Strony

czwartek, 22 grudnia 2016

Od Agnes do Lydii

Po dźwięku zamykanych drzwi odczekałam jeszcze chwilę, jednak w końcu usiadłam na łóżku i z cichym westchnięciem schowałam twarz w dłoniach. Niepotrzebnie tak gwałtownie zareagowałam na "głupią kurwę", słyszałam gorsze wyzwiska. Nie czułam jednak przymusu, by opowiadać Lydii o swoich problemach, po prostu tego nie potrafię. Niektórzy potrzebują się wygadać, inni wolą kryć wszystko w sobie. Ja należę do tej drugiej grupy. Podniosłam się i podeszłam do biurka. W jednej z szuflad, pod zeszytami i paczką na wpół zjedzonych żelków leżały silne tabletki uspokajające. Ceniłam stan otępienia, w który mnie wprowadzały, już zupełnie nie odczuwałam złości, rozpaczy, czy innych gwałtownych uczuć. Kończyłam jeden z trzech listków, pozostały dwie tabletki. Nigdy nie zażywałam powyżej jednej, nie chciałam ryzykować, faszerując się dużą ilością tego syfu, ale raz się żyje, a teraz bardzo potrzebowałam odpoczynku od emocji. Lek położyłam na blacie, pusty listek wylądował w koszu, a pudełko powróciło na swe miejsce. Rozerwałam zgrzewkę wody niegazowanej stojącej w szafie i wyciągnęłam pojedynczą butelkę. Popiłam proszek płynem, rzuciłam wodę na w miarę starannie pościelone łóżko. Dopiero po chwili zorientowałam się, iż niedługo jest trening. Szybkim krokiem weszłam do łazienki i przemyłam twarz wodą, by zmyć łzy. Długie włosy sprawnie zaplotłam w luźnego warkocza, założyłam bryczesy i sztyblety. Zamknęłam pokój i pobiegłam do stajni. Z siodlarni wzięłam czarne siodło oraz ogłowie ze skóry syntetycznej, białe ochraniacze i również biały czaprak, a także półderkę treningową. Trening skoków, cudownie. W dodatku z kochaną panią Stewart, idealnie wręcz. Wszyscy będą skakać, a ja z Sherlockiem będę męczyć cavaletti. Chociaż powoli chciałabym już wprowadzać niewielkie przeszkody. Weszłam do boksu swojego konia, powiesiłam siodło i czaprak na drzwiach boksu, ochraniacze rzuciłam na siano, a ogłowie zawiesiłam na haczyku. Powstrzymałam chęć patrzenia w stronę boksu wałacha Lydii. Wyczyściłam kasztankowi kopyta i pośpiesznie przejechałam szczotką po jego grzbiecie. Ogier stał spokojnie, jedynie na początku przyjaźnie trącał mnie nosem. Osiodłałam go i wyprowadziłam z boksu. Lydia również wyprowadzała swojego wierzchowca. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały. Patrzyłam w jej oczy z obojętnością, dodatkowo wymaganą przez lek, który wzięłam. Po chwili odwróciłam się na pięcie i skierowałam Sherlocka na parkour. Koń parsknął niespokojnie, gdy zorientował się, gdzie idziemy. Zjawiłam się jako jedna z pierwszych, założyłam toczek, zaczęłam spokojną rozgrzewkę. Gdy cała grupa się rozgrzała, zaczęli skakać, a ja na poboczu ustawiłam płotki ćwiczebne. Kasztan nie miał już z nimi problemu, bez wahania przez nie przechodził. Po pół godziny zeskoczyłam z siodła i ustawiłam niską, mierzącą trochę poniżej dwóch stóp (60 centymetrów) przeszkodę, przez którą Sherlock mógł jeszcze swobodnie przejść. Na początku podchodził do niej nieufnie, jednak w końcu, po czterdziestu minutach prób przekonał się do niskiej stacjonaty i chętnie przechodził przez nią w kłusie, to duży postęp, jak na jeden dzień. Pani Stuart ogłosiła koniec treningu, jednak mi kazała zostać. 
- Panno MacKenzie, robicie postępy, to doskonale. Prosiłabym jeszcze, abyś spróbowała jeszcze dzisiaj skoczyć przez stacjonatę o wysokości niecałych trzech stóp, próbuj do czasu, aż wam się uda. Będę obok. 
- Tak jest, pani Stewart. - powiedziałam niechętnie, uważałam, że to trochę zbyt szybko. Kobieta ustawiła przeszkodę na wysokość, o której wspomniała. Sherlock spiął się, widząc wysokość stacjonaty, jednak starałam się go uspokoić. Nerwowo zarzucił łbem. Zacmokałam i popędziłam ogiera do kłusa, z którego od po paru krokach przeszłam do galopu. Zrobiłam kółko w tymże chodzie, po czym nakierowałam wierzchowca na przeszkodę. Mocniej docisnęłam kolana do siodła, przygotowując się do nagłego zwrotu, skróciłam też wodze. Tuż przed przeszkodą zwierzę gwałtownie skręciło w bok, niemal wyrzucając mnie z siodła. Moja determinacja znacznie wzrosła, ścisnęłam wodze w dłoniach, zrobiłam kółko w galopie i ponownie skierowałam Sherlocka na przeszkodę. Tym razem tuż przed skokiem stanął dęba, obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i puścił się galopem. Strzelił baranka, zacisnęłam usta w wąską kreskę i podjęłam kolejną próbę skoku, która również zakończyła się odmową. Kolejnym razem zrzucił mnie, boleśnie upadłam na przeszkodę, jednak podniosłam się i walczyłam dalej. Powtórzyło się to jeszcze parę razy. 
- Przed skokiem mocno uderz go palcatem, ma wiedzieć, że musi skoczyć! - krzyknęła pani Stewart, zupełnie zapomniałam, iż tam stoi. 
- Nie zamierzam. - mruknęłam z irytacją, trenerka na szczęście tego nie usłyszała. Moja determinacja osiągnęła apogeum, po prostu musiałam to skoczyć. Zarówno ja, jak i ogier byliśmy zlani potem, z pyska konia intensywnie leciała piana, ściekając mu na klatkę piersiową i przednie nogi. Mimo zmęczenia, skupiłam się maksymalnie, byłam tylko Sherlock i ja. Wykonałam pół paradę, po raz kolejny przeszłam do galopu. Kasztanek po znowu chciał się zatrzymać przed przeszkodą, lecz nie pozwoliłam na to. Koń skoczył niezgrabnie, po krótkim locie wylądował. Stanęłam w strzemionach, wydałam okrzyk zwycięstwa, objęłam wierzchowca za szyję i czule pogłaskałam go po łopatce. Pani Stewart coś mówiła, jednak zupełnie jej nie słuchałam. Zeskoczyłam z siodła i cały czas głaszcząc wierzchowca, zaprowadziłam go do boksu. Rozsiodłałam go, natarłam słomą i wyczyściłam. Pocałowałam go w chrapy i podeszłam do kranu, by wyczyścić wędzidło. Przepocony czaprak wrzuciłam do prania, na szczęście mam drugi na zmianę. Zaniosłam koniowi siana, ten zaczął z ochotą je skubać. Zmęczona oparłam się o drzwi boksu, przyglądałam się jedzącemu zwierzęciu. Za swoimi plecami usłyszałam kroki, obróciłam się. Ujrzałam Lydię, na widok dziewczyny przez moją twarz przebiegł ledwo widoczny grymas, bez słowa odwróciłam się z powrotem w stronę Sherlocka, z którego byłam niezmiernie dumna. Z widokiem brunetki jednak cały ból powrócił, szczęście gdzieś uciekło. 

Lydia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz