Strony

piątek, 9 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

Spojrzałam w stronę, w którą patrzył szatyn i uśmiechnęłam się na widok siwobrodego Mikołaja.
- Muszę ci coś powiedzieć- wyszłam z samochodu, chwytając czarną torbę, a następnie zamknęłam drzwi, cicho nimi trzaskając. Stanęłam na chodniku, czekając, aż chłopak do mnie podejdzie. - On nie istnieje.
- Co? - jęknął teatralnie, wpatrując się we mnie z udawanym szokiem. - A kto niby je ciasteczka i pije mleko?
- Rodzice.
- A jeśli mają nietolerancję laktozy? - zapytał, na co parsknęłam rozbawiona.
- Co to w ogóle za pomysł! Zadajesz dziwne pytania, Max - trzepnęłam go lekko w rękę i wskazałam na pobliską galerię handlową. Czułam, że moje nike stają się mokre po wpływem kontaktu ze śniegiem. Teren akademii był regularnie odśnieżany, toteż nie było szansy, żeby się tam przemoczyły. - Idziemy? Czy może wolisz porozmawiać ze staruszkiem?
- Nie obrażaj Świętego Mikołaja! - mruknął, krzywiąc się, ale chwilę później jego twarz rozświetlił uśmiech. Złapał mnie pod ramię i razem ruszyliśmy w kierunku budynku. Zewnętrzne ściany porywały tysiące maleńkich światełek o wielu kolorach, co nadawało budynkowi iście magiczny wygląd. Przed wejściem jak i w środku tłoczyło się mnóstwo ludzi, którzy mimo tłoku chętnie robili swoje zakupy. Korzystając z niewielkich szafek stojących nieopodal szklanych drzwi, wrzuciłam do jednej z nich kurtkę, która podczas kupowania prezentów byłaby zbędna i nieporęczna. Zostałam więc w ciemnym swetrze, który i tak zapewniał mi dosyć ciepła. Szybko przecisnęliśmy się przez dość spory tłumek, znajdując się w mniej zapełnionym miejscu.
- Chyba powinniśmy się rozdzielić - zmarszczyłam brwi, rozglądając się dookoła. Galeria była w rzeczywistości większa niż wydawało się na zewnątrz. - Zadzwoń do mnie, jeśli skończysz, a wtedy spotkamy się... gdzieś.
- Jasna sprawa, ale jest mały problem - uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Hm? - spytałam zaskoczona.
- Sam, nie mam twojego numeru - zdecydował się mi pomóc, a ja zaklęłam cicho nad własną głupotą. Szybko podałam mu swój, a szatyn zrewanżował się, wpisując w mój telefon swoje namiary.
- W takim razie do zobaczenia - machnęłam do niego ręką i ruszyłam w stronę sklepu z artykułami do domu. Zamierzałam poszukać czegoś dla babci, która była wielką fanatyczką wszelkich kolorowych rzeczy do kuchni i drobnych ozdób, nadających wnętrzu charakteru. Uważała, że nawet inny kolor poduszek nada pomieszczeniu więcej życia. Szybko wybrałam odpowiednią rzecz i ruszyłam na podbój kolejnego sklepu, gdzie dla ojca i Micah'a wybrałam po książce. Tatę od zawsze fascynowały wszelakie kryminały i zagadki, a mój brat lubował w powieściach przygodowych. Z przeświadczeniem, że moja misja została wykonana wyciągnęłam z kieszeni telefon, chcąc zadzwonić do Max'a, ale wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że wypadałoby mu też coś kupić. Przez dłuższą chwilę wahałam się czy kupić mu jakąś książkę czy może kalendarz. Po wybraniu rzeczy, które według mnie były najbardziej odpowiednie, zadzwoniłam do szatyna i poprosiłam o spotkanie w KFC na ostatnim piętrze.
- Głodna? - rzucił mi rozbawione spojrzenie znad ekranu telefonu, który zaraz schował. Klapnęłam na jedną z kanap i rzuciłam obok torby z zakupami.
- Nie, ale chętnie napiłabym się coli - po raz kolejny tego dnia sięgnęłam po portfel i ruszyłam w stronę kas. Po chwili wróciłam z dwoma plastikowymi kubkami i małą paczką frytek. - Pachniało tak ładnie, nie mogłam się oprzeć.
Podałam mu napój i zaproponowałam spróbowanie smażonych ziemniaków.
- Myślałem, że dłużej nam zejdzie na zakupach - uniosłam brew, słysząc jego słowa.
- Ja również, ale to chyba dobrze? Będziemy wcześniej i nie spóźnimy się na ciszę nocną.
- Racja - uśmiechnął się.
- Niedługo już wracamy do domów, co? Czas szybko leci...

Max?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz