Strony

piątek, 25 sierpnia 2017

Od Milesa C.D. Julesa

- No oczywiście, że chcę! - krzyknąłem nadymając usta jak małe dziecko.
- Chodź, idziemy po niego - westchnął i ruszył pierwszy, a ja powlokłem się za nim. Właściwie to nie miałam ochoty na wracanie, ale teraz wyglądałoby to podejrzanie. Zwiesiłem głowę, po czym zacząłem przyglądać się swoim butom. On nazwał nas pedałami... Późniejsza wściekłość mojego Julesa w pewien sposób mnie zabolała. Po kilku metrach zauważył, że coś jest nie tak i przystanął, czekając, aż zrównam się z nim. Kiedy już to zrobiłem, objął mnie ramieniem, niejako przyciągając do siebie.
- Co się stało, śliczny? - dłoń wsunął pod mój podbródek, aby po chwili unieść moja głowę.
- Bo... nic, właściwie - odparłem mętnie, ponownie uciekając wzrokiem w dół.
- Przecież widzę - zauważył tym swoim ohydnym twardym tonem, którego szczerze nienawidziłem. Przede wszystkim dlatego, że używał go w takich sytuacjach, jak ta sprzed chwili. Kiedy miał się z kimś kłócić, to takie przystosowanie do walki.
- Bo... ten facet...
- Oj nie przejmuj się takimi wyzwiskami - przewrócił oczami.
- Nie o to chodzi - mruknąłem cicho, wsadzając ręce do kieszeni i zaciskając usta.
- Ty to lubisz mi życie utrudniać Miles! Powiesz mi wreszcie, co cię tak przybiło czy nie? - zapytał ostro krzyżując ręce.
- Chodzi o to... - zacząłem dosyć powoli, nie wiedząc dokładnie jak mu to przekazać. - To wyzwisko...
- No co z nim? - niecierpliwił się, a ja przygryzłem policzek z wewnętrznej strony.
- To prawda Jules - powiedziałem tak cicho, że właściwie nie byłem pewny, czy usłyszał.
- Jaka prawda?
- No... ja jestem... no... pedałem Jules - zerknąłem mu w oczy i szybko spuściłem głowę, ponownie patrząc się na swoje buty.
- O nie, nie, nie! Po pierwsze to nie do końca...
- Mój jedyny związek w jakim byłem, był z chłopakiem, Jules - przerwałem mu.
- To nie zmienia faktu, że to jednak co innego, a jeśli nawet, to to było obraźliwe określenie i tyle. I tylko o to chodziło? - pochylił się, jakby chciał spojrzeniem znaleźć mój wzrok.
- Nie... - mruknąłem.
- Miles... jak ja cię czasem mam ochotę udusić. Gadaj i to już.
- Bo ty się wściekłeś.
- No i?
- Bo... no... do mnie też coś masz? To zabolało Jules - mruknąłem. - Uwielbiam cię, bo jesteś jedyną osobą, która na siłę chciała mnie wyciągnąć z tamtego marazmu, ale...
- Naprawdę odebrałeś to w ten sposób? - zapytał jakby z niedowierzaniem, a ja najzwyklej w świecie pokiwałem głową.
- Miles, ty dzieciuchu. Przecież wiesz, że to akceptuję - złapał mnie tuż pod łokciem i przyciągnął do siebie, przytulając na chwilę. - Akceptuję, kocham jak brata i uwielbiam, tak? Pomimo że jesteś równocześnie chyba najbardziej irytującą i denerwującą mnie osobą jaką znam. Rozumiemy?
- Rozumiemy, sir! - zasalutowałem.
- No huśtawkę nastrojów masz, jak na górskiej kolejce - westchnął. - Chcesz misia?
- Myślałem, że zdążyliśmy ustalić, że tak - skrzywiłem się.
- Wymagania gorsze niż ma przeciętna dziewczyna - ruszył dalej, a ja go zaraz dogoniłem.
- To dlatego, że jest poszkodowany przez życie i masz obowiązek mnie rozpieszczać, jako młodszego braciszka! - wyszczerzyłem się do niego, a on znowu przewrócił oczami. - Kiedyś ci je wydłubię.
Zaczął się tylko śmiać, ciągnąc mnie w pewnym momencie do stoiska ze strzelnicą. Musiał również dosłownie odnosić mnie od karuzeli... i innej karuzeli... i młota... Tak szczerze mówiąc to od wszystkiego, ponieważ nie dałem się odciągnąć, więc mnie podnosił, przerzucał przez ramię i stawiał na głównym deptaku. Całe szczęście, że jestem szczuplutki, bo inaczej coś by sobie nadwyrężył.
Po wybitnie męczącej wędrówce przez wesołe miasteczko, dotarliśmy do strzelnicy. Jakiś nie za przyjemnie wyglądający pan, podał broń mojemu kochasiowi. Jego zadaniem było zestrzelenie jak największej liczby kaczuszek.
- Pamiętaj, bez misia się stąd nie ruszę - przypomniałem mu.
- Pamiętam...
- Wierzę w ciebie, Jules.
- Wiem... - zaczął mierzyć.
- Tylko traf.
- Zamknij się, Miles.
- Przecież jestem całkowicie cicho - znowu mu przeszkodziłem. Nie powiem, że nie specjalnie...
- Te trudności nie wpłyną na wynik.
- Zobaczymy mój dzielny przyjacielu broń - zachichotałem, a on nadal mierzył.
- No strzelaj - pośpieszyłem go.
- Cicho.
- No ale ja się tutaj niecierpliwię!
- Oj Miles - jęknął.
- No dobra, już będę cichutko jak ta myszka pod miotłą - tak też się stało. Stanąłem sobie z boku i obserwowałem jak mój przyjaciel nadzwyczajnie dobrze sobie radzi... Wiedziałem kogo wybrać. Zresztą wybór był prosty, ponieważ to mój jedyny znajomy, który wychodził na strzelnicę i ostatnio... to ogólnie mówiąc mój jedyny znajomy... Jednak... Cóż w liceum nie miałem prostego życia. Po moim związku z Adrienem, o czym wieść dosyć szybko rozniosła się po całej mojej szkole sprawiły, że rodzice mnie przenieśli. Zostaliśmy z Julesem rozdzieleni, ale to głębiej na naszą przyjaźń nie wpłynęło, tak jak tamten związek. Na niego jedynego...
Tak więc pod wprawnym okiem chłopaka, kaczy trup ścielił się gęsto. Lepiej niż oczekiwałem. Nie mogłem ukryć dumy, że znam tego doskonałego strzelca i jest to mój najlepszy przyjaciel... Jednak nic nie mogło przebić mojej radości, żeby nie powiedzieć euforii, kiedy ten debil, dostawszy maskotkę, zamiast mi ją normalnie oddać, to uklęknął przede mną.
- Milesie, czy uczynisz mi ten zaszczyt i dasz mi spokój chociaż do końca dnia, w zamian za tą iście cudowną maskotkę? - podejrzliwie spojrzałem na niego, a później zacząłem oglądać misia, był dosyć spory i całkiem ładniusi. - Patrz Miles, to panda jak ty...
- Ja jestem pingwinkiem! - burknąłem tonem małego dziecka.
- Ale pandą też... - jęknął. - No Milesik, bo oddam tego misia pierwszemu dziecku.
- Nie! - krzyknąłem i złapałem misia, przytulając go mocno do siebie. - Nie oddam!

Jules?
Pozwalam ci wstać z kolan XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz