Strony

środa, 7 grudnia 2016

Od Agnes do Lydii

Niepewnie przyjrzałam się gmachowi akademii, w jednej ręce ściskając nieduży plecak, a w drugiej trzymając rączkę dużej, czarnej walizki. Odwróciłam się w stronę terenówki rodziców, ojciec właśnie wyprowadzał mojego Harleya z małej przyczepy. Sherlock miał przyjechać niedługo. Zostanę tu na ferie, do obrzeży Glasgow, gdzie mieści się nasz nieduży dom, mam stąd jakieś siedem godzin podróży. Zarzuciłam plecak na ramiona i sięgnęłam po jeszcze jedną walizkę, mieszczącą w sobie mój keyboard. Gdy wszystko, co moje zostało wypakowane na podjazd, dotąd opierająca się o samochód Maddison podeszła i objęła mnie, mimo obydwu rąk zajętych odwzajemniłam uścisk.
-Będę dzwonić przynajmniej raz w tygodniu, przygotuj się na to. - Siostra posłała mi krzepiący uśmiech. - Dasz sobie radę.
-Oby. - mruknęłam.
Niby Maddie ma szesnaście lat, dzieli nas pięć, ale wspiera mnie niczym starsza siostra. Brunetka wsiadła do samochodu, tym razem rodzice przyszli się pożegnać. Wymieniliśmy uściski.
-Do zobaczenia mamo, pa tato, pa Maddie! - zawołałam za odjeżdżającym autem.
Rodzice uznali, że opłacą mi naukę tu, ale spójrzmy prawdzie w oczy, jestem już dorosła. Nie mogę wiecznie być zdana na rodzinę. Udowodniłam, że potrafię być samodzielna, podejmując się różnych prac. W ciągu roku zarobiłam wystarczająco, by zapłacić za naukę w Morgan University, ale matka i ojciec też dali coś od siebie. Chcąc nie chcąc musiałam się dowiedzieć, gdzie znajdę mój pokój, a więc zapytać się kogoś o drogę do akademika. Zabrałam wszystkie moje rzeczy i weszłam do recepcji.
-Dzień dobry, jestem nowa, Agnes MacKenzie, chciałabym prosić o klucze pokoju siedemnaście. Czy mogłaby pani mi powiedzieć również, gdzie go znajdę? - zapytałam cicho.
Recepcjonistka dała mi klucz i udzieliła mi odpowiedzi na pytanie.
-Ludzie, ludzie i.. jeszcze więcej ludzi. - mruknęłam, rozglądając się wokoło.
W okolicy akademika kręciło się wielu uczniów, a ja ze swoimi bagażami musiałam bardzo zwracać na siebie uwagę, co przyprawiało mnie o dreszcze. Próbując wciągnąć walizki po schodach prowadzących do budynku, omało się nie wywróciłam.
-Hej, pomóc ci może? - zapytał jakiś chłopak, stając za mną z uśmiechem na ustach.
Odruchowo się wzdrygnęłam.
-Nie.. Dzięki, poradzę sobie. Jakoś. - powiedziałam i powróciłam do swych nędznych prób. Mając tyle bagażów, nie jest to łatwe nawet dla bardzo wysportowanej osoby.
-Albo wiesz? Miło będzie, jeśli mi jednak pomożesz. - stwierdziłam po kolejnym niepowodzeniu.
Chłopak pomógł mi dotaszczyć największą walizkę na szczyt schodów, uparłam się, że resztę wniosę sama.
-Dzięki. - nawet nie próbowałam wymuszać uśmiechu, zawsze wychodził z tego jakiś uśmiechopodobny grymas.
-Nie ma za co. Grasz na keyboardzie? - blondyn skinął głową na walizkę z instrumentem.
-Tak jakby. Naprawdę dziękuję za pomoc, ale muszę już iść.
Ruszyłam korytarzem. Pokój numer 14, 15, 16... Jest, numer 17. Włożyłam klucz do zamka i przekręciłam go. Uchyliłam drzwi, by po chwili otworzyć je na całą szerokość. Weszłam do pokoju i walnęłam wszystkie bagaże na podłogę. W progu zdjęłam glany i ustawiłam je tuż przy drzwiach, by nie brudzić wszystkiego błotem. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Ściany były w kolorze jasnoniebieskim, podłoga została wyłożona jasnym drewnem. Wszystkie ubrania włożyłam do dużej szafy. Zostało nieco miejsca, które wykorzystałam na upchnięcie przyborów artystycznych. Na łóżko położyłam idealnie pasującą do wszystkiego, biało-błękitną narzutę w geometryczne kształty i dodałam kilka niedużych poduszek w ten sam wzór. Na biurku położyłam laptop i parę drobnych pierdółek, a na tablicy korkowej nad nim, pinezką przyczepiłam plan lekcji, który dostałam wcześniej. W kącie rozstawiłam keyboard. Otworzyłam sporych rozmiarów, ciężki plecak, w którym upchnęłam tyle książek, ile mogłam i rozstawiłam wszystkie na półce obok blatu. Oby któregoś dnia ta półka się nie załamała.. Gdy wypakowałam wszystko, usiadłam na parapecie i wyjrzałam przez sporych rozmiarów okno. Było już ciemno, mimo, iż było dość wcześnie. No cóż, uroki zimy. Oparłam czoło o zimną szybę i zaczęłam wpatrywać się w ciemność. Za oknem wirowały drobne płatki śniegu, przykrywając wszystko białym puchem. Podciągnęłam kolana pod brodę. Po kwadransie, albo dwóch w bezruchu, w końcu ocknęłam się z czegoś, co można nazwać prawie transem i zeskoczyłam z parapetu. Usiadłam przy swoim instrumencie i trąciłam jeden z klawiszy. Na szczęście keyboard był ustawiony na najniższą głośność. Westchnęłam i zaczęłam grać melodię "Send My Love" Adele. Przy okazji śpiewałam cicho. Moje palce zręcznie śmigały po klawiszach. Gdy skończyłam, odsunęłam stołeczek i przesiadłam się na łóżko, przy okazji sięgając po książkę. Zapewne dobrym pomysłem byłoby zapoznać się z uczniami, czy coś w ten deseń, ale wolałam spędzić ten czas w samotności. Otworzyłam książkę na stronie zaznaczonej zakładką i zatopiłam się w lekturze. Po jakimś czasie oczy zaczęły mi się zamykać. Starałam się z tym walczyć, ale w końcu dałam za wygraną. Zasnęłam.
***
Znowu nawiedził mnie koszmar, który dręczy mnie od czasu wypadku na parkourze. Zawody w skokach, najwyższa przeszkoda, pod dość ostrym kątem. Wiem, że tylko ta jedna przeszkoda dzieli mnie od ukończenia toru, niewiele myśląc, przyśpieszam. Sherlock, ufając mi bezgranicznie, wykonuje polecenie. Nagle nie wyrabia się na zakręcie, ślizga się po piasku, ale niczym torpeda biegnie dalej. Potyka się, skacze zbyt późno. Słyszę trzask łamanego drewna, widzę błyskające z przerażenia białka oczu kasztanka.
***
Obudziłam się, oddychając szybko, zlana potem. Gdyby Sherlock nie przyjął wszystkiego na siebie, siła uderzenia przeszkody zapewne poważnie by uszkodziła, a nawet zmiażdżyła mi czaszkę.. A tak, koń uzyskał sporą bliznę na klatce piersiowej, na szczęście tylko tyle. Rozejrzałam się w panice, po chwili zorientowałam się, gdzie jestem. Nałożyłam bluzę, chwyciłam książkę, owinęłam długi, czarny szalik wokół szyi, włożyłam glany. Szybkim krokiem wyszłam z akademika, nie wzięłam komórki, nie miałam pojęcia, która godzina. Na moich włosach osiadały płatki śniegu, wzdrygnęłam się z zimna. Po chwili byłam już w stajni, światło dalej było zapalone. Odszukałam swojego ogiera, ten zastrzygł uszami na mój widok. Objęłam go za szyję, wtuliłam twarz w jego grzywę. Po chwili, gdy uspokoiłam się nieco, weszłam do jego boksu, usiadłam w sianie. Zerknęłam na Sherlocka, następnie powróciłam do czytania książki.

Lydia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz