Strony

środa, 23 sierpnia 2017

Od Zaina cd. Brooke

Telefon. Gdzie jesteś? Bo niby dlaczego miałbym spojrzeć na zegarek, który znajdował się zaledwie na wyciągnięcie ręki. Denerwował mnie czasem fakt, że muszę sprawdzać kilkukrotnie godzinę pobudki, szczególnie teraz, gdy była ona nie stała przez nadal trwające wakacje. Ta była standardowa rutyna, a czułem się źle, gdy nie wiem ile dokładnie czasu przespałem. To samo było odwrotnie. Zawsze sprawdzałem godzinę, o której kładłem się spać, a przynajmniej lądowałem w łóżku z takim zamierzeniem. Czasem chodzące myśli, nie dające spać były po prostu lepsze niż brak świadomości, którą własnie godzinę wybijał zegar. Czas to jedyne co szanowałem z tych wszystkich nudnych i rutynowych rzeczy, a zdjęcie zegarka z nadgarstka zdarzało się naprawdę rzadko. Może przynajmniej moja ręka wyglądała poważniej niż ja sam. A więc po wyjaśnieniu kwestii porannego przyzwyczajenia, nie zwróciłem uwagi na zegary tylko usilnie szukałem telefonu na swoim łóżku, nie zamierzając przy tym oderwać głowy od poduszki, a nawet odrobinę ruszyć się spod ciepłego posłania. Wierzyłem w to, że mi się uda. Naprawdę. Ale, gdy mój wzrok utkwił w telefonie oddalonym o całe pół pomieszczenia dalej, zrezygnowałem z jakichkolwiek prób ruszenia się. Ten jedyny raz zdradzę moje przyzwyczajenie i odwrócę głowę w kierunku tego oto cholerstwa, które irytująco głośno w nocy tykało. Nie mam problemów ze spaniem, wręcz przeciwnie, chociaż sam uważam, że zbytnio mnie nosi bym przeleżał cały dzień. Tak działo się tylko wtedy kiedy byłem chory i po prostu uważałem poduszkę za moje jedyne zbawienie. Ale ukochana natura, dała mi również niesamowitą odporność. Powinienem ją zacząć wielbić za taką wyrozumiałość dla takiej osoby. Więc po godzinnym egzystowaniu w pokoju, który już poprzednio trafiał pod moje skrzydła podczas pobytu wraz z Lewisem, raczyłem się znieść z łóżka i trafić do łazienki. Całkiem odruchowo, przecież znałem dom, a ja nie mam tendencji gubienia się. Przynajmniej w zamkniętych ścianach. Tak właśnie... Może kolejne przyzwyczajenie. Po codziennym, zawsze dokładnym ogarnięciu, które było nazywane mianem gorszym i dłuższym niż u kobiet od tego jakie opisywał mój jedyny i wspierający mnie zawsze przyjaciel, zszedłem na dół. Standardowo, będzie dogryzienie za trzy... dwa... jeden...
- Książę w końcu wstał - uśmiechnąłem się szeroko, przymykając przy tym oczy i jakże specyficznie wzdychając. Ten to wiedział jak podnieść mi na cały dzień samoocenę.
- Jego wysokość życzy sobie kubka kawy - myślałem, że jest to dosyć wyraźne podkreślenie "Może mi przyniesiesz?", ale czego ja oczekiwałem... tylko w wyjątkowych okazjach miałem zaszczyt być przez niego wyręczany, bo jak uparcie twierdził - należy się nauczyć samowystarczalności, paniczu.
- To niech jego wysokość wie, że w kuchni jest ekspres. Życie podarowało rączki to można sobie zrobić - usłyszałem za sobą słowa Lewisa i uśmiechnąłem się szerzej, wchodząc do pierwszego pomieszczenia z prawej. Nie, to z całą pewnością nie jest kuchnia - Czy ja mam zanik pamięci czy tu ten pokój był wcześniej pokojem?
- Kuchnia jest dalej...
- U ciebie jest to samo - mruknęła Brooke.
- Proszę jakieś tabliczki informacyjne albo coś w rodzaju sztucznej inteligencji, która prowadziłaby mnie to upragnionego ekspresu, dzięki któremu wleje w siebie jeszcze bardziej upragnioną kofeinę -
cofnąłem się, zaczesując włosy do tyłu - I nie prawda - odpowiedziałem Brooke.
- Niby dlaczego? - jak zwykle musi podważyć to co mówię nawet zbędnymi pytaniami.
- Bo u mnie możesz znaleźć łazienkę - zajrzałem do środka, a widząc znajome szafki i jeszcze bardziej znajomą sylwetkę Rossy, uśmiechnąłem się szeroko - Dzień dobry. Pani nadal gryzie tak mocno jak wtedy? - kobieta odwróciła się powoli, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem.
- Nawet bardziej niż wtedy - wróciła do swojego zajęcia - I nie patrz tym ciekawskim spojrzeniem, bo drugiemu już będzie groziła śmierć poprzez ugotowanie.
- Pani chciała mi zabić przyjaciela? - oburzyłem się, a ona pokręciła głową z dezaprobatą - Jak zawsze kochana z pani cicha woda - przyznałem i zrobiłem sobie według poleceń mojego doradcy, sam kawę. Zabrałem kubek ze sobą, wynosząc się do salonu, gdy kobieta niemal zabijała mnie wzrokiem od nawału pytań co robi i zaglądaniem jej przez ramię. Więc posłałem jej tylko szeroki uśmiech i odwróciłem się. Pomimo zgryźliwości, zobaczyłem ten cień uśmiechu na jej twarzy. Rozłożyłem się wygodnie na sofie, wsłuchując w rozmowę reszty.
- Mówcie trochę głośniej, bo nie mogę już ciszej oddychać - usłyszałem jak kroki się zbliżają, a po chwili ktoś mocno trąca mnie w ramię. Wlepiłem przestraszone spojrzenie w gorący kubek kawy i trzęsącą się na wszystkie strony aksamitnie wyglądającą, życiodajną przynajmniej dla mnie, ciesz. Uniosłem głowę do góry, chłodnym spojrzeniem wpatrując się w Lewisa - Czy ty chcesz wyrządzić mnie i mnie krzywdę?
- Skądże, ale posunąłbyś ten swój tyłek trochę, bo się nikt nie mieści - warknął.
- Nie moja wina, że jest tak wymagający - wyszczerzyłem się, czując jak na moim brzuchu siada cały ciężar Hailey. Skrzywiłem się, jak najszybciej odstawiając kubek kawy na niedaleko stojący stoliczek - Dobra, już się przesuwam, ale nie zgniataj mi układu pokarmowego - uśmiechnęła się szeroko i wstała, a ja podniosłem się do pozycji siedzącej.
- A wiesz co dałem Brooke? - wziąłem łyk kawy i uniosłem spojrzenie na Lewisa - Mówiłem, że załatwię fioletowy papier o jakże cudownym zapachu.
- W dodatku napisane wszystko jest jeszcze piękniejszym długopisem - wtrąciła Brooke, która usiadła obok Hailey.
- Nie zgub jej - zwrócił się do niej Lewis, na co tylko prychnęła cicho pod nosem.
- Nie. To nie mówi się tak. Patrz - odstawiłem z powrotem kubek, bo spokojnie kawy już nie można wypić - Jak zgubisz to już nigdy, przenigdy w życiu się od ciebie nie odczepię. Będę jak ten cień, cały czas chodził za tobą aż w końcu zastąpię wszystko i wszystkich, i się ode mnie uzależnisz - odwróciła głowę, mierząc mnie pełnym powagi spojrzeniem, na które odpowiedziałem tym samym. Niestety Hailey raczyła popsuć i parsknęła śmiechem - I zwaliłaś - mruknąłem do niej.
- Przepraszam, ale to było zbyt poważnie powiedziane jak na ciebie - pokręciła głową.
- Czyli brzmiało poważnie... no tak miało - odpowiedziałem zadowolony.
- Tak czy inaczej. Będę cię kontrolował i konkretnie sprawdzał czy masz tę zgodę - dodał Lewis. Brooke spojrzała po naszej dwójce. Odwróciłem głowę z przystawionymi ustami do porcelany i pokiwałem twierdząco głową. Uśmiechnęła się i westchnęła zarazem.
- Zastanawiam się tylko jak to zrobisz? - zaczęła. Oho, znam ten ton. Ten prowokujący, tak samo jak niewinny wyraz twarzy. Kątem oka jej się przyjrzałem. Tak. Teraz byłem pewny. Będzie chciała udowodnić, że nie czuje przez to żadnej kontroli.
- Nie pytaj się jak to zrobię. Znajdę sposób - odpowiedział jej Lewis.
- Jestem po prostu ciekawa, a skoro Zain nie będzie mógł sprawdzić czy ją mam to... - moja mina spoważniała. Że ja czegokolwiek nie mogę?
- Może być wiele sposobów - ciągnął Lewis. Mają zbyt podobne charaktery pod pewnymi względami.
- Na przykład?
- Na przykład...
- Ciii - przystawiłem palec do jego ust - Bo jak się zaprze to zacznie gryźć, a ja za szczepienia nie będę odpowiadał - szepnąłem, odwracając głowę w stronę Brooke.
- Zaraz sam cię ugryzę - odsunął głowę.
- A gryź ile tylko chcesz skarbie - posłałem mu wymowny uśmiech i wróciłem do picia kawy.
- Nie pozwalaj sobie - dodała Hailey.
- Cicho. Pani też chce zgodę? Tym razem ode mnie? - usłyszałem cichy śmiech Lewisa za sobą.
- Że niby dla mnie? - oparła dłoń na swojej klatce piersiowej.
- A dla kogo innego? Dla niego nie mogę, bo za dobrze go znam, poza tym nie pozwolił by mi na swoje ograniczanie, ale możesz mi zdradzić sposób. Ciebie w sumie też doskonale znam, ale rozumiesz, są pewne, istotne różnice.
- Interesujące.
- Z tego co wiem mieliście coś załatwić - dopiłem kawę, odwracając wzrok od Hailey, choć teoretycznie powinienem odsunąć się od Lewisa.
- A skąd on to wie?
- Ja mu nic nie mówiłem - podniósł ręce w geście obronnym.
- No już... sio, sio - odgoniłem ich obiema rękoma - Bawcie się dobrze, choć co do tego nie mam wątpliwości. Zajmę się całym domem całkiem troskliwie.
- A próbuj mi cokolwiek ruszyć! Sprzątałam tu dopiero co! - usłyszałem odpowiedź dobiegającą z kuchni.
- Nie muszę nic dodawać - spojrzałem na Lewisa i oberwałem w ramię.
- Ał? Zamienimy się rolami. Teraz ja cię będę bić - wyszczerzyłem się. Pokręcił głową i obydwoje wyszli z pokoju. Spojrzałem na Brooke. Podciągnęła nogi, kładąc na moich i zrobiła to co ja zamierzałem. Zmarszczyłem brwi, pokazując niezadowolenie. Wzruszyła ramionami i odwróciła głowę - Chciałbym przez chwilę stać się kobietą i zobaczyć jak to jest.
- A po co?
- No wiesz... obrażacie się kiedy chcecie, o co chcecie, potem nagle jest dobrze wtedy kiedy chcecie, na kogo chcecie i wiele innych rzeczy, o których nawet ja jako mężczyzna nie mogę pomyśleć - przewróciłem oczami.
- Profity od natury.
- To nie sprawiedliwe?
- Oczywiście, też tak uważam. Dlaczego na przykład tobie wolno rzeczy, których ja nie mogę? - i wszystko wróciło na miejsce.
- Bo ja to ja. Proste. I można się nawet nazywać Zain Malik, a i tak trzeba być mną żeby robić to co robię.
- A gdzie pozwolenie?
- Podpisałem pakt z życiem na samym początku. I najważniejsza rzecz... ja nie potrzebuję pozwolenia w przeciwieństwie do niektórych - zmierzyłem ją z szerokim uśmiechem.
- Fioletowy papier...
- To nie ja wymyśliłem!
- W dodatku pachnący.
- A to akurat mi się podoba. Pełna kultura i szacunek.
- Kolorowym długopisem.
- Zrzędzisz jak typowa nastolatka, której nic nie pasuje. Dlatego tak dobrze dogadujesz się z Safaaą.
- Chociaż to mogę.
- I jesteś złośliwa.
- Zaczniesz mi wypominać wady?
- Codziennie rano, gdy wstaję, idę do lustra i mówię do siebie "Oh Zain, ale ty jesteś cudowny" bądź coś w ten deseń. Komuś muszę te wady wypominać. Ja ich nie posiadam - rozłożyłem ręce na boki.
- Chyba, że nadzwyczaj duże ego.
- Cicho! Bo się obrazi. I nazywaj to nadzwyczaj wysoką samooceną, a nie tak... po chłopsku - prychnąłem.
- No tak... delikatniusi pan cudowny.
- Dziękuję, że podkreślasz moje wartości wewnętrzne.
- Wiesz co? Wkurzasz mnie - przyznała, a ja po chwili zastanowienia potwierdziłem skinieniem głowy.
- Przestaniesz mi w końcu prawić te komplementy? Bo się w sobie zakocham.
- A jeszcze tego nie zrobiłeś? - zaśmiała się.
- Nie mogę pozwolić byś była zazdrosna - zamruczałem.
- A potrafisz rozmawiać poważnie?
- Oczywiście - oburzyłem się - Czekaj... - ułożyłem grzywkę na boki, aby dokładnie przylegała do twarzy, włożyłem bluzkę do spodni, wyjąłem patyczek z buzi, splotłem swoje palce, opierając łokcie o kolana i z obojętnym wyrazem twarzy, popatrzyłem na Brooke - Słucham...
- O nie, przestań... - roześmiała się.
- No co? Chciałaś rozmawiać z poważnym mną.
- Błagam, chociaż popraw włosy...
- Nie podoba ci się ta fryzura? Jesteś nietolerancyjna. Może właśnie przyszedł by ktoś z ulizanymi włosami na boki i co wtedy? Zaczęłabyś komentować jego wygląd i zaczęła śmiać? - sięgnąłem po telefon i przystawiłem do ucha - Tak? Halo... FBI? Obok mnie siedzi kobieta z predyspozycjami do zabijania ludzi, którzy czeszą się...
- Okey, dosyć. Wolę tamtego Zaina - spojrzałem na nią.
- Oddzwonię później - sięgnąłem po patyczek i przygryzłem zębami ponownie - I nie ma problemu - odparłem zadowolony - A teraz wybacz, idę wydostać się z żenującej postaci mojej osoby - zdjąłem jej nogi z siebie i wstałem.
- I kto tu jest nietolerancyjny!?
- A czy ja powiedziałem, że mi się nie podoba? - stanąłem w przejściu.
- Tak - odparła całkiem twardo.
- Masz urojenia. Za dużo słońca.
- Nieprawda.
- Prawda.
- Niepra... Idź do tej łazienki już - wrócił do wygodnej pozycji na sofie.
- Widzisz. Znów budzi się w tobie pazur tygrysa. Pasowałabyś do Isabelle, chociaż ona bywa delikatniejsza tak mi się wydaje - powiedziałem swoje myśli na głos, spuszczając zamyślone spojrzenie na dół.
- Twierdzisz, że masz najgorzej?
- Są plusy. Jak się zgubimy w jakiejś dżungli to mnie obronisz.
- Gdzie tu są do cholery jasnej jakieś poduszki czy cokolwiek?
- Dobra, już dobrze... zamykam się i idę do tej łazienki - wzdrygnąłem się i wchodząc do nieco mniejszej niż ta na górze, ułożyłem włosy w naturalny ład. Po chwili byłem z powrotem.
- Lepiej?
- O wiele lepiej. Nie czesz się tak więcej - czyżby prośba?
- Czyli bluzka w spodnie może być?
- Nie. To też sobie odpuśćmy. Tak samo jak okulary, których nie masz pod ręką.
- Twierdzisz, że źle w nich wyglądam?
- Jakbyś musiał nosić to zmusiłabym cię do założenia soczewek - potwierdziła.
- Czyli twierdzisz, że niezaprzeczalnie jestem przystojny w obecnej postaci?
- A stwierdziłam to?
- Ja to tak odebrałem.
- Znowu mnie zmusisz do przyznania sobie racji?
- Jeśli tego chcesz. Dla mnie to żaden problem.
- Od kiedy to pytasz czego ja chcę? Zawsze sam brałeś sobie to co chciałeś.
- Jestem do tego przyzwyczajony. Na twoim miejscu bym się cieszył z mojej poprawy. Mi osobiście nie przeszkadza ponowne zmuszenie ciebie do przyznania mi racji. Dasz mi tylko dodatkową satysfakcję, a wiem jak bardzo uwielbisz to robić.
- I kto tu jest złośliwy.
- To nie jest złośliwość. To stwierdzenie faktu z nutką tajemniczości.
- Mam się bać jak zwykle?
- Możesz. Nawet nie wiesz co chcę z tobą zrobić.
- Aha... - uśmiechnęła się - A wracając do planów na dziś?
- Cóż... zapewne wrócimy do domu w Bel Air, a resztę pozostawiam tobie, bo podobno ktoś chciał tu sobie ułożyć plany według własnej woli - odgarnęła włosy - A więc oddaję karteczkę i długopis pani, panno Sky. A rzadko powierzam siebie i mój wolny czas komukolwiek, w obawie przed zbytnim wykorzystaniem. Chyba, że chcesz zobaczyć kolejny most? - ożywiłem się, domyślając najbardziej prawdopodobnej odpowiedzi.

Brooke?

Do administracji: 2263 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz