Strony

wtorek, 6 grudnia 2016

Od Belli - Event Mikołajkowy - Włamanie i... ucieczka!?

Wstałam z łóżka, a dokładniej obudził mnie głośny dźwięk budzika w moim telefonie. Klikłam przycisk "wyłącz" i podeszłam do szafy. Dopiero teraz przypomniało mi się, że są mikołajki, a ja mam świetny prezent dla Księcia - nowy ewkwipunek. Stary miał ponad 2 lata, więc ogier będzie zachwycony! A prezentował się on tak:
I ta koronka na czapraku, była wspaniała. Cały ten ekwipunek położyłam na łóżku i zauważyłam smutnego Fixa.
- Spokojnie, dla ciebie też coś mam. - poklepałam kolano, dając znak, aby pies podszedł do mnie. - Trudno było to przed tobą ukryć do dziś, ale udało się kochany.
Wyjęłam z szafy mundur policjanta i założyłam go na psa. Przypięłam złotą odznakę i założyłam mu czapkę policyjną. Kiedy się od niego odsunęłam, wyszczerzył zęby w uśmiechu i skoczył na mnie przewracając na podłogę. Zaczęłam się śmiać i próbowałam uwolnić od liżącego potwora. W końcu mogłam się przebrać, a pies w tym czasie przeglądał się w lusterku i pozował. Wyglądał komicznie, więc zrobiłam mu kilka zdjęć. Sprawdziłam godzinę, była 6:10. Gwizdnęłam na psa i otworzyłam drzwi. Cofnęłam się po prezent dla konia i zamknęłam drzwi na klucz. Podążyłam do stajni, a kiedy wyszłam z budynku akademickiego zrobiło mi się zimno. na nieszczęście dzisiaj będzie trening crossu... Pada śnieg, więc kiedy spadnę będzie jeszcze chłodniej. Na szczęście wczoraj zostawiłam w stajni kurtkę i nie chciało mi się po nią wracać. Była na szczęście ciepła. Kiedy weszłam do budynku, powitało mnie ciepłe rżenie Księcia, więc zbliżyłam się do niego i czule się do niego przytuliłam. Chyba też wiedział, że dzisiaj mikołajki.
- Tak kochany, mam dla ciebie prezent - zaśmiałam się. Położyłam całą stertę rzeczy na ziemi oprócz czarnego kantara razem z uwiązem. Zmieniłam mu ów przedmiot, a stary zawiesiłam na haczyku. Przypięłam uwiąz i wyprowadziłam konia poza boks. Wzięłam szczotki i dokładnie wyczyściłam Księcia, a jego sierść lśniła. Założyłam mu nowy czaprak, siodło, ogłowie, nauszniki i owijki. Wybiła 6:30, więc wsiadłam na konia i udałam się na krytą ujeżdżalnie, aby zrobić rozgrzewkę. Standardowo wykonałam wszystkie ćwiczenia rozciągające, aby Książe lepiej wyrabiał na zakrętach, a później przeskoczyliśmy kilka dziewięćdziesięcio centymetrowych przeszkód. Wybiła siódma, więc powędrowaliśmy na tor crossowy, a pies wrócił "pilnować", aby było bezpiecznie w stajni. Po chwili dołączyła do mnie reszta jeźdźców z mojej grupy. Lecz przez dziesięć minut czekaliśmy na nauczyciela który w końcu raczył się pojawić. W ręce trzymał jakieś a'la kostiumy. Uśmiechnął się szeroko i wręczył każdemu po jednej czapce Mikołaja, świecącym nosie Rudolfa i rogach renifera. Założyłam na toczek czapkę, a rogi i nos na Księcia. Reszta zrobiła to samo. Pan Lionel zaczął prowadzić rozgrzewkę. Po kilku minutach konie były już rozgrzane, więc mogliśmy zaczynać. Ustawiliśmy się w rzędzie, a odległość pomiędzy końmi wynosiła około 10 metrów. Byłam pierwsza, więc plan toru powędrował do mnie. Przyjrzałam się mu chwilkę, a potem skinęłam głową i oddałam go nauczycielowi.
- No dobrze, wiem, że to dla was nowy tor, a do tego pada, ale dajcie z siebie wszystko. Do zobaczenia do mecie.
Pan Lionel jeszcze tylko przygotował nas do startu i ruszyliśmy. Pospieszyłam Księcia do szybkiego galopu i przemieszczaliśmy się w mgnieniu oka nad przeszkodami. Nawet nie zauważyłam, że minęła minuta, a wyjechaliśmy z lasu na pole. Książę zaczął szarżować sam z siebie, co mnie ucieszyło. Obok nas zauważyłam psa w mundurze policjanta, a po chwili zorientowałam się, że to Fix. Zaśmiałam się i zwolniłam do szybkiego galopu, ponieważ przed nami były następne przeszkody. Przefrunęliśmy nad przeszkodami bezbłędnie i ruszyliśmy przed siebie. Znowu wyjechaliśmy z lasu i szarżem ruszyliśmy do widocznej mety około pięćset metrów z tąd. Obejrzałam się za siebie i zauważyłam tylko mojego stróża prawa w oddali. Reszta była pewnie gdzieś w lesie. W końcu dotarłam do mety. Pan Lionel już tam na nas czekał. Był nieco bardzo zdziwiony moim dobrym czasem, bo byłam najlepsza z wszystkich trzech grup. Brakowało około czterdzieści sekund do pobicia rekordu szkoły, w sumie to i tak dobrze. Poczekaliśmy jeszcze chwilę i zza lasu wyłonił się jeden z koni, a za nim inni. Pierwszy był Cole, za nim Mara, Adeline, Max i na końcu Luke. Pocwałowali do nas, a kiedy przemierzyli linie mety zauważyłam zirytowanie na ich twarzach i zdenerwowanie koni. Byłam ciekawa co tam się działo, ale chyba jednak wolałam nie wnikać bo prawdopodobnie to była moja wina. Pan Liam pokazał mapę tylko mi, więc nie dziwie się, że woleli nie ryzykować i nie nadążali za mną. Książe uwielbiał śnieg, miał dobrą koordynacje i potrafi ostro skręcać na ślizgiej powierzchni. Nauczyciel również milczał, ale jednak zakończyć trening musiał.
- Dziękuje za dobry trening. Do zobaczenia następnym razem. Odprowadźcie konie do stajni lub na padok i zmykajcie na lekcje.
Rozeszliśmy się w swoje strony. Ja pogalopowałam szybko do stajni razem z moim psiakiem. Książe tupał radośnie po kamiennej posadzce, kiedy prowadziłam go do stajni. Wprowadziłam go do boksu i otworzyłam tylne drzwi prowadzące na mały padok. Koń wyszedł na dwór, a ja zamknęłam ów boks. Wróciłam do akademika razem z Fixem. Przebrałam się w czarne rurki i biały sweterek. Do tego białe superstary i duża torebka z książkami i innymi rzeczami. Skoro dzisiaj Mikołajki, trzeba to uczcić! Poszłam do łazienki i zrobiłam kreskę w stylu kociego oka, a rzęsy pomalowałam tuszem. Spojrzałam na swoją cerę, paznokcie i włosy. Definitywnie muszę iść do SPA. Założyłam grubą kurtkę i poszłam na stołówkę. Byłam trochę głodna... Mam ochotę na pizze, ale chyba na śniadanie się nie nadaje, prawda? No cóż, może na obiedzie mnie pozytywnie zaskoczą. Otworzyłam drzwi stołówki. Okna były przyozdobione śnieżynkami z papieru, a stoły miały czerwone obrusy zakończone pomponami. Było tutaj strasznie świątecznie. Ludzie mieli na głowach czapki Mikołaja, a zwierzęta miały różne ciekawe stroje lub nowe obroże i smycze. Wszystko było wspaniałe. Omal nie zapomniałam o swojej czapce, którą miałam w torbie. Założyłam ją na głowie i zaśmiałam się do mojego psa. Ten rozkazywał psom, aby nie biegały ani nie bawiły się obrusami. Było to urocze, bo w końcu pies policjant. Zbliżyłam się do Szweckiego stołu i nałożyłam sobie na tace kilka słodkich smakołyków, takich jak babeczki i ciasteczka. Były też różne galaretki, budynie, kisiel... Wszystko prezentowało się przepysznie. Usiadłam przy pustym stoliku i zjadłam posiłek. Dałam kawałek właścicielowi dużych, słodkich oczków, które patrzyły się na mnie prosząco. W końcu zjadłam trzy babeczki i mogłam iść na lekcje. Była godzina ósma dziesięć, więc szybkim krokiem udałam się do sali matematycznej. Kilka plecaków leżało przy klasie, a uczniowie stali przed drzwiami rozmawiając ze sobą. Ja jednak postanowiłam spojrzeć w telefon. Okazało się, że wciąż mam włączony tryb samolotowy. Kliknęłam guzik "wyłącz tryb samolotowy", a iPhone zaczął wibrować. Miałam około dwustu nieodebranych wiadomości i ponad pięćset nieodebranych połącze. Nie spodziewałabym się tego, że ktoś się kiedyś będzie do mnie dobijał. Sprawdziłam najpierw połączenia. Prawie wszystkie były od moich przyjaciółek, a reszta od moich byłych chłopaków. Czy oni się na mnie uwzięli? Na szczęście w tej chwili zadzwonił dzwonek. Nasz nauczyciel - Mark, otworzył nam klasę. Usiadłam w ostatniej ławce w pierwszym rzędzie, czyli tym od okna i poklepałam miejsce obok. Na krzesełku usiadł pies i uśmiechnął się do kota Mary, a dziewczyna na jego widok się zaśmiała, podobnie jak ja. Na każdej ławce leżało pudełko, ozdobny papier, klej, nożyczki, wstążka, kokarda i różne dodatki. Wszyscy wiedzieli, że ta lekcja będzie geometrią.
- Okej, zabierajcie się do pracy. - powiedział nauczyciel i położył nogi na biurku, a jego wzrok spoczywał na ekranie komputera. A do tego wziął łyka kawy z bitą śmietaną, a pod nosem miał całkiem nowe, białe wąsy.
Wszystkich ten widok rozśmieszył, więc zaczęli robić snapy z ukrycia. Mark doskonale o tym wiedział, ale były Mikołajki, więc niech się ludzie cieszą. Po chwili wróciliśmy do pracy. Moje pudełko było dość duże, więc zmarnowałam trochę srebrno - różowego papieru. Było to a'la lusterko, które względem światła miało różawo - pomarańczorawo - żółty kolor. Przykleiłam papier klejem. Efekt końcowy był nie najgorszy. Jeszcze tylko wieczko i będzie nawet ładne. Okleiłam więc tym samym papierem nakrywkę pudełka i obwiązałam pudełko czerwoną wstążką, którą potem przykleiłam, aby się nie przesuwała. Dokleiłam dużą kokardę i pudełko było gotowe. Wzięłam w rękę telefon i zaczęłam sprawdzać SMS-y. Wszyscy moi byli (czyli około 15 chłopaków) akurat w tym samym momencie napisali do mnie coś w stylu "Hej... dasz mi jeszcze jedną szanse? Tęsknie, Kocham cię <3". Odpisałam każdemu z osobna "Nie!". Następne były moje przyjaciółki... Nawet nie chciało mi się tego czytać, no, ale co zrobić? Przeczytałam wszystko. Okazało się, że po prostu chciały mi powiedzieć, że przyjaźń na odległość ZE MNĄ nie wypali i pożegnały się. Bez sensu. Po co pisać coś, co ani ich, ani mnie w ogóle nie interesuje? Dzwonek! Nareszcie! Pan Mark zdjął nogi z biurka i wytarł wąsy w rękaw.
- Nie macie reszty lekcji! - powiedział - Pudełka zabierzcie ze sobą.
Wyszłam z klasy. Razem z moim psem ruszyliśmy do akademika. Kiedy byłam już w środku rzuciłam się na miękkie łóżko. 
~*~
Było już po zajęciach westernowych, byłam wykończona. Nigdy nie lubiłam westernu, ale co zrobić? Trzeba to trzeba... Kiedy wyjeżdżaliśmy z krytej ujeżdżalni, mieliśmy wylosować imię i nazwisko. Sięgnęłam po karteczkę i spojrzałam na napis. Pisało na niej Laurence Gabriel. No nie... Halo! Ja go nawet nie znam, ludzie! No dobra znam go trochę, ale nie chce wyjść na głupią, musze kupić mu coś fajnego. Mam już nawet ciekawy plan. Rozsiodłałam konia i zaprowadziłam go na padok. Śnieg nie padał już tak mocno, więc nie musiałam się spieszyć. Wypuściłam konia wolno i poszłam odłożyć sprzęt do siodlarni. Potem przeszłam do akademika. Zauważyłam starszą kobietę przed ladą. Pewnie miała kilka kopii każdego kluczyka. Podeszłam do niej z poważną miną.
- Dzień dobry. - powiedziałam chłodno. - Który numer pokoju ma Laurence Gabriel? - spytałam.
- Numer 41.
- Poproszę kluczyk.
- Niestety nie ma takiej możliwości, abym przekazała pani kluczyk do czyjegoś pokoju.
- Czy pani wie kim ja jestem? Jedno słowo i mogę panią zwolnić tu i teraz, a chyba tego pani by nie chciała, prawda?
- Nie, nie chciałabym... - wręczyła kluczyk w moje ręcę, a ja powędrowałam do tego pokoju. Zauważyłam, jak wcześniej wyjeżdża do lasu ze swoim koniem, więc miałam trochę czasu. Otwożyłam go, i zauważyłam nawet ciekawe kolory. Ale przejdźmy do rzeczy. Jedyne co tam znalazłam to lawęta, róże i zapach kawy. Zauważyłam też, że lubi kuchnię innych krajów. Na jego biurku leżał notes z różnymi potrawami. Może kupię mu książkę kucharską? A do tego płytę jakiegoś zespołu? Nie, to drugie jest zbyt popularne. Przeszukałam jeszcze lokum i wróciłam do kobiety. Oddałam jej kluczyk i wyszłam z akademika. Udałam się do mojego motocyklu i odpaliłam silnik. Założyłam kask i ruszyłam do miasta moją drogą. Fix patrzył jak odjeżdżam, więc poszedł do stajni, a ja po pięciu minutach byłam już w centrum. Droga była śliska, więc uważałam na to jak jadę, ale mam zimowe opony, więc w sumie mogłam przyspieszyć. Weszłam do galerii z podziemnego parkingu i zaczęłam rozglądać się po sklepach. Szkoda, że nie miałam teraz swojego lamborgini i pojechałam Kawasaki. Półki w moich ulubionych sklepach byłyby już puste... Jak na razie nie znalazłam nic co przukuło by jego uwagę, więc szukałam dalej. W końcu zetknęłam się z książką o Azjii. Były w niej zarówno ciekawe informacje jak przepisy. Może to będzie strzał w dziesiątke. Spojrzałam na cenę - pięćdziesiąt złotych. Nienajgorzej, mogę coś jeszcze dokupić. Wędrowałam więc dalej przed siebie. Weszłam do jakiegoś pierwszego lepszego sklepu bo wyczułam ładne zapachy. Okazało się, że to sklep z masąperfum i zapachowych świeczek. Wzięłam trzy duże lawendowe co wyniosło mnie czterdzieści złotych. Były na szczęście na dwudziestoprocentowej przecenie. A więc mój budżet wynosił około dziesięciu złotych. Czyli ponad dziesięć złotych. Nie lubię trzymać się limitów. Zawsze muszę je przekroczyć. Obeszłam już całą galerię, ale nie mogłam znaleźć nic ciekawego. Wróciłam więc do podziemnego parkingu, w którym stał mój motocykl. Wszystko schowałam ostrożnie pod siedzeniem i wróciłam do akademii. Potem od razu poszłam spać. Miałam dosyć wrażeń na dziś. Prezent spakowałam do pudła zrobionego na matematyce.
Następnego ranka obudziłam się o piątej rano. No nieźle. Przebrałam się w bryczesy i bluzę, a potem cichaczem wymknęłam się z mojego lokum. Pies spał i nawet nie zamierzał zmieniać zdania. Dotarłam w końcu do stajni. Szukałam wzrokiem mojego konia, ale nie znalazłam łba wychylającego się znad drzwi boksu, więc podąrzyłam do Księcia. Kiedy zajrzałam do boksu, był pusty. Pięknie! Jestem ciekawa kto był na tyle mądry, żeby wypuszczać go z boksu, albo chociaż pozwolić mu uciec prawdopodobnie w środku nocy! To już druga jego ucieczka w tym tygodniu, a o trzeciej nawet nie mam zamiaru myśleć. Wybiegłam ze stajni i zaczęłam go szukać na padokach. Niestety nigdzie go nie było, chociaż... W oddali zauważyłam cień konia. Kładł po sobie uszy i co chwilę wierzgał. Nie... Książe... Nie może zmienić się w dawnego siebie, nie pozwolę na to. Podeszłam do niego nieco bliżej, a kiedy mnie zauważył zaczął nerwowo rżeć i szukać ucieczki. Prawdopodobnie mnie nie poznał, więc szłam dalej. Zauważyłam białka jego oczu. Był przestraszony... Biedak. Zaczęłam szeptać do niego, ale nie uspokajał się. W końcu byłam na tyle blisko, że mogłam go dotknąć. Nie był zbytnio ciepły, więc złapałam za jego... no właśnie, za co, skoro nie miał kantaru? Eh... więc trzeba zrobić to tak, jak kiedyś... Ale co jeśli może tego nie pamiętać? Trzeba spróbować. Odwróciłam się do niego tyłem i zrobiłam kilka kroków w przód. Po chwili usłyszałam stukot kopyt na śniegu i poczułam jak Książe trącił mnie pyskiem. Pamięta naszą więź, to sukces! Powędrowałam na drugi koniec padoku, a za mną koń. Wróciliśmy do stajni, chociaż przy wejściu stawiał lekki opór, jednak się udało. Założyłam mu wtedy kantar i zaprowadziłam na solarium. Po takiej temperaturze na dworze musiał być nieźle wyziębiony... Po chwili było mu już cieplutko, więc odprowadziłam go do boksu. Niestety niemiłosiernie rzucał łbem i kopał w drzwi boksu. Czyli trening skoków muszę sobie odpuścić. Może kogoś zawiadomie o tym... o wilku mowa! Do stajni wszedł Cole.
- Hej, Cole! - zawołałam.
- Hej - odpowiedział.
- Nie będzie mnie dzisiaj na treningu skoków... 
- Dlaczego? - spytał, więc wskazałam na Księcia. Który zaczął wierzgać i stawać dęba. - Ah... No to rozumiem, ale czy nie możesz wziąć jednego ze stajennych koni? Zu i Picololo nadadzą się.
- Eh... No... dobrze - powiedziałam zawiedzona. - Wezmę Zu...
- OK. To widzimy się na treningu. - Powędrował w swoją stronę, a ja w swoją. 
Znalazłam siodło i uzdę klaczy, więc podąrzyłam do jej boksu. Wyczyściłam ją dokładnie i wsiadłam na nią. Była szósta trzydzieści, czyli mam pół godziny na rozgrzewkę. Minęło to szybko, nawet bardzo szybko, ale jeszcze szybciej lekcja. Ciągle myślałam o moim ogierze. Wolę uniknąć spodkania z nim po lekcji. Dam mu spokój. 
~*~
Lekcja żywienia i opieki minęła standardowo szybko i rozległ się upragniony dźwięk dzwonka na lekcje angielskiego. Nie mogę się doczekać mojego prezentu. Weszliśmy do klasy, Pani oznajmiła nam, że dzisiaj mamy luźną lekcję i możemy robić wszystko co chcemy, ale po cichu. Włączyła świąteczne piosenki, a my zaczęliśmy obdarowywać się prezentami. Zanim Laurence zdążył wstać, pojawiłam się obok niego z prezentem. Wręczyłam mu podarunek, a on od razu go otworzył, a potem zamknął. Kiwnął tylko głową i już chciał iść, ale go zatrzymałam. 
- A dziękuje? - spytałam.
- Dzięki.
- Mam cię uczyć kultury?
- Dziękuje. - odpowiedział, więc pozwoliłam mu odejść. Zbliżyła się do mnie Adelin, więc uśmiechnęłam się szeroko. Wręczyła mi prezent, a ja szybko go rozpakowałam. W pudełku znalazłam piżamę jednoczęściową w kształcie jednorożca, a w dodatku różową!; torbę na ramię w kształcie głowy renifera i słodycze. Przytuliłam ją mocno z całej siły i powiedziałam:
- Dziękuję ci bardzo, ten prezent był jak najbardziej trafiony! 

Na potrzebę Mary, opowiadanie ma 2586 słów XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz