Po dźwięku zamykanych drzwi odczekałam jeszcze chwilę, jednak w końcu
usiadłam na łóżku i z cichym westchnięciem schowałam twarz w dłoniach.
Niepotrzebnie tak gwałtownie zareagowałam na "głupią kurwę", słyszałam
gorsze wyzwiska. Nie czułam jednak przymusu, by opowiadać Lydii o swoich
problemach, po prostu tego nie potrafię. Niektórzy potrzebują się
wygadać, inni wolą kryć wszystko w sobie. Ja należę do tej drugiej
grupy. Podniosłam się i podeszłam do biurka. W jednej z szuflad, pod
zeszytami i paczką na wpół zjedzonych żelków leżały silne tabletki
uspokajające. Ceniłam stan otępienia, w który mnie wprowadzały, już
zupełnie nie odczuwałam złości, rozpaczy, czy innych gwałtownych uczuć.
Kończyłam jeden z trzech listków, pozostały dwie tabletki. Nigdy nie
zażywałam powyżej jednej, nie chciałam ryzykować, faszerując się dużą
ilością tego syfu, ale raz się żyje, a teraz bardzo potrzebowałam
odpoczynku od emocji. Lek położyłam na blacie, pusty listek wylądował w
koszu, a pudełko powróciło na swe miejsce. Rozerwałam zgrzewkę wody
niegazowanej stojącej w szafie i wyciągnęłam pojedynczą butelkę. Popiłam
proszek płynem, rzuciłam wodę na w miarę starannie pościelone łóżko.
Dopiero po chwili zorientowałam się, iż niedługo jest trening. Szybkim
krokiem weszłam do łazienki i przemyłam twarz wodą, by zmyć łzy. Długie
włosy sprawnie zaplotłam w luźnego warkocza, założyłam bryczesy i
sztyblety. Zamknęłam pokój i pobiegłam do stajni. Z siodlarni wzięłam
czarne siodło oraz ogłowie ze skóry syntetycznej, białe ochraniacze i
również biały czaprak, a także półderkę treningową. Trening skoków,
cudownie. W dodatku z kochaną panią Stewart, idealnie wręcz. Wszyscy
będą skakać, a ja z Sherlockiem będę męczyć cavaletti. Chociaż powoli
chciałabym już wprowadzać niewielkie przeszkody. Weszłam do boksu
swojego konia, powiesiłam siodło i czaprak na drzwiach boksu,
ochraniacze rzuciłam na siano, a ogłowie zawiesiłam na haczyku.
Powstrzymałam chęć patrzenia w stronę boksu wałacha Lydii. Wyczyściłam
kasztankowi kopyta i pośpiesznie przejechałam szczotką po jego
grzbiecie. Ogier stał spokojnie, jedynie na początku przyjaźnie trącał
mnie nosem. Osiodłałam go i wyprowadziłam z boksu. Lydia również
wyprowadzała swojego wierzchowca. Nasze spojrzenia na chwilę się
spotkały. Patrzyłam w jej oczy z obojętnością, dodatkowo wymaganą przez
lek, który wzięłam. Po chwili odwróciłam się na pięcie i skierowałam
Sherlocka na parkour. Koń parsknął niespokojnie, gdy zorientował się,
gdzie idziemy. Zjawiłam się jako jedna z pierwszych, założyłam toczek,
zaczęłam spokojną rozgrzewkę. Gdy cała grupa się rozgrzała, zaczęli
skakać, a ja na poboczu ustawiłam płotki ćwiczebne. Kasztan nie miał
już z nimi problemu, bez wahania przez nie przechodził. Po pół godziny
zeskoczyłam z siodła i ustawiłam niską, mierzącą trochę poniżej dwóch
stóp (60 centymetrów) przeszkodę, przez którą Sherlock mógł jeszcze
swobodnie przejść. Na początku podchodził do niej nieufnie, jednak w
końcu, po czterdziestu minutach prób przekonał się do niskiej
stacjonaty i chętnie przechodził przez nią w kłusie, to duży postęp,
jak na jeden dzień. Pani Stuart ogłosiła koniec treningu, jednak mi
kazała zostać.
- Panno MacKenzie, robicie postępy, to doskonale. Prosiłabym jeszcze,
abyś spróbowała jeszcze dzisiaj skoczyć przez stacjonatę o wysokości
niecałych trzech stóp, próbuj do czasu, aż wam się uda. Będę obok.
- Tak jest, pani Stewart. - powiedziałam niechętnie, uważałam, że to
trochę zbyt szybko.
Kobieta ustawiła przeszkodę na wysokość, o której wspomniała. Sherlock
spiął się, widząc wysokość stacjonaty, jednak starałam się go uspokoić.
Nerwowo zarzucił łbem. Zacmokałam i popędziłam ogiera do kłusa, z
którego od po paru krokach przeszłam do galopu. Zrobiłam kółko w tymże
chodzie, po czym nakierowałam wierzchowca na przeszkodę. Mocniej
docisnęłam kolana do siodła, przygotowując się do nagłego zwrotu,
skróciłam też wodze. Tuż przed przeszkodą zwierzę gwałtownie skręciło w
bok, niemal wyrzucając mnie z siodła. Moja determinacja znacznie
wzrosła, ścisnęłam wodze w dłoniach, zrobiłam kółko w galopie i ponownie
skierowałam Sherlocka na przeszkodę. Tym razem tuż przed skokiem stanął
dęba, obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i puścił się galopem.
Strzelił baranka, zacisnęłam usta w wąską kreskę i podjęłam kolejną
próbę skoku, która również zakończyła się odmową. Kolejnym razem zrzucił
mnie, boleśnie upadłam na przeszkodę, jednak podniosłam się i walczyłam
dalej. Powtórzyło się to jeszcze parę razy.
- Przed skokiem mocno uderz go palcatem, ma wiedzieć, że musi skoczyć! -
krzyknęła pani Stewart, zupełnie zapomniałam, iż tam stoi.
- Nie zamierzam. - mruknęłam z irytacją, trenerka na szczęście tego nie
usłyszała.
Moja determinacja osiągnęła apogeum, po prostu musiałam to skoczyć.
Zarówno ja, jak i ogier byliśmy zlani potem, z pyska konia intensywnie
leciała piana, ściekając mu na klatkę piersiową i przednie nogi. Mimo
zmęczenia, skupiłam się maksymalnie, byłam tylko Sherlock i ja.
Wykonałam pół paradę, po raz kolejny przeszłam do galopu. Kasztanek po
znowu chciał się zatrzymać przed przeszkodą, lecz nie pozwoliłam na to.
Koń skoczył niezgrabnie, po krótkim locie wylądował. Stanęłam w
strzemionach, wydałam okrzyk zwycięstwa, objęłam wierzchowca za szyję i
czule pogłaskałam go po łopatce. Pani Stewart coś mówiła, jednak
zupełnie jej nie słuchałam. Zeskoczyłam z siodła i cały czas głaszcząc
wierzchowca, zaprowadziłam go do boksu. Rozsiodłałam go, natarłam słomą i
wyczyściłam. Pocałowałam go w chrapy i podeszłam do kranu, by wyczyścić
wędzidło. Przepocony czaprak wrzuciłam do prania, na szczęście mam
drugi na zmianę. Zaniosłam koniowi siana, ten zaczął z ochotą je skubać.
Zmęczona oparłam się o drzwi boksu, przyglądałam się jedzącemu
zwierzęciu. Za swoimi plecami usłyszałam kroki, obróciłam się. Ujrzałam
Lydię, na widok dziewczyny przez moją twarz przebiegł ledwo widoczny
grymas, bez słowa odwróciłam się z powrotem w stronę Sherlocka, z
którego byłam niezmiernie dumna. Z widokiem brunetki jednak cały ból
powrócił, szczęście gdzieś uciekło.
Lydia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz