Strony

niedziela, 18 grudnia 2016

Od Maxa - Event Mikołajkowy - O włos od tragedii

Drryyńń… Drryyńń… Otworzyłem zaspane oczy sięgając na oślep po telefon, leżący na szafce nocnej. Ktoś dzwonił. Na wyświetlaczu pojawił się numer i nazwa kontaktu. Dzwonił tata.
- Halo? – odezwałem się zaspanym głosem
~ Max? Wszystkiego najlepszego z okazji mikołajek! – po drugiej stronie słuchawki odpowiedział radosny głos mojego ojca – Oh, nie dzwonię za wcześnie, co? Która jest u ciebie?
Mój mózg przetwarzał jeszcze parę chwil te pytania. Mikołajki... Dziś szóstego grudnia? Właśnie… Która godzina? Zerknąłem szybko na zegarek uświadamiając sobie, że jest krótko po piątej nad ranem.
- Jest piąta. Rano. – wymruczałem do komórki i szybko dodałem – I dzięki za życzenia.
~ Piąta? Wybacz. U nas jest dopiero kilka minut po północy. Nie znam się na strefach czasowych.
- Nie szkodzi. I tak za godzinę miałem wstawać. Sammy jest z tobą?
~ Jest, już go daję tylko dojdę do jego pokoju. Znając go znowu gra na konsoli – usłyszałem jak wchodzi po skrzypiących schodach prowadzących do naszych pokoi, które były obok siebie - Nie połamałeś się tam jeszcze, co?
- Tato... - jęknąłem do słuchawki, jak wiele razy przedtem, kiedy pytał się czy nic mi nie ma
~No co, martwię się. Konie są niebezpieczne i... - przerwał słysząc moje wymowne westchnięcie - Dobra, dobra, wiem jestem nadopiekuńczy. Daję ci Sama, na razie.
- Bye, dzięki jeszcze raz za życzenia. - powiedziałem szybko zanim tata oddał telefon mojemu bratu
~Hej. Co jest? – Samuel przywitał się krótko, jak zwykle
- Hej, najlepszego. Masz coś dla taty, nie? – zapadła cisza, niemal widziałem tą jego zaskoczoną minę przyłapanego na gorącym uczynku dziecka – Haha, wiedziałem!
~ A ty coś masz, cwaniaku? – bronił się
- A mam. Książkę mamy. Tą o koniku. – odparłem dumnie, wygrzebując się spod ciepłej kołdry
~ Zaraz. Skąd? Przecież nie było nawet premiery. – zauważył i po chwili dodał przyciszonym tonem - Cholera, a nie możesz powiedzieć, że kupiliśmy ją razem?
- Haha, nie ma tak łatwo! Poza tym przyjadę na święta Bożego Narodzenia, a mikołajki u was są jutro.
~ Dobra, muszę coś skombinować. Jak będę mieć dylemat to się jeszcze odezwę.
- Ok, przekaż tacie, że wylatuję 25 i powinienem wrócić 26. Na razie – pożegnałem się, w odpowiedzi słysząc krótkie pa od Sammy’ego
Po zakończonej rozmowie nakarmiłem Shiręę. W jej terrarium ustawiłem miniaturową sztuczną choineczkę z lipnym śniegiem. A co mi tam, niech też ma świątecznie. Następnie skierowałem swe kroki do łazienki zabierając ze sobą ciuchy przeznaczone na dziś dzień. Obmyłem twarz zimną wodą spędzając tym samym resztki snu z powiek. Wyszorowałem zęby i przebrałem się z kraciastej piżamy na czerwoną bluzę z kapturem i kieszonką z przodu z wyszywanym Rudolfem, którą dostałem kiedyś właśnie na mikołajki. Do tego bryczesy i ciepłe skarpety. Zerknąłem jeszcze w lustro poprawiając ręką rozczochrane włosy, które, zacznijmy od tego, zawsze tak wyglądały. Przy drzwiach zdjąłem narciarską kurtkę z wieszaka i założyłem ją. Stopy włożyłem w zimowe buty jeździeckie i byle jak owinąłem sobie szal wokół szyi. Już przekraczałem próg drzwi, kiedy mnie olśniło. Muszę zabrać przecież prezent dla Newtona. Zawróciłem i pomaszerowałem ku szafie gdzie schowałem podarunek dla mojego gniadosza. Odrobinę podekscytowany chwyciłem za lnianą torbę, w której schowałem to:
Prezencik dla Newta :3
Zamówiłem je kilka dni temu przez Internet i przyszły wczoraj. Mam nadzieję, że mu się spodoba, bo trochę szkoda mi tego białego kompletu. Lepiej zostawić go na zawody. Chwyciłem za ucha torby i popędziłem do drzwi, zatrzaskując je i zamykając na klucz. Następnie zbiegłem po schodach i wybiegłem przed akademik. Prawie natychmiast oślepłem od bieli panującej na dworze. Biały puch przykrył każdą wystającą rzecz i wciąż go przybywało w postaci małych śnieżynek spadających z nieba. Uśmiechnąłem się pod nosem i ruszyłem w stronę stajni. 
W środku zastałem świąteczne dekoracje porozwieszane na belkach podtrzymujących sufit. Świąteczna atmosfera przenikła nawet tutaj. Wesoły przystanąłem przy boksie Newtona. Ogier zarżał na przywitanie i podszedł do bramki wystawiając łeb. Podrapałem go czule po nosie i czole, chowając prezent za plecami. Gniadosz wyczuł, że coś trzymam i zaciekawiony starał się zajrzeć co też takiego znajduje się za moimi plecami.
- Wszystkiego najlepszego, Newt. Dziś są mikołajki, nie? – powiedziałem do konia, wślizgując się jednocześnie do boksu – Mam prezent dla ciebie
Pokazałem mu torbę oraz pozwoliłem zbadać jej zawartość. Newton wsadził pysk do torby i zarżał cicho. Wyjąłem czaprak, uwiąz, kantar i nagolenniki w miętowym kolorze. Pamiętałem o usunięciu folii ochronnych już w pokoju. Nie raz widziałem jak szaleje ze strachu przed dźwiękiem szeleszczących toreb i worków. Zachowywał się wtedy jakby wstępował w niego jakiś demon.
Ogier obwąchał przedmioty i parsknął dwa razy zadowolony. Postanowiłem, że założę mu dziś to wszystko na pierwszy trening, który miał odbyć się o 6.30. Położyłem wszystko na ziemi i wyszedłem z boksu. Skierowałem się w stronę siodlarni po szczotki oraz sprzęt do jazdy. Wpadłem do pomieszczenia, wziąłem potrzebne rzeczy i wyszedłem stamtąd tak szybko jak wszedłem. Znajdując się ponownie w boksie gniadosza oceniłem na ile ogier jest brudny. Po przejechaniu ręką pod brzuchem domyśliłem się, że musiał leżeć. Pod palcami wyczułem pełno sklejek i grudek. No nic, trzeba to będzie wyczyścić. Sięgnąłem do skrzynki ze szczotkami i chwyciłem za iglaka. Energicznymi ruchami zacząłem szczotkować podbrzusze Newtona, który stał zadowolony, przysypiając. Uwielbiał, gdy się go pielęgnuje. Po wyszczotkowaniu sierści na brzuchu przejechałem szczotką jeszcze parę razy po nogach, grzbiecie i szyi. Następnie użyłem szczotki o miękkim włosiu. Przeciągałem ją długimi ruchami wzdłuż smukłego ciała angloaraba. Nagle zauważyłem małe skaleczenie na lewej łopatce. Hm, kiedy to się mogło stać? Może wtedy gdy wystraszył się tej foliówki od nieznajomej… Całe szczęście, że była wtedy ze mną Quinn, bo mogło się to skończyć o wiele gorzej. Poszukałem w magicznej skrzyneczce na szczotki środka dezynfekującego i spryskałem nim czterocentymetrową ranę. Ten środek był o tyle dobry, bo nie powodował nieprzyjemnego szczypania jak zwykła woda utleniona. Newton nawet tego nie poczuł. Następnie wziąłem się za kopyta. Podniosłem kopystkę i chwyciłem za lewą przednią nogę. Przesunąłem palcami wzdłuż pęciny ogiera i oparłem się o jego lewy bok, dając sygnał, aby podniósł kopyto. Newt posłusznie wykonał polecenie i dał sobie wyczyścić wszystkie kopyta.
Teraz przyszedł czas na siodłanie. Odwróciłem się by podnieść ze słomy nowiuteńki czaprak i założyłem go na grzbiet gniadosza, który skubał resztki siana. Poprawiłem go przesuwając odrobinę wyżej, a następnie założyłem na niego misternie szyte siodło z czarnej skóry. Przewlokłem popręg przez paski czapraku i obszedłem konia dookoła. Z drugiej strony zrobiłem to samo zapinając popręg na drugą dziurkę. Przed jazdą się dociągnie. Następnie sięgnąłem po ogłowie wykonane z tej samej czarnej i błyszczącej skóry co siodło. Odrobinę mi się poplątało, lecz już po kilku chwilach rozplątałem wszystkie paski. Przerzuciłem wodze przez szyję gniadosza i założyłem resztę ogłowia. Newt opierał się trochę, szczególnie przy dopinaniu skośnika. Ogólnie to on nie chodzi z wędzidłem. Gdybym miał mu to teraz zakładać, założyłbym się, że do południa bym tego nie zrobił. Nawet nie próbuję przekonywać go do gumowego wędzidła, bo wiem, że w tej kwestii z nim nie wygram. No, bo w sumie po co na siłę mu zakładać wędzidło, skoro nawet lepiej chodzi bez? Zostały tylko nagolenniki. Jednak po dłuższym zastanowieniu się stwierdziłem, że lepiej założyć mu ciepłe owijki. Przecież na dworze jest śnieg i minusowa temperatura.
Zerknąłem na zegarek. 6.28. Osiodłanego ogiera wyprowadziłem za zewnątrz. Newton podekscytowany jazdą oraz widokiem śniegu zaczął dreptać w miejscu. To u niego normalne. Założyłem toczek i dociągnąłem poluzowany popręg. Odbezpieczyłem strzemiona i jednym susem już siedziałem w siodle. Poklepałem nabuzowanego ogiera po szyi i popędziłem do szybkiego stępa. Przejechałem przez plac kierując się w stronę toru crossowego. Na miejsce dotarłem punktualnie. Moim oczom ukazał się niecodzienny widok. Trener Liam siedział w kostiumie Świętego Mikołaja na swojej kasztance, która również była przebrana tylko, że za renifera.
Trener Liam w kostiumie Św. Mikołaja xd Źródło: Pinterest

Wszyscy w mojej grupie nosili świąteczne czapki bądź poroża, a ich wierzchowce miały nowe komplety. Czyżby dostały je w prezencie od swoich właścicieli? Jeśli tak, to Newt nie był wyjątkiem. 
- Ho ho ho! Czy wszystkie dzieci są? - rozległ się rozbawiony i przesadnie obniżony głos trenera
- Tak. - odpowiedzieliśmy i ustawiliśmy się w kolejce przed torem utrzymując równe odstępy, ja stanąłem drugi
- To dobrze. - głos trenera Liama był już normalny - Znacie już tor, prawda? Z okazji świąt sprezentowaliśmy wam nieco inną ścieżkę. Tutaj macie mapkę. Po obejrzeniu mapy podajcie ją do tyłu. 
Uczniowie byli równie podekscytowani co ich wierzchowce. Rzuciłem okiem na mapkę i podałem ją do tyłu.
- A no i zapomniałem dodać, że pościgacie się parami. Ustawcie się proszę.
Moją parą był Cole na swoim kasztanie o imieniu Avenger. Wymieniliśmy ze sobą uśmiechy i łobuzerskie spojrzenia. Wreszcie trener dał znak, że pierwsza para może wystartować. Po kilku minutach przyszła kolej na nas. Poprawiłem stopy w strzemionach i wydłużyłem nieco wodze. 
- Start! - trener dał znak, na co my ruszyliśmy galopem
Newton rwał do przodu, włączając tryb zaciekłej rywalizacji. Na początku galopowaliśmy łeb w łeb, nie dając rywalowi choć centymetra przewagi. W końcu na horyzoncie pojawiła się pierwsza przeszkoda. Zwykły krzyżak, nic wielkiego. Newt pokonał go nawet o tym nie wiedząc. Tor ciągnął się dalej w las zakręcając co jakiś czas. Musiałem zwalniać gniadosza na zakrętach, bo przy tak obfitym śniegu było naprawdę ślisko i moglibyśmy wyrżnąć na błocie jak dłudzy. Chyba wykrakałem te słowa, ponieważ kilka metrów przed metą Newton stracił stały grunt pod kopytami i poślizgnął się, upadając na bok, a ja z nim. Wypadłem z siodła nie robiąc sobie większej krzywdy. Zakląłem cicho i podpełzłem do ogiera, który parskał lekko przestraszony i próbował wstać. Pomyślałem, że mógł sobie coś zrobić, a moją głowę szybko wypełniały czarne scenariusze. Kiedy byłem już przy gniadoszu gorączkowo szukałem oznak jakichkolwiek złamań. Na szczęście nic nie znalazłem. Serce waliło mi jak oszalałe. Wstałem i poczułem tępy ból w lewej kostce, zignorowałem to skupiając się na wstawającym z trudem Newtonie. Kątem oka zauważyłem, że Cole, choć był niecały metr przed metą, zawrócił  i kłusował właśnie w moją stronę. Newt stał już na nogach i nerwowo parskał łbem. 
- Nic ci nie ma? Pokaż - szeptałem do ogiera, gładząc go po sierści i sprawdzając po kolei nogi, żebra, szyję...
- Max, wszystko w porządku? - usłyszałem głos zaniepokojonego lekko Cole'a
- Z Newtem chyba tak... - chwyciłem za wodze i odszedłem parę kroków
Newton podążył powoli za mną. Bacznie obserwowałem jego ruchy. Odhaczałem w głowie po kolei: chód - ok, kuleje - nie...
- Widzę, a z tobą? - Cole ześlizgnął się z siodła podchodząc z Avem bliżej nas
- Nic mi nie ma - wysiliłem się na blady uśmiech - Zejdźmy z toru, blokujemy innym
Ruszyliśmy się z miejsca w stronę mety. Przy każdym nadepnięciu na lewą nogę odczuwałem ból. Nie był nie do zniesienia, ale i tak zacisnąłem zęby skupiając się na prostym chodzie. Jeszcze pomyślą, że coś mi jest i zawiozą do szpitala, pomyślałem przypominając sobie wypadek Quinn. Na myśl przyszło mi również to, że moja kostka mogła być w o wiele gorszym stanie niż mi się wydawało. Wiecie, adrenalina przyćmiewa ból.
Cole szedł niedaleko mnie również prowadząc swojego rumaka. Zerknąłem w jego stronę i napotkałem jego podejrzliwy wzrok. Wydawało mi się, że obserwował każdy mój ruch. Na mecie trener Liam kazał mi iść rozsiodłać Newta i przebrać się w czyste ciuchy, bo te co miałem na sobie postanowiły sobie wziąć błotna kąpiel. Zrobiłem tak, jak powiedział, jeszcze raz oglądając w boksie Newtona ze wszystkich stron.

W pokoju usiadłem ciężkim westchnieniem na łóżku. Chciałem w końcu obejrzeć swoją kostkę. Obawiałem się tego co zobaczę. Co jeśli to zwichnięcie, bądź skręcenie? Nie będę mógł wtedy jeździć przez jakiś czas. Ściągnąłem skarpetkę, a moim oczom ukazała się... Zdrowa kostka. Wypuściłem wstrzymywane powietrze z płuc czując ulgę. Uśmiechnąłem się do siebie ruszając stopą i sprawdzając, czy aby na pewno nic mi nie dolega. Poczułem tylko ten sam tępy ból. Stwierdziłem, że ustabilizuję sobie ją bandażem i tak pójdę na lekcje, które swoją drogą zaczynały się za jakieś dwadzieścia minut. Zawinąłem zręcznie staw, ubrałem skarpetkę. Następnie przebrałem bryczesy na jeansy, zostawiając czystą bluzę z reniferem. Brudne spodnie rzuciłem do wanny w łazience z późniejszym zamiarem ich wyprania. Założyłem czarne nike i kurtkę nie siląc się by ją zapinać. Spakowałem również wszystkie potrzebne książki i poszedłem najpierw na stołówkę. Pośpiesznie zjadłem śniadanie i udałem się na uniwerek.
W klasie usiadłem tam gdzie zazwyczaj siedzę. Co chwilę spoglądałem w stronę drzwi, mając nadzieję, że Sammy również pojawi się dziś na lekcjach. Jak na zawołanie dziewczyna pojawiła się wchodząc przez drzwi. Zmierzała moją stronę uśmiechając się promiennie.
- Hej - odpowiedziałem jej uśmiechem
Usiadła na krześle obok.

__LEKCJE__

Podczas zajęć nie działo się nic szczególnego. Nauczyciele pozwalali nam rozmawiać, a nawet jeść i pić. Dyrektor ogłosił przez radiowęzeł dzień wolny od pytania, co wszyscy przyjęli bardzo entuzjastycznie. Na większości lekcji dominowały świąteczne tematy typu: świąteczne zwyczaje. Na innych zajęciach było ciekawiej, na przykład na języku angielskim oglądaliśmy film. Jaki? Był spór pomiędzy "Kevinem samym w domu" a Czymś Innym, którego tytułu nie usłyszałem przez rozmowy innych uczniów. Ostatecznie jednak wygrał tradycyjny Kevin. Ustawiliśmy krzesła w półkole, a pani Angelina włączyła rzutnik. Ktoś nawet pobiegł po przekąski do stołówki. Usiadłem obok Samanthy częstując ją chipsami. Film się skończył, a wraz z nim lekcja angielskiego. Na biologii, która była następna, znów nic nie robiliśmy. Wszyscy rozmawiali między sobą, a pani Olivia również wdała się w rozmowę z uczniami. Za to na chemii pan Mark przyszykował dla nas małą niespodziankę. Mianowicie upiekł nam pierniczki! Powiedział nam, że ciasto zrobiła jego żona, a on je dekorował. Jakoś nie potrafiłem go sobie wyobrazić w fartuszku z nadrukiem: Najlepszy kucharz na świecie, i dekorującym chemiczne ciasteczka. Dlaczego chemiczne? Ponieważ każdy pierniczek ozdobiony był pierwiastkiem z układu okresowego bądź związkiem chemicznym. Mile zaskoczeni uczniowie zaczęli chrupać ciastka. Smakowały bardzo dobrze i zjadłem ich chyba z trzy. Klasa wypełniła się zapachem pierników i gwarem rozmów. 

Po lekcjach natychmiast popędziłem  do stajni. Nie biegłem jednak, obawiając się o kostkę. Kiedy byłem już na miejscu, a trochę to trwało zanim tam doszedłem, zastałem kogoś przy boksie Newtona. To był Cole. Zmartwione spojrzenie chłopaka momentalnie napełniło mnie obawami. Mój oddech przyspieszył, jakbym przebiegł cały maraton. Wpadłem do boksu gniadosza, zastając go leżącego na słomie. Widziałem jak podnosi głowę i rży cicho na powitanie. Sekundę później już głaskałem go uspokajająco po nosie. Mój wzrok powędrował do brzucha wierzchowca. Z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że jest napompowany niczym balon. Ręce zaczęły mi się lekko trząść, a panika powoli zawładnęła moim umysłem. 
- To chyba kolka. - usłyszałem głos chłopaka zza pleców - Dzwonię po weterynarza
Zaschło mi w gardle. Nie byłem wstanie mu odpowiedzieć, więc pokiwałem szybko głową. Ogier położył łeb na moich nogach, a ja gładziłem go po szyi powtarzając cicho: Będzie dobrze. Nagle przypomniało mi się, że przecież przy kolce zwierzę nigdy nie powinno leżeć. Jest to wręcz zabronione. Zerwałem się z miejsca i starałem się ze wszystkich sił przekonać Newta by wstał. 
- Newt, proszę cię. Musisz wstać. No dalej, dasz radę - desperacko próbowałem podnieść go o własnych siłach i z góry byłem już skazany na porażkę, wyobrażałem sobie jaki ból sprawia Newtonowi nawet najmniejszy ruch
Jakimś magicznym cudem Newton starał się wstać. Wstąpił we mnie nowy entuzjazm i nadzieja, jakby ktoś wstrzyknął mi je przed chwilą strzykawką. Gorączkowo zachęcałem ogiera do stanięcia na nogi. Słyszałem jego parsknięcia i ciężkie westchnięcia i prawie odczuwałem jego ból na sobie. Przytuliłem go mocno czując łzy napływające do oczu. Wytarłem je szybko ręką, besztając się w duchu za tę chwilę słabości.
- Weterynarz jedzie. Powiedział, że koń nie może absolutnie leżeć i mamy zachęcać go do... - Cole podniósł wzrok znad telefonu i przerwał wypowiedź - ...chodzenia.
- Przypomniało mi się, że już kiedyś miał kolkę i weterynarz kazał nam zrobić identycznie. - uśmiechnąłem się blado do Cole'a czując ogromną wdzięczność. Widziałem, że chłopak również przejął się losem Newta. 
- Idę przed stajnię i poczekam, aż przyjedzie. Ty chodź z nim w kółko, ok? - skinąłem głową, a chłopak odwrócił się by odejść
- Cole... Dziękuję - wydusiłem
Szatyn uśmiechnął się i powędrował zająć posterunek. Miałem nadzieję, że weterynarz przyjedzie szybko, choć przez ten śnieg może być tutaj dopiero za pół godziny. Potrząsnąłem głową jakby wyrzucając czarne myśli i skupiłem się z powrotem na Newcie. 
- Chodź, stary. Musisz chodzić - powiedziałem, ciągnąc go lekko za miętowy kantar
Ogier początkowo stał jak słup soli, nie mając zamiaru się ruszać. 
- Proszę, Newt. To ci pomoże - westchnąłem zdesperowany
Gniadosz wykonał krok. Ucieszony zachęcałem go do zrobienia następnych. Wyciągnąłem kostkę cukru i postawiłem na dłoni odsuwając ją od pyska ogiera. Myślałem, że pomoże to choć trochę. Błagałem w myślach, żeby zaczął iść. 
- No dalej, dasz radę - powtarzałem wciąż
Po kilku minutach zrobiliśmy niecałe sześć kółek. Zauważyłem, że przed boksem zebrało się kilku gapiów. Nie zwracałem z Newtonem na nich większej uwagi, jednak podczas siódmego okrążenia dostrzegłem wśród nich znajoma twarz. Sammy, która z zatroskaniem patrzyła na gniadosza. Nagle rozległ się dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi i szybkich kroków. Gapie spojrzeli w stronę pędzącego weterynarza i odsunęli się robiąc mu przejście.
- Oh, chodzisz z nim? To dobrze. - powiedział zdyszany, a sekundę później stał tuż przy mnie wyciągając dłoń - Chase Davidson
- Max Watson - również się przedstawiłem badając weterynarza wzrokiem, zastanawiałem się czy da radę pomóc Newtowi
Po moich słowach pan Davidson odwrócił się natychmiast do pacjenta oglądając jego brzuch. Widząc jak fachowo ocenia dolegliwości Newtona moje niepotrzebne wątpliwości rozpłynęły się. 
- Stało się dzisiaj coś? - weterynarz zaskoczył mnie pytaniem
- Tak, rano mieliśmy mały wypadek na torze crossowym. Na szczęście nic poważniejszego się nie stało. - odparłem, kucając by móc widzieć twarz lekarza - Myśli pan, że ma to z tym jakiś związek?
- Tak. Kiedy dostał jedzenie? - facet spojrzał mi prosto w oczy 
- Po rozsiodłaniu i wyczyszczeniu, czyli jakieś pół godziny później - pod naciskiem stalowego spojrzenia pana Davidsona, które zdawało się przewiercać duszę na wylot, powiedziałem całą prawdę. Zdałem sobie sprawę, że to była moja wina. Popełniłem tak głupi błąd, że Newton teraz cierpi. Pacnąłem się ręką w czoło wypowiadając jedno słowo - Stres
- Dokładnie. - weterynarz uśmiechnął się lekko, a jego spojrzenie złagodniało nieco - Uczysz się jeszcze, nie? No więc, ten ogier czuł się jakby miał zaraz pisać najważniejszy egzamin w swoim życiu i dowiedział się o tym przed chwilą. Zjadł na pewno wszystko, bo konie z natury są łakome. Stąd ta kolka. Podam mu środek na uspokojenie, a ty będziesz musiał chodzić z nim dobre dwie-trzy godziny. To powinno mu pomóc. A no i nie dawajcie mu dziś kolacji.
Zabawne porównanie pana Davidsona sprawiło, że uśmiechnąłem się lekko. Obserwowałem jak weterynarz aplikuje strzykawką Newtonowi przezroczysty płyn i chowa ją z powrotem do torby. Newton westchnął ciężko. Podziękowałem panu Davidsonowi i zapłaciłem za wizytę. Następnie zrobiłem tak, jak polecił. 

Po dwóch i pół godzinie chodzenia w kółko opuchlizna całkowicie zeszła. Widząc, że już jest dobrze odetchnąłem z ogromną ulgą. Przytuliłem gniadosza na pożegnanie i pocałowałem go w czoło. Ten parsknął zadowolony. Wyślizgnąłem się cicho z boksu i ruszyłem w stronę akademika. Jak się okazało było zebranie. Wszyscy losowali komu będą dawać prezenty. Zdążyłem na samo zakończenie zbiórki i dostałem ostatni los. Od czytałem szybko komu mam dać prezencik. Samantha i Quinn Uśmiechnąłem się pod nosem. 

Przebrałem się szybko, uświadamiając sobie, że śmierdzę na konie, i wskoczyłem do mojej hondy. Zapaliłem silnik i już po chwili byłem w drodze do miasteczka. Po drodze zastanawiałem się co kupić Quinlan, bo dla Sammy mam już wspaniały prezencik. Pomyślałem, że wstąpię do jubilera. miałem nadzieję, że gdzieś w tym miasteczku jakiś będzie. Okazało się, że był. Zamknąłem samochód i udałem się do środka. W sklepie powitał mnie starszy pan, właściciel. 
- W czym pomóc? - zapytał się mnie podchodząc bliżej
- Szukam czegoś dla dziewczyny, która uwielbia konie. Ma pan może coś takiego? 
- Konie? Zaraz czegoś poszukam. - odrzekł i podszedł do jednej ze szklanych szafek. 
Otworzył kluczykiem drzwi i wyciągnął srebrną bransoletkę. Podał mi ją bym mógł się lepiej przyjrzeć.
Uznałem, że będzie jej się podobać.
- Dziewczyna? - rozległ się głos właściciela, spojrzałem w jego stronę napotykając pogodny wzrok
- Nie, nie. Koleżanka - uśmiechnąłem się wyjaśniając szybko - robimy sobie prezenty na mikołajki
- Ach tak. Założę się, że jesteś z Morgan? - to było raczej stwierdzenie niż pytanie
Pokiwałem twierdząco głową i podszedłem do kasy. Podałem bransoletkę sprzedawcy by ten mógł ją spakować do czerwonego pudełka. Wyciągnąłem portfel i zapłaciłem za prezent. Pożegnałem się i wróciłem z powrotem do samochodu. Wstąpiłem jeszcze po słodycze dla obu dziewczyn i pojechałem do Morgan. 

Po powrocie do domu udałem się szybko do pokoju z zamiarem zapakowania prezentów. Kilka dni temu pobawiłem się w robienie pakunków i teraz trochę się ucieszyłem mając mniej roboty. Wpakowałem rzeczy do ozdobionych pudełek i zniosłem je na stołówkę, gdzie za dziesięć minut miało odbyć się ponowne zebranie, a wraz z nim dawanie prezentów.
Usiadłem przy stoliku, gdzie zwykle siedzimy z Sam i ułożyłem prezenty na stole. Podniosłem wzrok i powiodłem nim po twarzach zebranych. Uśmiechnąłem się napotykając spojrzenie roześmianej Sammy. Przysiadłem się do stolika, przy którym siedzieli Mara i Cole. Kiedy wszyscy pojawili się już na stołówce rozległ się jeszcze większy harmider i gwar. Każdy chciał dać prezent wylosowanej osobie i przepychał się teraz by jak najszybciej do niej dojść. Ja odczekałem chwilę i gdy zrobiło się trochę miejsca skierowałem się w stronę fioletowowłosej Quinn.
- Proszę. Wszystkiego najlepszego z okazji mikołajek - uśmiechnąłem się promiennie wręczając prezent dziewczynie
Na twarzy Quinlan zakwitł uśmiech. Wzięła prezent i odłożyła go na bok. Następnie przytuliła mnie, a ja odwdzięczyłem uścisk.
- Dziękuję ci - powiedziała pogodnym głosem, pomyślałem, że z uśmiechem bardziej jej do twarzy

Po chwili znalazłem się obok Samanthy. Uścisnąłem ją od tyłu zaskakując ją nieco i wręczyłem prezent. Dziewczyna podskoczyła radośnie i odwróciła się przytulając się do mnie przodem. Zaśmialiśmy się razem stojąc tak przez chwilę i kołysząc się lekko. Kątem oka dostrzegłem uśmiechy na twarzach innych uczniów, którzy spoglądali na nas niby ukradkiem. Nie przejęliśmy się tym. Oderwaliśmy się od siebie w tym samym czasie i usiedliśmy przy jednym stoliku. Sammy wyciągnęła zza pleców mały pakunek i wręczyła mi go. Przytuliłem ją jeszcze raz i podziękowałem. Sammy dała mi niespodziewanego całusa w policzek, na co mój uśmiech rozciągnął się jeszcze bardziej. Do naszego stolika dosiedli się inni uczniowie i zaczęła się żywa rozmowa. Kiedy podano obiad, wszyscy zajadali się z uśmiechem na twarzy. Atmosfera była tak ciepła i rodzinna, że wyobraziłem sobie ich wszystkich siedzących w moim salonie w Nowym Yorku przy stole wigilijnym.
Czas do ciszy nocnej spędziliśmy siedząc na stołówce, a po wybiciu godziny 23 udaliśmy się do naszych pokoi. Umyłem się szybko pod prysznicem i wskoczyłem do łóżka. Naciągnąłem kołdrę aż do uszu i zasnąłem z uśmiechem na twarzy.
Tak myślę, że skoro tak entuzjastycznie uczciliśmy mikołajki, to jak będziemy obchodzić wigilię?

Ilość słów: 3766

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz