Strony

czwartek, 31 sierpnia 2017

Od Hailey cd. Lewisa

To chyba była najgorsza groźba ze wszystkich możliwych. I nie tylko ja tak myślałam, ale z całą pewnością Zain także.
- Wiesz, mówiąc i ogólnie stwierdzając to ty i ja jesteśmy jednym, wielkim kłopotem, tak to ujmując.
- Nie przesadzajmy, aż taki wielki to on nie jest - przymknął oczy.
- A jak Dominic zareagował na to wszystko?
- Dlaczego pytasz? - bo wiem, że zapewne ze sobą o tym rozmawiali. Pewnie na miarę swoich rozmów, bo nigdy w nich nie uczestniczyłam. Były tajne, ale istniały, co doprowadzało moją ciekawość do szaleństwa. Zresztą tak jak pomiędzy nim a Zainem, tylko różnica polegała na tym, że Dominic nie krył się, że chodzi o mnie, a Zain zazwyczaj zmieniał temat. Dosyć skutecznie.
- Przecież wiem, że nie był za tym wszystkim, a pomysł zaproszenia Olivii to jego sprawka - chciałam żeby zabrzmiało to jak zwalenie winy, ale nie byłam zła. Teraz już na nikogo.
- Skąd wiesz? - zaczął badać sprawę, ale z cieniem uśmiechu na twarzy.
- Powiedzmy, że miałam i nadal mam swoje niezawodne sposoby informacji... - uśmiechnęłam się tajemniczo, popijając swoją porcję wina.
- Czyżby mój cudowny przyjaciel się wygadał?
- Zain? Nie - pokręciłam głową - Widzisz, Dominic sam mi to powiedział, bo go o to zapytałam. A, że obydwoje jesteśmy do bólu szczerzy względem siebie to po prostu, nie szczędząc sobie słów, wymieniliśmy się informacjami - posłałam mu słodki uśmiech.
- Nie wiem, znaczy... miałby na to jakoś reagować? - Lewis zdziwił się.
- Czyli pogodził się oddaniem swojego młodszego braciszka w objęcia denerwującej kobiety? - uniosłam brew w zaciekawieniu.
- Chyba nie miał wyjścia - zaśmiałam się. Fakt, tu nie było mowy o żadnej dyskusji.
Po skończonym posiłku i wypiciu butelki wina, zebraliśmy się, powoli krocząc w kierunku wyjścia, mijając przy okazji jeszcze kilka ciekawszych miejsc. Na samym końcu, przypomniało mi się o bardzo ważnej rzeczy. Takiej, bez której nie było sposobu na wyjście stąd.
- Wiem, co chcę jeszcze zobaczyć - stanęłam ciągnąc go za rękę do tyłu. Pożegnał się spojrzeniem z wyjściem i rozejrzał dookoła, jakby chciał wyszukać specyficznego miejsca, które miało w sobie coś, co spowodowało, że tak nagle się zatrzymałam. Ostatecznie zwrócił na mnie spojrzenie, oczekując wyjaśnienia - Widziałam w dali całkiem ciekawe miejsce, a mianowicie motylarnie. I jestem ciekawa jak to wygląda - uśmiechnął się i wskazał kierunek. Prowadził, rzecz jasna orientując się lepiej niż ja, ale zachowajmy to w tajemnicy. Nawet w zoo potrafiłam iść na odwrót niż wszyscy, w przeciwnym kierunku, ale oczywiście to wszyscy inni szli źle. Doszliśmy do budynku w samym środku parku, wchodząc do ciepłego i wilgotnego pomieszczenia. Na samym początku trzeba było się przebić ścieżką przez warstwę drzewek, ale warto było. Dla widoku latających wszędzie motyli. Pomimo, że w owadach nie ma nic ciekawego, niektóre są całkowicie zbędne, to te lśniące skrzydełka mogą jak najbardziej żyć. Stanęłam z boku, rozglądając się dookoła i podziwiając tę feerię, latających barw wspólnie z opierającym dłonie na moich biodrach Lewisem.
- Nie ruszaj się to może przyjrzysz się jednemu z bliska - wypowiedział te słowa niemal szeptem. Istniała mała szansa, że jakiś podleci i chociażby usiądzie, ale dobrze. Zastygłam w bezruchu, a po chwili kazano mi zamknąć oczy. Pokręciłam głową, ale zrobiłam to, nadal czując obecność chłopaka tuż za moimi plecami. Wkrótce przesunął swoją rękę po moim biodrze, przenosząc ciepło palców na skórę ręki, później dłoni. Ustawił moje palce w odpowiednim ułożeniu, mrucząc tylko cicho nad uchem, żebym się tylko nie ruszyła. Serce mi za chwilę wyskoczy, ale nie ze strachu, lecz z powodu usłyszenia tego męskiego, głębokiego głosu tuż nad sobą. Takiego mojego. Już zawsze będę to powtarzać. Zaczęłam się także zastanawiać, co by się ze mną stało, gdyby go nie było. Gdyby nagle odszedł. Co bym zrobiła, albo nie zrobiła...
Poczułam na skórze dłoni łaskotanie, przez co szerzej się uśmiechnęłam, a gdy dostałam pozwolenie na otworzenie oczu, ujrzałam pięknego motyla. Był niebieski... uwielbiam niebieski. Bo kojarzy mi się tylko z jedną, cudowną rzeczą, która wpatruje się we mnie tak usilnie, że nie sposób utrzymać powagi na twarzy. Pomimo, że miałam pełne pozwolenie wpatrywania się w ten błękit jego oczu już zawsze i powinnam się przyzwyczaić, to nadal czułam przeszywające mnie ciepło za każdym razem, gdy wpatrywał się w moje źrenice. W sam ich środek. Mogę być jego przyjaciółką, dziewczyną, narzeczoną, a z tych uszczęśliwiających mnie obietnic, nawet żoną, nadal będę podziwiać te oczy. Zawsze pragnę je mieć przy sobie, nie ważne czy stają się dla mnie tlenem, rzeczą bez której nie mogę żyć, będę i mam je tylko dla siebie. To jest takie moje uniwersum, mój własny, błękitny świat z przystojnym mężczyzną w samym centrum.
- Masz jakieś moce przyciągania motyli? - spytałam, spoglądając na Lewisa, który wzruszył ramieniem.
- Nie wiem, ale jedno jest pewne... mam moc przyciągania ciebie - objął mnie jedną ręką w pasie, a po chwili oparłam biodra o niego. I tu miał rację, przyciąga mnie całym sobą. Jak magnes, choć i to jest za słabe określenie.
- Sprawdzimy? Tu się można zgubić - dmuchnęłam w skrzydełka motyla, który poleciał dalej. Usłyszałam cichy śmiech chłopaka.
- Nie ma mowy o gubieniu się. Już wtedy, w nocy był dramat, a w dzień to już byłby wstyd.
- Podobno działa na mnie twoje przyciąganie - uśmiechnęłam się - Znalazłabym cię bez problemu.
- Ty mnie? - uniósł brew - Chyba na odwrót. Ja się nie gubię - pokręcił głową, a ja przez chwilę zmrużyłam oczy. Czyżby pan Lewis był naprawdę taki pewien swojej orientacji. Nie chcę w nim zdusić tej pewności, bo to takie zadowalające, gdy przez prawie całe życie żył w NIEpewności. A to przecież tylko słowo, do którego doklejono nie. Frustrujące.
- Dobrze, to mam propozycję - zbliżyłam swoje usta do niego, ciesząc się niesamowicie z tego faktu iż jestem nieco wyższa niż zwykle. Mogę bez problemu kluczyć wzrokiem po całej jego twarzy, będąc tym samym bliżej nieba - Kalifornia to miejsce, gdzie każda kobieta pragnie pochodzić trochę po okolicy... Pozwolę ci odczuć przyjemność zostania moim przewodnikiem. Bo zgodzisz się ze mną pójść do kilku, naprawdę kilku sklepów? - pokazałam w szerokim uśmiechu moje ząbki - Nie mogę wyjechać, nie zabierając ze sobą nieco ubrań. A ostatnio brakuje mi nieco spodenek - zatrzepotałam rzęsami, widząc unoszące się kąciki ust chłopaka. Jakbym mogła, przeniosłabym to miejsce prosto do Anglii.

Lewis?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz