Strony

wtorek, 13 grudnia 2016

Od Quinlan - Event Mikołajkowy - Magia świąt czy może świąteczna tragedia?

Momentalnie otworzyłam oczy słysząc natarczywe dźwięki piosenki, które ustawiłam na budzik. Rozbudzona sięgnęłam po telefon. Szybko wyłączyłam irytującą melodię i spojrzałam na godzinę. Zegarek wskazywał na to, że była właśnie szósta rano. Westchnęłam. Niestety nie mogłam wstać później, bo już o siódmej miałam trening ujeżdżania. Po chwili podniosłam się powoli do pozycji siedzącej. Rozejrzałam się zamglonym wzrokiem po pokoju. Moją uwagę przykuł dość nietypowy widok. Na biurku stojącym po przeciwnej stronie pokoju znajdowały się jakieś przedmioty. Nie było tego tutaj wcześniej... Niepewnie wstałam i podeszłam tam. Były to trzy ładnie zapakowane paczuszki z napisem "for you". 
Paczuszki
Wyglądały na jakieś prezenty. Jednak nie przypominałam sobie abym miała urodziny bądź aby było jakieś święto. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niewielki kalendarz, który stał obok paczuszek. Dni, który już były miałam skreślone. Czyli... Dzisiaj był szósty grudnia! Mikołajki! To dlatego znajdowały się tutaj prezenty. W tym samym momencie usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a. Szybko wróciłam się po telefon i usiadłam na krześle obrotowym przy biurku. Wpisałam pin i weszłam w mijającą ikonę wiadomości.

"Córeczko. Razem z tatą chcielibyśmy życzyć ci miłych i szczęśliwych mikołajek. Mam nadzieję, że prezenty, które znajdziesz w swoim pokoju spodobają ci się. Niestety nie mogliśmy przekazać ci ich osobiście. Jeszcze raz życzymy ci abyś te mikołajki były wspaniałe dla Ciebie.
- Mama
P.S. W szafie na drugiej półce od góry znajdziesz jeszcze dodatkowe dwa pakunki. Będą tam prezenty od nas dla Hope i Nigerii."

Uśmiechnęłam się. Uwielbiałam wszelakie święta. Nawet takie jednodniowe jakimi są mikołajki. Czułem wtedy taką magiczną atmosferę. W takie dni nie potrafiłam być wredna czy nawet nie miła. Chciałam aby wszyscy także czuli się tak wspaniali jak ja. Jak mogłam zapomnieć, że to już dzisiaj. Na szczęście prezenty dla moich pupili kupiłam już tydzień temu, a te dla rodziny przekażę podczas świąt. Jednak wracając. Na początku wzięłam się za prezenty leżące na biurku. Niepewnie zgarnęłam do ręki ten w brązowym opakowaniu. Ostrożnie odpakowałam go. W środku znajdowała się książka pt. "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć". Moje oczy zaświeciły się z podekscytowania. Rodzice nie mogli lepiej trafić z prezentem. Uwielbiałam całą serię książek J.K. Rowling. W domu posiadałam je wszystkie. Od dawna chciałam sobie kupić tą lekturę jednak nie mogłam jej znaleźć w żadnych sklepie. Nie mam bladego pojęcia skąd oni to wytrzasnęli ale byłam im ogromnie wdzięczna. Kolejną paczką, która trafiła w moje ręce była w czarnym opakowaniu. Tak jak poprzednie ostrożnie odpakowałam go. Można powiedzieć, że w środku znajdował się tak zwany zestaw. Składał się on z szalika, rękawiczek, zegarka, kredek i różnych rzeczy kosmetycznych.
Drugi Prezent
Natomiast w ostatnim opakowaniu, które było koloru białego znajdowały się różnego rodzaju słodycze. Oczywiście rodzice pamiętali o moim małym uzależnieniu i dali tam praktycznie same czekoladowe rzeczy. Kończąc oglądać moje prezenty wyrzuciłam niepotrzebne folie do kosza. Wstałem i podeszłam do szafy aby wyciągnąć z niej prezenty dla moich pupili. Zabrałam dwie średniej wielkości paczki. Momentalnie obok mnie pojawiła się Hope. Patrzyła na mnie z miną zbitego psa najprawdopodobniej próbując także coś zyskać.
- Nie martw się mała. Zaraz dostaniesz swój prezenty. Jeden od moich rodziców, a drugi ode mnie - zaśmiałam się i pogłaskałam suczkę po łbie.
Ta jakby zrozumiała wszystko i zaczęła wesoło szczekać oraz merdać ogonem. Ze śmiechem zaczęłam odpakowywać prezent dla psiaka. Widząc jak bardzo Hope się niecierpliwiła po prostu rozerwałam folię ozdobną i otworzyłam pudełko, które było nią owinięte. W środku znajdowało się opakowanie ze smakołykami, nowa obroża i... nie wierzę... Moi rodzice kupili jej "strój renifera". Składał się z opaski z rogami renifera i czterech "bransoletek". Zaśmiałam się. Od razu dałam suczce jednego ze smakołyków. Zajadała się nim ze smakiem. Kiedy skończyła ze śmiechem ubrałam ją w strój od rodziców. Psina chodziła w nim dumnie po całym pokoju. Jakby to było jakieś ogromne wyróżnienie. Wyglądało to przekomicznie. Po chwili odpakowałam też prezent dla Rosie. Zawierał on czerwoną uzdę z dzwoneczkami, do której były umocowane odczepiane rogi renifera. Do tego zestaw niewielkich gumek z doczepianymi kokardkami. Ten strój może się całkiem nieźle komponować z nowym czaprakiem, derką, owijkami i nausznikami, które to ja kupiłam klaczy.
Prezent od Quinn dla GrayRose
Postanowiłem, że ubiorę jej to na dzisiejszy trening. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że całkiem straciłam poczucie czasu. Szybko spojrzałam na zegarek. Pozostało mi jedynie dwadzieścia minut aby dotrzeć do stajni i przygotować do treningu. Szybko ubrałam na siebie sweter, czarne jeansy . Na to zarzuciłam brązowy płaszcz i jeszcze na szybko ubrałam buty. Zgarnęłam prezenty dla GrayRose i niemalże wybiegłam z pokoju.
- Przepraszam Hope, ale potem dam ci prezent - krzyknęłam jeszcze i zamknęłam drzwi na klucz.
*chwilę później w stajni*
Weszłam do boksu GrayRose z wielką torbą na plecach. Musiałam wyglądać jak jakiś niedorobiony Święty Mikołaj. Zaśmiałam się na tą myśl. Odłożyłem "wór" na ziemię, opierając go o ścianę boksu. Rosie zaciekawiona podeszła do niego. Zaczęła go obwąchiwać, a po chwili rozchyliła go i niemalże włożyła do niego łeb. Zaśmiałam się i odciągnęłam od torby. Stawiała trochę oporu, ale dałam radę.
- Spokojnie mała. Zaraz ci wszystko pokażę - powiedziałam i poklepałam ją po łbie.
Ta zarżała wesoło. Z uśmiechem zaczęłam wyciągać wszystkie rzeczy. Nauszniki i derkę zostawiłam na boku. Resztę rzeczy zaczęłam zakładać GrayRose.
***
Kończyłam właśnie ubierać klacz, które wesoło rżała ciesząc się z nowych rzeczy. Założyłam jej czaprak, siodło, owijki, nową uzdę z rogami renifera i z przodu tak jakby na "grzywce" wczepiłam jedną z gumeczek z kokardami. Klacz wyglądała całkiem uroczo. Najbardziej podobał mi się prezent od moich rodziców. Te rogi były przesłodkie.
Tak mniej więcej prezentował się
prezent od rodziców Quinn
Wyprowadziłam klacz ze stajni i ruszyłam z nią na halę. To tam miał się odbywać dzisiejszy trening ujeżdżania, który prowadziła pani Melanie O'Conner. Po chwili byłam na miejscu. Było tam też kilka innych osób. Przyjrzałam się ich koniom. Czyli nie tylko moja klacz była wystrojona. Uśmiechnęłam się. Ten dzień już zaczynał być wspaniały, a nawet nie ma południa. Idealnie o godzinie siódmej trenerka podeszła do nas i każdej osobie wręczyła po ładnie opakowanej paczce. Kiedy doszła do mnie przytuliłam ją w geście podziękowania i powiedziałam, że nie musiała tego robić. Jednak pani Melanie odpowiedziała jedynie, że to była dla niej czysta przyjemność i poszła dalej. Z uśmiechem rozpakowałam prezent. W środku znajdowała się paczka smakołyków dla koni, czapka mikołaja i ręcznie robiona świeczka z wspaniałym wzorem, który przedstawiał renifera. Mimo, że mały to prezent był piękny. Dalszy trening minął nam w naprawdę miłej i luźnej atmosferze. Każdy śmiał się i żartował. Pod koniec daliśmy koniom wolną rękę aby także mogły skorzystać. Od razu zaczęły ganiać się nawzajem rżąc przy tym wesoło.
*Lekcje*
Pierwszymi naszymi zajęciami dzisiaj była matematyka. Siedzieliśmy w sali lekcyjnej. Każdy w swojej ławce. Trzy czwarte osób miało na głowach czapki mikołaja. W tej grupie byłam też ja. Nie dość, że tak można przynajmniej tak minimalnie uczcić to święto, to na dodatek poprzedniego dnia nauczyciele przekazali, że osoby, które będą je miały nie zostaną wzięte do odpowiedzi i nie muszą pisać żadnych kartkówek. Pan Mark zadecydował, że skoro dzisiaj są mikołajki to nie będzie prowadził normalnej lekcji. Włączył tablicę interaktywną i laptopa stojącego na biurku. Po chwili pojawił się obraz na pierwszej rzeczy. Mężczyzna wszedł na youtube i włączył świąteczną playlistę, którą stworzył już wcześniej specjalnie na dzisiejszy dzień. Wszyscy śmialiśmy się i próbowaliśmy śpiewać. Co nie za bardzo nam wychodziło, ale nie obchodziło nas to. Najważniejsza była po prostu zabawa. Pod koniec zajęć nawet pan Mark się do nas dołączył i śpiewaliśmy wszyscy razem!
Kolejna była łacina. Pan Alfredo także przygotował coś dla nas z okazji mikołajek. Na początku lekcji rozdał każdemu po pierniczku i babeczce, które sam upiekł. Widziałam szczęście na jego twarzy i zmarszczki tworzące się w kącikach oczu przez szeroki uśmiech. Zaśmiałam się cicho widząc swoje imię na babeczce. Nawet o tym pomyślał nasz nauczyciel. Także żaden pierniczek nie był taki sam. Każdy był inny. Unikatowy. Potem robiliśmy różne quizzy, krzyżówki i wykreślanki związane z mikołajkami. Oczywiście wszystko było po łacińsku. Na końcu jeszcze rozmawialiśmy z panem Alfredo na najróżniejsze tematy. Jednym z nich było na przykład to, że szósty grudnia powinien być dniem wolnym.
Na kolejne lekcje jednak nie poszłam. Nie mogłam. Miałam jeszcze jedną, bardzo ważną sprawę do załatwienia. A w sumie szkoda, że mnie nie będzie na zajęciach... Kolejne lekcje pewnie byłyby równie ciekawe jak poprzednie. Jednak to co robiłam było tego warte. Jedynie musiałam się wcześniej dogadać z panią Angeliną, która zgodziła się mnie zwolnić. Pewnie wiele osób zastanawiało się czemu nagle znikam... Już od kilku dni szykuję niespodziankę. Dla wszystkich.
*Jakiś czas później stołówka*
Miałam jedynie cztery i pół godziny aby przyszykować całą stołówkę. Na szczęście pani kucharki obiecały, że do czasu obiadu nikogo tutaj nie wpuszczą aby nie zepsuć mojej niespodzianki. Powoli wynosiłam kartony z dekoracjami z zaplecza na środek sali. Układałam je jeden obok drugiego aby nie dokładać sobie jeszcze więcej roboty. Po kilku minutach wzięłam się do roboty i zaczęłam dekorować stołówkę. Przy suficie zawisły łańcuchy stworzone z różnych mikołajkowych wzorów takich jak sam mikołaj, renifery, sanie, ale także śnieżynki czy bałwanki. Na stolikach położyłam białe obrusy z czerwonymi śnieżynkami. Do ich krawędzi przyczepiłam cienki łańcuchy składające się z białych koralików, karteczek z różnymi napisami oraz wizerunkami mikołaja i renifera. Na środkach stolików poustawiałam tekturowe, piętrowe choinki. Na nich położę babeczki, które pół piętnaście minut przed przerwą obiadową miały przynieść mi kucharki. Resztę jedzenia i picia powiedziały, że przyniosą trochę wcześniej. Mniej więcej o czternastej. Przy każdym miejscu gdzie ktoś będzie siedział poukładałam talerze. Obok sztućce. Za talerzami stały kieliszki do szampana - niestety dostałam pozwolenie jedynie na tego dla dzieci... ale cóż... lepsze to niż nic - i papierowe kubki z wzorami mikołajkowymi. W niektórych miejscach poukładałam puste kartony owinięte w czerwony papier z białymi kropeczkami i przewiązane wstążkami bądź sznurkami. Sprawiały one wrażenie całkiem ładnych prezentów. Porozstawiałam jeszcze resztę drobnostek i spojrzałam na efekt końcowy. Nie to, że się chwaliłam, ale... wyszło wspaniale. Uśmiechnęłam się i spojrzałam na zegarek. Wskazywał godzinę trzynastą. Boże... Jak ten czas szybko leci. Zaledwie nie dawno tutaj wchodziłam i była dziesiąta, a teraz... Po chwili zdecydowałam, że pójdę do siebie. W międzyczasie trochę odpocznę i przekaże Hope prezent ode mnie. Potem około trzynastej trzydzieści wrócę tutaj aby porozkładać jedzenie i najwyżej coś popoprawiać. To był plan niemalże idealny....
*Chwilę później. Pokój Quinlan*
Stanęłam przed szafą. Obok moich nóg cały czas kręciła się Hope podekscytowana tym, że zaraz dostanie prezent ode mnie. Z trudem ściągnęłam z najwyższej półki pakunek. Odwróciłam się z nim w rękach i nogą zamknęłam drzwiczki od szafy. Położyłam prezent na dywanie i sama na nim usiadłam. Suczka klapnęła obok mnie. Co chwilę próbowała się dorwać do pakunku. Jednak nie pozwalałam jej. Po chwili dałam za wygraną. Hope niemalże rzuciła się na prezent. Zaczęła zębami rozrywać ozdobny papier, którym wszystko owinęłam. W czasie kilku minut cały dywan miałam w strzępkach z opakowania. Jednak było warto. Widziałam jak suczka wesoło merda ogonem widząc swoje prezenty. Zaczęła szczekać wesoło i kręcić się dookoła. Zaśmiałam się i spojrzałam na rozpakowany prezent. W jego skład wchodziła nowa, czerwona smycz, paczka ze smakołykami, gryzak w kształcie kości, zabawka przypominająca kurczaka, dwie obroże w śnieżynki i ogromne czarno-czerwone legowisko.
Obroże z prezentu dla Hope
Po chwili suczka chwyciła w zęby nowe miejsce do spania i dumnie zaniosła je obok mojego łóżka. Potem wróciła i już widziałam jak patrzy się na smakołyki.
- O nie... Tym to ja się zajmę - powiedziałam i szybko zgarnęłam je w ręce.
Hope spojrzała na mnie oskarżycielsko. Zaśmiałam się i wyciągnęłam z opakowania trochę smakołyków. Podałam je psinie. Ta jeszcze chwilę się obrażała, jednak zaraz podbiegła i zadowolona jadła co jej dałam. W czasie kiedy chowałam większość prezentów dla Hope, suczka bawiła się zabawką w kształcie kurczaka. Spojrzałam na zegarek. Zaraz powinnam wychodzić aby jeszcze raz wszystko dokładnie popoprawiać.
*chwilę później. Wejście do stołówki*
Szybkim krokiem szłam przed siebie. Pomiędzy moimi nogami pałętała się wesoła Hope w stroju renifera, która tym razem za żadne skarby nie chciała zostać w pokoju. Więc chcąc czy nie chcąc musiałam ją wziąć ze sobą. Po chwili byłam przy wejściu od stołówki. Wyciągnęłam drugi klucz jaki dały mi tymczasowo kucharki. Włożyłam go do zamka i przekręciłam. Wyciągnęłam go i pchnęłam drzwi, które od razu otworzyły się na oścież. Zatrzasnęły się zaraz po tym jak przez nie przeszłam. Nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam... Cała moja ciężka praca... Została po prostu zniszczona... Wiedziałam, że posiadam wielu wrogów w akademii, ale nie podejrzewałam, że ktokolwiek dopuściłby się takiego czynu... Byłam załamana. Nie wiedziałam co zrobić. Do moich oczu zaczęły napływać łzy. Po chwili osunęłam się po drzwiach. Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej i owinęłam je rękami. Głowę "schowałam" pomiędzy nogami. Pozwoliłam aby łzy swobodnie spływały po moich policzkach. To się nie mogło stać... Szlochałam bezgłośnie. Sama nie wiem ile czasu spędziłam siedząc tak. Jednak nagle poczułam coś mokrego na twarzy. Powoli uniosłam głowę. Obok mnie stała Hope. Ogon miała niepewnie, lekko uniesiony, a w pysku trzymała jedną z ozdób, które się utrzymały. Patrzyła na mnie wielkimi oczami, w których widziałam jedno. Nadzieję. Co chwilę dotykała mnie łapą i podstawiała ozdobę. Wzięłam ją niepewnie do ręki. Suczka rozchmurzyła się i zaczęła merdać ogonem. Chwyciła w zęby rękaw mojego swetra i pociągnęła do przodu. Szarpała tak dopóki w końcu nie wstałam. Ta coraz bardziej promieniowała. Szłam za nią. Hope co chwilę pokazywała mi ocalałe ozdoby, które chcąc czy nie chcąc musiałam zebrać. Na koniec zaprowadziła mnie na zaplecze. Stały tam dwa kartony, o których najprawdopodobniej musiałam zapomnieć. Suczka uparła się abym je wyniosła. Po chwili stałam ze wszystkimi ocalałymi ozdobami na środku sali. Spojrzałam na swoje ręce, w których nadal znajdowała się ta jedna ozdoba, którą przyniosła mi psina. Wtedy zrozumiałam. Nie mogłam się poddać. Nie mogłam dać za wygraną. Musiałam walczyć! Dam radę! Moja praca nie pójdzie na marne! Jeszcze uratuję to przedsięwzięcie. Wraz z pomocą Hope zaczęłam ponownie przystrajać salę. Tym razem w o wiele szybszym tempie.
***
O czternastej piętnaście wszystko było gotowe. Jednak jakby nie pomoc kucharek, które później przyszły nie dałabym rady. One także były oburzone tą całą sytuacją. Chciałabym wiedzieć kto to zrobił. Jednak nie na to czas. Stanęłam przed wejściem do stołówki i przekręciłam klucz w zamku. Odsunęłam się szybko do tyłu. Po chwili zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec zajęć. Nie musiałam długo czekać. Zaraz drzwi od stołówki otworzyły się. Wszyscy, którzy mieli wejść stanęli nagle w miejscu. Jakby ich wmurowało. Rozglądali się niepewnie aż w końcu ich wzrok utkwił we mnie. Patrzyli na mnie najprawdopodobniej niedowierzając, że to wszystko moja robota. Że to wszystko wyszło ode mnie... Od osoby, którą uważali za "wredną sukę".
- No cóż... Mamy mikołajki. Należy coś zrobić dla innych. Do tego chciałam aby wszyscy poczuli się w ten dzień tak wspaniale jak ja. Aby poczuli magię tego święta - odpowiedziałam na nieme pytaniem uśmiechając się delikatnie i na końcu wzruszyłam po prostu ramionami.
Po chwili uczniowie otrząsnęli się z szoku i niepewnie zaczęli wchodzić  do środka. Potem atmosfera się rozluźniła. Wszyscy śmialiśmy się i rozmawialiśmy na najróżniejsze tematy. W tamtym momencie nie było żadnego podziału na to kto kim jest bądź jaki jest. Zachowywaliśmy się jak jedna wielka rodzina. Cieszyłam się, że mogłam pokazać innym chociaż trochę magii tego wspaniałego święta jakim są mikołajki.
*jakiś czas później*
Powoli weszłam do stajni. Od razu skierowałam się do boksu, w którym znajdowała się GrayRose. Weszłam do środka. Klacz nadal była ubrana w swoje prezenty, które po prostu za żadne skarby świata nie chciała ściągnąć. Nawet kiedy dawałam jej kostki cukru to nie chciała ich przyjąć... Ech... Uparte stworzenie. Ale jest przynajmniej jeden plus. Nie musiałam już szykować Rosie na trening. Zaraz wybije godzina siedemnasta, o której moja grupa miała mieć zajęcia z crossu. Z uśmiechem wyprowadziłam klacz na zewnątrz. Kierowałam się na tor crossowy. Byłam już w połowie drogi kiedy nagle usłyszałam czyiś krzyk.
- Ey! Ty! Fioletowowłosa! Wszyscy mamy iść na hale! - wykrzyczał jakiś chłopak.
Wywróciłam tylko oczami. Jednak zawróciłam i skierowałam się w miejsce gdzie kazał udać mi się tamten krzykacz.
***
W końcu dowiedzieliśmy się po co nas tutaj zebrano. Odbywało się losowanie mikołajkowe. Pani Ruby Steward miała w rękach wielką szklaną kulę, w której były napisane imiona i nazwiska każdego z nas. Pan Sam Steward trzymał identyczną kulę. Natomiast pani Madeleine miała losować po jednej karteczce z każdej. W pierwszej znajdowały się osoby, które miały dawać prezenty. W drugiej osoby, którym mieliśmy je dać. Bardzo podobał mi się ten pomysł. Lubiłam dawać innym prezenty. To takie wspaniałe widzieć na twarzach innych osób uśmiech spowodowany tym wszystkim. Niecierpliwie czekałam na to jak ktoś wyczyta moje imię i nazwisko. Jak do tej pory dowiedziałam się już kto daje mi prezent. A był to Max. Ciekawe co wybierze. Krótką chwilę mego zadumania przerwał głos pani Madeleine.
- Quinlan Squarepants daje prezent Marze Todd-Brighton - wykrzyczała.
Wiedziałam co to była za dziewczyna, jednak nie znałam jej za dobrze. Do tego nie byłyśmy w jakiś dobrych stosunkach. Ale nie patrzyłam teraz na to. Teraz chciałam jej dać taki prezent, z którego naprawdę się ucieszy. A żeby taki był to muszę zdobyć kilka informacji.
*chwilę później*
Od różnych uczniów dowiadywałam się rzeczy na temat Mary. Niektórzy chętnie opowiadali inni już mniej. Byli także tacy, którzy po prostu zignorowali mnie. Jednak rozumiałam. Ten jeden dzień nie znaczy, że od razu zmienią nastawienia do mnie. Zresztą... Nawet na to nie liczyłam. Po jakiejś godzinie zdobyłam chyba wystarczająco informacji na temat dziewczyny. Wiedziałam, że gra na skrzypcach i pianinie, kiedyś chodziła na tańce. Interesuje się fotografią i wilkami oraz chce zostać pisarką. Dzięki temu powinnam dać radę zdobyć przyzwoity prezent. Pożegnałam się z GrayRose, którą w końcu odprowadziłam do boksu i wyszłam ze stajni. Ruszyłam powolnym krokiem do budynku mieszkalnego.
***
Przeszukiwałam wszystkie szafki, ale nigdzie nie mogłam znaleźć kluczy od mojego samochodu. Przecież ich nie zgubiłam! Chyba... Już któryś raz z rzędu poczułam drapanie łapami o moje nogi. Już mega zirytowana odwróciłam się.
- Hope! Ile razy mam ci... - zaczęłam krzykiem, ale po chwili zamilkłam widząc co suczka trzyma w zębach. Były to moje klucze. Przytuliłam psinę. - O boże... Tak bardzo cię przepraszam i dziękuję za to, że je znalazłaś.
Po chwili zabrałam rzecz z pyska Hope, zgarnęłam torebkę i wyszłam z pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i szybkim krokiem ruszyłam wzdłuż korytarza. Minęło kilka dobrych minut zanim wyszłam z budynku i dotarłam na parking strzeżony gdzie znajdowało się moje ukochane auto. Podeszłam do niego. Kliknęłam przycisk na kluczach, a drzwi automatycznie się otworzyły. Weszłam do środka torebkę kładąc na siedzeniu obok. Włożyłam kluczyk do stacyjni i ruszyłam. Moim celem było pobliskie miasteczko.
***
Stanęłam przy sprawdzonej księgarni. Wyszłam z auta i zabrałam swoją torebkę. Po chwili znalazłam się już w środku pomieszczenia. Było to niewielkie, ale bardzo przytulne miejsce. Podeszłam do lady, za którą stała kobieta w podeszłym wieku. Włosy miała siwe, a oczy zielone z iskrami chęci życia w nich.
- Witaj Mirando - powiedziałam i posłałam jej ciepły uśmiech.
- Ooo... Kogo to moje oczy widzą! Quinn! Przyszłaś zakupić kolejną książkę z gatunku fantastyki? - zapytała wstając od razu.
- Nie tym razem. Szykuję prezent dla znajomej z akademii. Czy masz może na stanie jeszcze jakąś książkę na temat wilków?
- Oczywiście kochaniutka. Poczekaj chwilę. Zaraz wracam - i już jej nie było.
Po około pięciu minutach wróciła z dość grubą książką rozmiarów A4.
- Tutaj jest dosłownie wszystko na temat tych fascynujących zwierząt. Rasy, zachowanie, zwyczaje. Wszystko - uśmiechnęła się ciepło.
- Wezmę ją. Ile to będzie kosztowało? - zapytałam niepewnie z racji, że mieliśmy limit do stu złoty, a chciałam jeszcze kupić kilka rzeczy.
- Dla ciebie Quinn za równe trzydzieści złoty.
- Ale ta książka jest na pewno warta o wiele więcej!
- Nie martw się. Może ja też chcę zrobić coś dobrego dla innych z okazji mikołajek? - zapytała niby oburzona.
- Oj już dobrze. Niech ci będzie Mirando. Oto zapłata - zaśmiałam się i podałam kobiecie banknoty.
Pożegnałam się z nią i wyszłam ze sklepu. Wsiadłam do auta. Moim kolejnym celem był sklep muzyczny.
***
Weszłam do ogromnego sklepu. Z tego co pisało nad wejściem nazywał się on "Woodlock". Rozejrzałam się wokół. W każdym zakamarku znajdowała się inna część sklepu. Po jednej dział gitarowy, a po drugiej dla perkusistów. Zaczęłam szukać tego dla pianistów bądź skrzypków. Na szczęście oba znajdowały się obok siebie. Zaczęłam przeglądać rzeczy tam leżące. Po chwili zdecydowałam się, że kupię kilka drobnych rzeczy. Wzięłam jedną z książek z nutami, drugą opowiadającą o różnych sławnych pianistach. Podeszłam z tym do kasy. Przy niej wzięłam jeszcze karnet z abonamentem do Spotify.
- Ile płacę za to wszystko? - zapytałam.
- Karnet trzydzieści złoty. Jedna książka dziesięć, a druga dwadzieścia. Czyli w sumie zapłaci pani sześćdziesiąt złoty - powiedział sprzedawca.
Otworzyłam portfel i wyciągnęłam z niego banknot stuzłotowy. Po chwili dostałam resztę. Zabrałam torbę z zakupami i wyszłam ze sklepu. Czas wracać do akademii...
*w drodze powrotnej*
Jechałam powoli wzdłuż drogi. Wokół mnie świat pokrył się już ciemnością. Moim jedynym źródłem światła były światła samochodu. Wolałam uważać aby nie spowodować żadnego wypadku. Jadąc trzymałam się raczej pobocza. Kto wie jacy ludzie teraz jeżdżą po drogach. Chciałam być jak najszybciej w akademii, jednak priorytetem pozostało nadal bezpieczeństwo. Nie chciałam jeszcze tracić życia ani komuś go odbierać. Nagle w światłach mego samochodu zauważyłam coś dziwnego. Był to czarny worek na śmieci. Wyglądał jakby rzucał się na różne strony. Stanowczo nie mogło to być dzieło wiatru. Szybko zahamowałam i wysiadłam z pojazdu. Niepewnie podeszłam do przedmiotu. Nadal się poruszał. Pod wpływem impulsu chwyciłam za niego i rozwiązałam. Moim oczom ukazał się masakryczny widok. Z worka wyszedł pies. Jednak... Nie mogłam uwierzyć w to wszystko... Ten pies był tak bardzo wychudzony... Nie mógł się utrzymać na własnych łapach... Przez to już po chwili upadł na twardy asfalt.
Pies odnaleziony przez Quinlan
Najzwyczajniej w świecie nie mogłam uwierzyć, że ktoś mógł doprowadzić psa do takiego stanu... Że ktoś mógł być aż tak okrutny. Nie dość, że zagłodził psa to jeszcze chciał się go pozbyć w tak okropny sposób jakim byłoby uduszenie się w zawiązanym worku na śmieci. Jakby to zwierzę było tylko nic nieznaczącą zabawką. Widziałam przerażenie i jednocześnie nadzieję w oczach psiny. Bał się. Nie ufał mi wiedząc co zrobił jego poprzedni właściciel. Bez wahania wzięłam go na ręce. Pies nawet jeżeli by chciał to nie miał sił się bronić przed tym. Położyłam go ostrożnie na tylnych siedzeniach z nadzieją, że nie będzie próbował uciec. Sama wsiadłam ponownie na miejsce kierowcy. Odpaliłam samochód i ruszyłam do pobliskiej kliniki. Tym razem jechałam już szybciej. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do weterynarza. W takiej sytuacji jak ta każda minuta może być na wagę złota... Jedna minuta może zaważyć nad życiem niewinnego stworzenia.
***
Siedziałam w na długim, ale wąskim korytarzu, który robił za poczekalnię u weterynarza. Moją głowę zaprzątały cały czas myśli na temat tego biednego stworzenia. Bardzo się martwiłam o jego dalszy los. W końcu po okropnie dłużącym mi się czasie z gabinetu wyszedł mężczyzna ubrany w biały kaftan. Podszedł do mnie i poważną miną zaczął mówić. Dowiedziałam się, że tylko dzięki mojej szybkiej interwencji udało się uratować tego psiaka. Inaczej po prostu by się udusił. W trakcie badania odkryli, że oprócz wiadomej rzeczy, którą jest wygłodzenie, to, że zwierzę ma złamaną łapę z przemieszczeniem. Będzie trzeba zrobić mu operację. Potem przez mniej więcej miesiąc zostanie na obserwacji i leczeniu w klinice.
- Jednak potem będziemy musieli oddać go do schroniska. Chyba, że ktoś się zgłosi wcześniej z chęcią zabrania go do siebie - powiedział smutno weterynarz.
- Ja go wezmę. Nie zostawię go na pastwę schroniska. Przygarnę go - powiedziałam od razu.
- Dobrze. Będę o tym pamiętać. Mam nadzieję, że kiedy wyzdrowieje będziesz się nim dobrze opiekować.
- Obiecuję - powiedziałam poważnie.
- To teraz nie ma co. Wracaj do domu. Jutro będziesz mogła się z nim zobaczyć jeżeli będziesz chciała - uśmiechnął się ciepło do mnie i dodał po chwili. - Masz już może jakieś imię dla niego?
- Senshi - odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
Lekarz uśmiechnął się szeroko i zanotował w zeszycie, który wyciągnął z kieszeni.
- Do widzenia i dziękuję za pomoc - powiedziałam i uścisnęłam rękę weterynarza.
Wyszłam z budynku i weszłam do samochodu. Odpaliłam i ruszyłam w drogę powrotną do akademii z myślą, że na następny dzień na pewno tutaj wrócę...
*Następny dzień. Lekcja żywienia i opieki nad końmi*
Pierwsza lekcja następnego dnia. Każdy z nas niecierpliwie kręcił się na swoim miejscu. To był czas kiedy mieliśmy rozdać sobie prezenty. Na mojej ławce leżały trzy paczuszki. W dwóch były rzeczy zakupione w mieście, a w jednej książka. Dostałam ją od nowego ucznia. Noaha. Zgodził się mi pomóc dzięki czemu uzyskałam książkę o sławnej tancerce wraz z jej własnoręcznym podpisem. Byłam w sumie zadowolona z tego co kupiłam.
- Widząc jak bardzo się niecierpliwicie nie mogę kazać wam dłużej czekać. Możecie rozdać sobie prezenty - powiedziała nauczycielka.
Momentalnie wszyscy zerwali się ze swoich miejsc. Ja natomiast wstałam powoli i wzięłam do rąk pakunki. Podeszłam do Mary i przekazałam je jej.
Prezenty dla Mary
- Szczęśliwych mikołajek. Mam nadzieję, że spodoba ci się to co kupiłam - powiedziałam i po prostu przytuliłam dziewczynę.
Ta niepewnie odwzajemniła uścisk i wzięła prezenty. Po tym wróciłam na swoje miejsce. Jednak już po chwili ktoś znalazł się obok. Był to Max, a w rękach trzymał pakunek. Wstałam i uśmiechnęłam się do niego.
- Proszę. Wszystkiego najlepszego z okazji mikołajek - powiedział i wręczył mi prezent.
Wzięłam pakunek i odłożyłam go na ławkę. Przytuliłam Maxa w podziękowaniu.
- Dziękuję ci - dopowiedziałam jeszcze.
Po kilkunastu minutach wszyscy już rozdali sobie prezenty i dyskutowali na ich temat. Ja natomiast uśmiechałam się do siebie i analizowałam tegoroczne mikołajku. Były one naprawdę uda. Przekazałam innym chociaż trochę magii tego święta. Zakupiłam prezenty i je porozdawałam. I na koniec jeszcze uratowałam życie niewinnemu stworzeniu. Tak. Stanowczo te mikołajki były udane. Chociaż ostatnie wydarzenie było bardzo smutne to nadal mogę uznać za sukces uratowanie tego psa.
Magia tego święta nadal istnieje. Nigdy nie zapomnę tegorocznych mikołajek....

Ilość słów: 4275

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz