Strony

niedziela, 25 grudnia 2016

Od Caroline cd. Jace`a

Wstałam wcześnie rano. Niezwykle ciężko było mi się zwlec samej z łóżka, ale mając świadomość, że i tak nie zasnę, chwyciłam kołdrę w ręce i odrzuciłam ją na bok. Skierowałam oczy na wskazówki zegara. Była dokładnie 6:00. Jak dobrze, że dzisiaj odwołali nam zajęcia. Rashaano będzie zachwycony posiedzeniami w boksie... chyba, że mój książę będzie miał zły humorek i wyliczy sobie pozytywy bycia samemu.
Zdjęłam z siebie piżamę i wzięłam szybki prysznic, po którym nałożyłam bryczesy i jakąś luźną bluzkę. Chwyciłam w ręce kurtkę i wyszłam z pokoju, zakluczając go za sobą. Z zaspania zapomniałam całkowicie o umalowaniu twarzy, aczkolwiek nie wyglądałam aż tak źle. Nawet nie wiem po co ja się tak przejmuję wyglądem. Zignorować innych ludzi i będzie ok.
Żwawym krokiem przemknęłam niczym duch po dziedzińcu, otwierając drzwi od stajni i przechodząc obok boksów innych koni, które z zaciekawieniem podnosiły głowy lub całkowicie ignorowały obok przechodzącego człowieka.
Otworzyłam delikatnie boks swojego wierzchowca, który odwrócił głowę, delikatnie kładąc po sobie uszy.
-To ja, Misiek- wyciągnęłam rękę w jego kierunku- No już nie bądź taki opryskliwy.
Rash podniósł głowę wyżej i zbliżył pysk do dłoni. Dotknęłam palcami jego ciepłych chrap, czując jak wypuszczane powietrze przez konia popłynęło wzdłuż mojej ręki. Poklepałam go po ganaszach.
-Dzisiaj mamy wolny dzień. Co powiesz na mały spacerek?- przejechałam dłonią po jego nogach, sprawdzając ich stan po wczorajszym treningu.
Spacerek u nas oznacza końcowe pięć minut całego terenu, naturalnie po długim, męczącym galopie. Wtedy nie muszę sprawdzać Rasha, a raczej swój stan. Ten dzikus z chęcią zostawiłby mnie w środku lasu i po kilku godzinach wrócił.
-Przyniosę szczotki- wyciągnęłam z kieszeni kawałek marchewki i wyszłam.

Przejechałam palcem po wyrytym na szczotce imieniu młodszego brata. Ta należała do niego i jego konia, Mariquela. Ojciec zdecydował się go sprzedać, zaraz po wypadku. Chciałam go zatrzymać, ponieważ nie tylko był on ważny dla Oscara, ale i dla mnie. Do dziś wspominam tego śnieżnobiałego ogiera, który nie podobny do zachowania innych koni, był nadzwyczaj spokojny.
Po czyszczeniu zamierzałam się wyrwać. Wyjechać gdzieś dalej, nie ważne czy sama, czy z kimś. Usiadłam na czystej słomie. Rashaano spuścił głowę, delikatnie dotykając pyskiem mojego kolana, jednak nie trwało to długo, ponieważ zaraz potem uniósł ją do góry i cofnął się kilka kroków do tyłu. Skierowała oczy na wejście do boksu i zobaczyłam jakiegoś chłopaka. Szybko wstałam, otrzepując siebie z słomy, nie zdając sobie sprawy, że mam ją nawet w końcówkach włosów. Trzeba było spiąć je szybko, gdy tylko był czas.
-Przepraszam, dawno tu tak stoisz?- dotknęłam ręką konia, zauważając, że widocznie nieznajomy musi być nowy. Jego koń zaciekawiony kręcił się po boksie. Przykuł moją uwagę. Pamiętam swoje słowa z dzieciństwa. "Jak będę duża to kupię karego konia czystej krwi arabskiej". Cóż... los obdarzył mnie gniadym diabłem gorącej krwi holenderskiej.
-Piękny- szepnęłam pod nosem, przenosząc wzrok na chłopaka.

Jace?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz