Strony

niedziela, 11 grudnia 2016

Od Victorii do Noaha

(nie będę Ci przynudzać opisując drugi raz ich przybycie, które i tak czytałaś xD)
Z uśmiechem weszłam do pokoju.
- Cóż, raczej nie zapomnę numeru. Musiałabym mieć jakiś niezwykły talent... - mruknęłam zamykając za sobą drzwi. Położyłam walizki na podłodze, usiadłam na łóżku. Przeskanowałam wzrokiem każdy kąt pomieszczenia, aż wreszcie utkwiłam go w zegarze. Dochodziła godzina szósta po południu. Z zamyślenia wyrwał mnie dziwny hałas z korytarza. Zmarszczyłam brwi i wyjrzałam na zewnątrz, jednak nikogo tam nie było. Po chwili z dołu doszedł do mnie stukot łapek i brzęczenie metalowego znaczka.
- Ozzy! - zawołałam zamykając drzwi. Przykucnęłam obok psa i zaczęłam głaskać go po głowie. - Jak pańcia mogła o Tobie zapomnieć, co? - (tak, jak zwykle) zmieniłam głos, a malec radośnie zamerdał ogonem. Wstałam i już chciałam iść do łazienki, gdy usłyszałam zza pleców ciche szczeknięcie. Odwróciłam się ze zdziwieniem i wlepiłam rozkojarzone spojrzenie w pyszczek zwierzaka. Czynność powtórzyła się dwukrotnie nim zrozumiałam, o co mu chodzi. Zaśmiałam się głośno i poklepałam go po szyi.
- Madrala... Pewnie chcesz na spacer, co? - westchnęłam spoglądając przez okno. - Przydałoby się też zajrzeć do Amesii... - pokręciłam głową i założyłam grubą, czarną bluzę z kapturem. - Jesteś niemożliwy, wiesz? Zgasiłam wszystkie światła i wyszliśmy przed pokój. Zamknęłam drzwi i rozejrzałam się wkoło. Skręciłam w prawo i udałam się w stronę wyjścia. Szczeniak dzielnie podążał moim śladem, mijając raz po raz jakiegoś przechodnia. Ledwo przekroczyliśmy próg budynku, a ja już chciałam wracać z powrotem do środka. Przez krótki moment chciałam wydrzeć się coś w stylu: "Ku*wa, czemu tu tak zimno?!", ale biorąc pod uwagę, że mamy grudzień godzina piętnaście po szóstej... Taki komentarz po prostu nie miałby najmniejszego sensu. Jedynie zarzuciłam na głowę kaptur i dopięłam zamek bluzy do końca. Szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę nowego domu Siwej.
- Vicky, naprawdę możesz sobie pogratulować. - mruknęłam do siebie. - Nawet nie zabłądziłaś do wyjścia z budynku. Brawo ty! Brawo ja! - próbowałam choć w taki sposób poprawić sobie humor, ale niewiele to dawało. Po stosunkowo krótkim czasie, który z powodu pogody dłużył się niemiłosiernie, trafiliśmy do wnętrza stajni. Gdy tylko Ozzy wbiegł do środka, zatrzasnęłam za nami drzwi. Wyraźnie czułam na sobie kilka spojrzeń, zatem czym prędzej odkleiłam się od nich i odchrząknęłam odruchowo. Ruszyłam przed siebie rozglądając się dyskretnie. Budynek był ogromny i zapewne mieścił naprawdę wiele koni, więc jak to znaleźć jedną kobyłkę? Przystanęłam i zagwizdałam głośno. Po chwili dostałam odpowiedź w postaci znajomego rżenia. Przeszłam kolejne kilkanaście kroków aż do "skrzyżowania", a następnie powtórzyłam czynność. Z prawej strony znów dobiegł głos klaczy. Już z daleka widziałam przyjazny pysk Amesii. Owczarek wyrwał się do przodu i zaczął skakać przy boksie i radośnie merdać ogonem. Po dołączeniu do nich, poklepałam Siwą po szyi. Zazdrosny szczeniak szczekaniem próbował zwrócić na siebie uwagę konia. Holsztynka wyciągnęła swoją szyję i przywitała się z nim.
Uśmiechnęłam się na ich widok mimowolnie i wyjątkowo szczerze. Amnesia bardzo się zmieniła odkąd pojawił się u mnie Ozzy. Tworzą parą wspaniałych przyjaciół. Otworzyłam boks klaczy i założyłam jej wiszący na wieszaku kantar. Całą trójką ruszyliśmy na zewnątrz. Siwa od dawna potrafi chodzić "przy nodze", więc uwiąz nawet nie był potrzebny. Na samą myśl o panującej tam pogodzie aż ciarki mnie przeszły. Udaliśmy się w stronę karuzeli. Szczęśliwy piesek ciągle przebiegał między nogami konia, mając najwidoczniej przy tym wiele frajdy. Otworzyłam furtkę, wpuściłam do środka kobyłkę, zamknęłam drzwiczki i odpaliłam urządzenie. Pełen energii maluch biegł równo z nią, jedynie po drugiej stronie ściany. Usiadłam na ławce obok i z uśmiechem podziwiałam wyczyny mojego psa.
~Półtorej godziny później~
Odstawiłam Siwą do ciepłego domku. Wejście do boksu celowo zostawiłam otwarte. Poszłam do paszarni po dwie miarki całego owsa oraz pół miarki przywiezionego przeze mnie musli. Do posiłku dorzuciłam jeszcze trzy marchewki i jabłko.
- Kolacja gotowa. - oznajmiła wrzucając całość do żłobu. - Ciekawe, gdzie się schował Ozzy...? - rozejrzałam się po stajni. Amesia zarżała radośnie, a gdzieś spod jej nóg dobiegło ciche szczeknięcie, po którym z wnętrza boksu wyłonił się Słomo-potwór. Zdjęłam ze szczeniaka ściółkę i zamknęłam klacz na noc. Znów znaleźliśmy się przed stajnią, a pogoda wciąż się nie poprawiała. Ciągle straszliwie wiało i na dodatek zaczęło lekko prószyć. Truchtem wróciliśmy do budynku mieszkalnego. Otrzepałam śnieg z bluzy, a malec zrobił to samo ze swoją sierścią. Szybkim krokiem wróciliśmy do pokoju. Zegar wskazywał godzinę 20:45. Przed snem wypakowałam wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Przebrałam się w pidżamę, zgasiłam wszystkie światła i położyłam się na łóżku. Po chwili słyszałam, jak Ozzy próbuje wdrapać się na mebel. Krótko potem już leżał obok mnie. Pogłaskałam go po głowie. Zamknęłam oczy i usnęłam z ręką położoną na jego grzbiecie.
~Rano~
Nie wiem, jak u innych (czyli normalnych) ludzi, ale u mnie dzień zaczyna się o godzinie czwartej rano, no jak dobrze pójdzie to koło piątej. A wszystko przez ten cholerny sen, nawiedzający mnie co noc. Właściwie nic innego mi się nie śni. Przypomina on trochę pułapkę, z której nie sposób się wydostać. Musi dotrwać do końca, a dopiero wówczas mogę otworzyć oczy. Usiadłam na łóżku i lustrowałam dokładnie całe pomieszczenie. Zawsze upewniam się, czy jest to jawa, czy wciąż sen. Otarłam pojedyncze łzy z policzków. Poczułam ciepło przy swoim prawy kolanie. Delikatnie uniosłam błękitną kołdrę. Zaniepokojony Ozzy z uwagą mi się przyglądał. Pogłaskałam go po łebku. Wstałam i podeszłam do okna. Wyjrzawszy na zewnątrz, westchnęłam cicho i pokręciłam głową. Popatrzyłam na zegar. Tym razem mi się udało pospać nieco dłużej. O godzinie piątej na dworze nadal panuje ciemność. Dopiero teraz zauważyłam nieduży stos kartek. Usiadłam na krześle i zaczęłam przeglądać papiery, powtarzając po cichu wszystkie najważniejsze informacje. Następnie udałam się do łazienki, gdzie zeszło mi maksymalnie pół godziny. Wysłałam bratu w wiadomości, czym spotkamy się na śniadaniu, ale zapewne nieprędko doczekam się jakiejkolwiek odpowiedzi.  Czas, który mi został przeznaczyłam na powieść Simona R. Green'a pt. "Błękitny Księżyc". Odpisał dopiero około wpół do ósmej. Śniadanie zjedliśmy razem, dowiadując się przy okazji, że sobota jest dniem wolnym.
~Około godziny 9~
Moje ukochane "ADHD" latało po cały pokoju merdając radośnie ogonem. Wzięłabym go do weterynarza, gdyby zachowywał się inaczej. Ale wracając: mój drogi brat chciał rano zapoznać Black Jack'a z ośrodkiem i zwalił na mnie wyprowadzenie psów. Rzadko się zdarza, żeby Ozzy miał styczność z Homerem, ale niekiedy dochodzi do takich sytuacji. Ubrałam się ciepło, założyłam dobermanowi kaganiec i zabrałam z pokoju swój kask. Poszliśmy do stajni, abym mogła wypościć Amesię na duży padok. Wjechałam quadem zaraz za nią. O tej porze nikomu nie chce się iść z koniem tak daleko, więc żadnego obcego wierzchowca nie spłoszy hałas silnika. Założyłam kask na głowę, ruszyłam przed siebie, a pozostała trójka tuż za mną. Staraliśmy się trzymać końcowego ogrodzenia, żeby znajdować się jak najdalej od stajni.
~Dwie godziny później~
Musieliśmy już wracać (głownie z powodu szczeniaka), a Siwa została sama na pastwisku. Jechałam powoli ścieżką do akademii, a wykończone psy ubezpieczały tyły. Na podjeździe zauważyłam biały motocykl, ale z daleka (i jeszcze w kasku) nie rozpoznałam marki. Will... to znaczy Mike chyba miał podobny... Tym bardziej nie dostrzegłam czegoś, co wyjątkowo zaintrygowało psy. Pierwszy minął mnie Ozzy, a tuż za nim poleciał Homer. Zagwizdałam głośno, a doberman zahamował gwałtownie, a następnie usiadł. Jednak szczeniak nie zareagował na komendę i wciąż radosny biegł przed siebie.
- Co on tam zobaczył... - mruknęłam cicho i gwałtownie przyspieszyłam. Wyminęłam wciąż siedzącego psa mojego brata i po chwili stałam jakieś trzy metry od szczeniaka. Maluch wypatrzył innego owczarka niemieckiego i właśnie starał się nawiązać znajomość ze szczeniakiem i jego właścicielem. Pokręciłam ze śmiechem głową i zsiadłam z pojazdu. Zagwizdałam raz jeszcze. Homer podbiegł do mnie i położył się obok quada, a szczęśliwy Ozzy tym razem także posłuchał i stawił się przede mną.
- Jesteś z siebie zadowolony? - spytałam widząc jego wyraz pyska. Zdjęłam kask i odłożyłam na siedzenie maszyny. W głębi duszy cieszyłam się, że jest jeszcze szczeniakiem i jeszcze nie potrafi wyrządzić nikomu krzywdy. Poczułam nagły dyskomfort spowodowany tym, że miałam spięte włosy, a moja blizna była bardzo dobrze widoczna. Mimo to podeszłam do właściciela tego drugiego owczarka i odezwałam się z delikatnym uśmiechem: - Mam nadzieję, że nie zdążył za bardzo narozrabiać.

Noah? (W całej historii tego opka najzabawniejsze jest to, że przez pół dnia nie udało mi się napisać całego, a w dwie godziny dokonała tego i na dodatek powstało lepsze, niż to wcześniejsze xD)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz