na niepościelonym łóżku – w tym pomieszczeniu zawsze panował bałagan, jedna książka w tą, druga w tamtą – nikt się nie zorientuje, że nastąpiła jakakolwiek zmiana. Sięgnęłam po butelkę wody, wydostając ją spod łóżka i rzuciłam obok siebie. Otworzyłam niewielkie prostokątne pudełko i wyjęłam ostatni listek, na którym pozostały jedynie trzy tabletki. Wycisnęłam je na dłoń, ścisnęłam, by z niej nie spadły i wzięłam butelkę. Szybko zażyłam leki, popijając je wodą. Westchnęłam ciężko, opierając się o ścianę. Po kilku chwilach, podniosłam się i podeszłam do biurka, na które odłożyłam puste pudełko i plastikową butelkę, prawie pustą, a na ich miejsce wzięłam kilkuletni, wysłużony, a jednak nadal sprawny, laptop. Ponownie usiadłam na łóżku i, opierając się plecami o ścianę, uruchomiłam urządzenie. Gdy komputer wreszcie się włączył, odnalazłam wśród mnóstwa plików folder z trzecim sezonem „Gry o Tron”. Włączyłam pierwszy odcinek – „Valar Dohaeris”, będący kontynuacją finału poprzedniego sezonu – „Valar Morghulis” i starałam się skupić na oglądaniu.
Mimowolnie zasnęłam na dziewiątym odcinku - „The Rains of Castamere”, w którym zginęło wiele cudownych postaci. Pogrążyłam się we śnie dopiero po śmierci Catelyn Stark, której, tuż po zabiciu Lady Joyeuse, żony spiskowca – Waldera Freya – gardło poderżnął jego potomek – Czarny Walder. Tuż przed nią zmarł jej pierworodny syn – Robb Stark, Młody Wilk, który utracił Północ. Sztylet w serce wbił mu Roose Bolton, mówiąc iż „Lannisterowie przesyłają swe pozdrowienia”. Nie widziałam już jak Arya dociera do Bliźniaków, jak obserwuje śmierć wilkora, należącego do jej brata, jak Ogar ją ogłusza, jak, siedząc na Nieznajomym wraz z Sandorem Clegane’m, widzi Robba z głową zwierzęcia na koniu, otoczonym przez ludzi spiskowców – wojska Freyów, Boltonów i Lannisterów – wrzeszczących „Król Północy”.
***
Słysząc dźwięk budzika, poderwałam się szybko, zaczynając okropnie kaszleć. Uspokoiwszy oddech, zerknęłam na wyświetlacz telefonu. Drugi alarm zabrzmiał przed chwilą, pierwszy przegapiłam. Zaklęłam, niezdarnie podrywając się z łóżka. Niemal potykając się o ubrania, leżące w nieładzie na podłodze, wpadłam do równie zagraconej łazienki i ogarnęłam się w niej w zaledwie kilka minut. Wybiegłam z pomieszczenia i naprędce, znalazłszy w miarę czystą, bluzkę, zrzuciłam brudną koszulę i założyłam nowe ubranie. Szybko związałam nieco przetłuszczone włosy w niski kucyk i, nie szukając kluczy pod licznymi kartkami, wybiegłam z pokoju, trzaskając drzwiami.
Wpadłam do stajni i od razu popędziłam do siodlarni, by wziąć sprzęt, po czym, dzierżąc potrzebny ekwipunek, wbiegłam do boksu spokojnego Eleventh Doctora. Zajęłam się nim zdecydowanie zbyt szybko, przygotowałam do treningu skoków i wyprowadziłam ze stajni. Na ćwiczeniach, z naszej pary, prowadził zdecydowanie Jedenasty, ja zaś próbowałam nie zasypiać w siodle i co rusz wybudzałam się z półsnu, który, mimo niesprzyjających warunków, był bardzo przyjemny.
Kolejne zajęcia również były beznadziejne. Francuski i portugalski były dla mnie udręką, kompletnie ich nie rozumiałam, nie potrafiłam wymówić, napisać poprawnie żadnego słowa, a ułożenie nawet najprostszego zdania było niemożliwe. Na biologii i historii przysypiałam, w ogóle nie słuchając słów profesorów i nie skupiając się na zajęciach. Lekcja żywienia i opieki nad końmi minęła na przepisywaniu notatek z biologii, na retoryce zajęłam się historią. Jedynie na fizyce byłam wystarczająco skupiona, by rozumieć cokolwiek z kolejnych słów, jednak z sali wybiegłam pierwsza, mając dość zawszonej nauki.
Już spokojniejsza szłam korytarzem, gdy wpadła na mnie Szkotka, z którą się pokłóciłam i którą tak paskudnie zwyzywałam. Popatrzyłam zaskoczona na zapłakaną twarz Agnes. Zdziwiona, ale i smutna dziewczyna przystanęła na moment, by już za chwilę czmychnąć z powrotem do swojego pokoju. Szybko rozejrzałam się po opustoszałym korytarzu i zdecydowanie nacisnęłam klamkę. Delikatnie popchnęłam drzwi, by wejść do pomieszczenia i zamknąć je zaraz za sobą.
- Wyjdź. – warknęła nieprzyjemnie rudowłosa, stojąc odwrócona i patrząc przed siebie, na ścianę.
- Nie. – odparłam szybko, pewnie, zbliżając się do dziewczyny.
- Powiedziałam ci, żebyś stąd wyszła. – powiedziała twardo, odwracając się nagle. Powoli podeszłą do mnie.
- Nie słucham rozkazów. – odpowiedziałam, unosząc głowę, by móc spojrzeć w jej piękne, jasne oczy.
- Robisz to często. – stwierdziła, świetnie panując nad targającymi nią emocjami.
- Dlatego mnie lubisz.
- Kto powiedział, że w ogóle cię lubię?
Niewiele myśląc, pod wpływem jakiegoś nieopisanego impulsu, splotłam dłonie na karku Agnes i pociągnęłam jej głowę w dół. Szybko pocałowałam dziewczynę. Ta zadrżała, zacisnęła usta, próbowała się wyrwać, jednak nie ustąpiłam tak łatwo, dopiero ja przerwałam, na swój specyficzny sposób, czuły pocałunek.
- Myślę, że po prostu tak jest. – uśmiechnęłam się, uspokajając oddech.
- Pocałowałaś mnie. – westchnęła, muskając palcami wargi, by wytrzeć z nich ślady mojej szminki.
- Zarumieniłaś się.
- I my… Właśnie… Och, zamknij się! – warknęła złowrogo, wyrywając się z mojego uścisku. Odsunęła się kilka kroków, wzdychając ciężko.
- Agnes, co się stało? – zapytałam, marszcząc brwi. Nie otrzymawszy odpowiedzi, podeszłam bliżej – Agnes…
- Co? – mruknęła, odwracając się – A, nie, to nic takiego, naprawdę, nic.
- Powiedz mi.
- Ale nic się nie stało.
- Właśnie widzę. I płakałaś sobie, bo tak, bo możesz, bo jesteś kobietą.
- Dokładnie.
- Nie kłam.
- Nie kłamię.
- Dlaczego nie możesz mi tego powiedzieć? Ja ci powiedziałam o wszystkim! O próbie samobójczej, o tym, że matka traktuje mnie jak psa, a ty co?! Dlaczego zawsze musisz być głupią kurwą?!
Agnes pobladła, zacisnęła usta. Rozumiejąc sens swych słów, przerażona cofnęłam się o krok. To jej nie powstrzymało. Zamachnęła się i, prawdopodobnie używając całej siły, uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek. Krzyknęłam, chwytając się za świeżą opuchliznę na twarzy i uderzając plecami o drewniane drzwi. Zacisnęłam powieki, czując piekące łzy bólu, porażki.
- Za co?!
- Za głupią kurwę.
- Bo nią jesteś!
- Coś ty powiedziała?!
- To co słyszałaś, głupia!
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że dziewczyna znalazła się niebezpiecznie blisko. Drgnęłam, błądząc dłonią po drzwiach, a po chwili chwyciłam zimną klamkę.
- Jak ja cię nienawidzę – powiedziała twardo Szkotka, zaciskając pięści. Już zdążyła ochłonąć, a jej twarz była niesamowicie spokojna – Wynoś się z mojego pokoju. – dodała spokojnym głosem, pogardliwie patrząc w moje ciemne oczy. Posłusznie wykonałam rozkaz, aż za szybko.
- Więc to koniec, prawda? – zapytałam, napierając drzwi. Tym czynem sama sobie odpowiedziałam.
- Koniec, powiadasz? Rozumiem, szanuję twoją decyzję – powiedziała obojętnie Agnes – Twój wybór, twoje życie. A teraz, bądź tak miła i wyjdź. – dziewczyna odwróciła się do mnie tyłem, bez słowa czekając, aż wykonam polecenie. Prychnęłam wzgardliwie, otworzyłam drzwi, wyszłam z pomieszczenia, zamykając je zaraz za sobą. Tym razem nie bluźniąc, w obawie przed niepotrzebnymi upomnieniami, powolnym krokiem przemierzyłam korytarz, który tym razem był pełny uczniów, wracających z zajęć.
Mimowolnie westchnęłam ciężko, gdy tylko usiadłam na łóżku w swoim pokoju. Rozpuściłam włosy i znowu westchnęłam, czując przyjemne, chwilowe łaskotanie na karku. Po chwili nagłego otępienia spowodowanego bólem, fizycznym i psychicznym, oparłam się o ścianę. Wpatrując się w nią tępo, obojętnie, zaczęłam analizować kłótnię z Agnes. Przesadziłam zarówno ja, jak i ona. Gdyby nie mój wybuch, zapewne wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej – nasza przyjaźń trwałaby dalej, tocząc się swoim dziwnym biegiem. Ale przecież musiałam zwyzywać Szkotkę od głupich kurw, bo po co być spokojną i nie wybuchać. To nie jest do niczego potrzebne.
Nagle, zaczynając dusić się okropnym kaszlem, poderwałam się z miejsca i, znalazłszy klucze i bluzę, wybiegłam z pokoju. Założywszy na siebie za duże ubranie i zamknąwszy na klucz drzwi, ruszyłam pędem do stajni, by przygotować Doctora na kolejny zupełnie nieważny, niepotrzebny trening.
Zapinając popręg czarnego siodła, machinalne, choć nieznacznie, zerknęłam za siebie, szukając w boksie obok Agnes i jej przepięknego konia o imieniu Sherlock. Gwałtownie, nerwowo, poderwałam i odwróciłam się, gdy nie ujrzałam tej uroczej pary. Jeszcze gwałtowniej odwróciłam się do swojego wierzchowca, gdy moim oczom ukazała się rudowłosa dziewczyna, przygotowująca swego rumaka. Zmuszając się do kolejnego ruchu, chwyciłam uwiąż i wyprowadziłam Jedenastego z jego boksu, a następnie ze stajni.

Agnes?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz