Strony

środa, 27 czerwca 2018

Od Zaina cd. Felicity

Nie ukrywałem uśmiechu, który był wywołany przez stwierdzenie City co do niestandardowego układu z jej przyjaciółką. Odwróciłem głowę w kierunku bocznego okna, opanowując narastające zadowolenie.
- Nie podoba ci się, że jestem dla ciebie chodzącą tajemnicą? - dziewczyna chyba się spodziewała, że zapytanie mnie o cokolwiek, nie skończy się prostą odpowiedzią, tak jak konwersacja przewiduje. Wróciła spojrzeniem na drogę, nie reagując w żaden sposób. Miała punkt oparcia w całej sytuacji, bo musząc obserwować jezdnię, nie musiała patrzeć na mnie. Tym samym, mój złośliwy uśmiech wcale jej nie przeszkodził, choć miała świadomość, że jestem z siebie zadowolony.
- Niewiele- odpowiedziałem, znów przybierając poważny wyraz twarzy z uniesionymi kącikami ust. Tym razem jednak zmusiłem ją do odwrócenia głowy, akurat w momencie, gdy droga była prosta i bez przeszkód - Patrz na drogę, a nie na mnie - usłyszałem jak wypuszcza głośno powietrze z płuc i wraca spojrzeniem przed siebie.
- Wcale na ciebie nie patrzę - burknęła pod nosem, jak zawsze dumnie.
- Jasne - mruknąłem podobnie jak ona przed chwilą, próbując udawać jej ton - Każda tak mówi - doskonale wiedziałem jak bardzo denerwuje ją moje zapatrzenie w siebie. Tym razem, nie udając niczego, westchnęła przeciągle i chyba zamierzała zrezygnować z dalszej rozmowy. Spojrzałem na nią spod opadających kosmyków włosów i uśmiechnąłem się - Lubię denerwować ludzi, a szczególnie ładne kobiety. Mógłbym nazwać to moim hobby, ale czasem robię to nieświadomie. Po prostu, większość się do tego przyzwyczaja. Gdyby tak nie było, a my żylibyśmy w kraju z dostępem do broni, na pewno musiałbym wyemigrować - widziałem jak dziewczyna nieznacznie się uśmiecha, delikatnie kiwając głową na potwierdzenie moich słów. Zgadzała się z nimi, a mnie to bawiło.
- Mówisz tak, bo chcesz usprawiedliwić to, że mnie czasem wkurzasz? - nie wiem, czy to miało być pytanie, czy raczej rodzaj stwierdzenia, ale tak, czy inaczej, musiałem się z nim zgodzić. Choć nie nazwałbym to usprawiedliwianiem siebie.
- A wkurzam? - zadałem to pytanie, nie dlatego, że nie wiedziałem. Chciałem żeby City się zwyczajnie do tego przyznała.
- Sam mówiłeś, że potrafisz być denerwujący, więc odpowiedz sobie - wzruszyła ramieniem, ale gdy nic nie odpowiedziałem, skinęła głową - Tak, czasami mnie wkurzasz.
- Ale tylko czasami - podkreśliłem. Zachichotała.
- Jak udało ci się ugadać Emerson? - zadała kolejne pytanie - Znaczy... wiem, że ona jest bardzo towarzyska i nie ma problemu zaczęcia rozmowy z każdym, ale myślałam, że będzie stała po mojej stronie - wyczułem w jej zdaniu cień rozbawienia. Mówiła to żartobliwie, ale tym razem zamierzałem jej odpowiedzieć.
- I stoi - wzruszyłem ramieniem - Dobra z niej przyjaciółka. Powiedziała, że jak będę się mniej odzywał, to być może mnie polubisz - City tym razem roześmiała się, odchrząkując cicho.
- Naprawdę tak powiedziała?
- Nie, ale chciałem znać twoją reakcję - dziewczyna przewróciła oczami, nadal rozbawiona.
- A wtedy przy wyjściu?
- To tajemnica - triumfalnie uniosłem głowę, rozsiadając się w fotelu - Nie mogę ci jej zdradzić, bo to byłoby nie fair w stosunku do Emerson, Może ci kiedyś powie, zobaczymy.
- No dobra. Wiem, że nic nie zdradzisz, to wracając do tematu... Czymś się interesujesz jeszcze, oprócz muzyki?
- Różnie. Jestem otwarty na wszystko. Ambicja nie pozwala mi siedzieć w miejscu. Realizując jedno, znajduję sobie trzy inne. Postępuję bardzo nieszablonowo, choć uważam to za wyjątkowy plus w całej mojej osobowości. Nawet w muzyce. A co do zainteresowań... to mam parę specjalnych. Umówmy się tak - odwróciłem się bardziej w jej stronę. Delikatnie zaskoczona zwrotem akcji, kątem oka spojrzała na mnie, nadal skupiona na drodze. Cieszę się, że traktuje moje auto i to, że pozwalam jej prowadzić, za coś ważnego, choć wiem także, że sam jej charakter nie pozwala jej przyjąć obojętności w tej kwestii. Ciekaw jestem tylko, czy to zauważa - Ja powiem ci wszystko o sobie, co tylko chcesz wiedzieć, za to ty zdradzisz mi, co mam robić żebyś nie czuła przynajmniej chęci zamordowania mnie w pewnych sytuacjach. Oczywiście, oprócz takich, gdzie chodzi o twoje zdrowie, bo pomimo, że ja często o nim nie myślę, nie lubię jak ktoś je ignoruje. Życie to życie, jest ważne u każdego. Nawet jeśli to zwykłe przeziębienie - uniosła wyżej podbródek, zastanawiając się nad swoją zgodą co do tego układu. Ja uważam, że jest on sprawiedliwy. Naprawdę, pomimo tego, że jestem znany, nie znoszę opowiadać o sobie w momencie, gdy przychodzi to na poważnie. Wizerunek to jedno, osoba to drugie i choć na siebie się nakładają, istnieją pewne różnice.
- I odpowiesz mi na każde pytanie o tobie, które zadam? Bez zbędnego unikania, wykręcania i swoich narcystycznych pobudek?
- Tego ostatniego nie mogę ci obiecać, ale... powiedzmy, że się postaram. Chyba nie odrzucisz tego ogromnego gestu z mojej strony?
- Masz rację, nie odrzucę. Poza tym, powiedzenie tobie, czego masz nie robić by mnie nie denerwować, jest strasznie banalne w porównaniu do tego, że będę wypytywać o całe twoje życie - spostrzegła.
Skrzywiłem się nieznacznie.
- Być może, ale biorąc pod uwagę, że mam Emerson jako niezawodnego informatora do spraw pod pseudonimem FELICITY, nie muszę się wypytywać ciebie o... o ciebie - przyznała mi racje i zacisnęła mocniej ręce na kierownicy.
- Dobrze, to pierwsze pytanie zanim będziemy na miejscu. Już niedaleko - rozejrzała się szybko po okolicy i wróciła spojrzeniem przed siebie - Co cię skłoniło do nauki w Morgan?
- Serio? Myślałem, że zadasz poważniejsze pytanie.
- To bardzo poważne pytanie. Pamiętaj o umowie - posłała mi wymowne spojrzenie. Przewróciłem oczami, wiedząc, że ta umowa na pewno będzie mnie kosztowała dużo wysiłku. Podobnie jak nasza poprzednia.
- Tak jak wcześniej mówiłem - zacząłem, opierając się w pełni plecami o siedzenie - Znajduję sobie jedno zainteresowanie, które budzi trzy nowe. Były różne powody, dla których zdecydowałem się na naukę tutaj. Z jednej strony Morrigan, której potrzebna jest moja uwaga. Z drugiej, chciałem po prostu odpocząć. Stadnina jest oddzielona od świata, w którym zaistniałem, więc mam tu okazję pobyć Zainem Malikiem. Nauka tutaj do ogromny plus do całego życia, więc się zdecydowałem. W Anglii mam połowę rodziny i przyjaciół. Choć mojej menadżerce nie spodobał się ten pomysł, to pewnie się domyślasz, ale jak już coś postanowię, to do realizacji tego dążę. Nie mam powodów by żałować przyjazdu tutaj, chociaż... nie wszystko było tak jakbym chciał - dziewczyna zmrużyła oczy, kiwając naraz głową. Spojrzałem na nią z uniesionymi brwiami. Odwzajemniła to, odwracając głowę.
- Widzisz, jednak można rozmawiać bez zbędnych złośliwości - uśmiechnęła się zadowolona.
- To nie ja jestem tu złośliwy.
- No masz. A już myślałam, że dasz radę.
- Nie podpuszczaj mnie, mała wredoto - roześmiałem się, zauważając w dali lokal, w którym pracuje City - Zresztą popatrz. Puściłem ciebie w takim stanie gdziekolwiek z pokoju. Powinnaś siedzieć pod kołdrą.
- Obiecuję ci, że nic nie zrobi mi lepiej niż ciepła pizza.
- No i super. Trzymam cię za słowo. Teraz moja kolej, zanim się zatrzymamy. Co we mnie ciebie najbardziej irytuje?
City zatrzymała się na parkingu, wyłączyła silnik i mruknęła cicho pod nosem w zastanowieniu. No chyba nie ma tylu rzeczy, które naprawdę ją bardzo irytują. Spojrzała na mnie, a ja miałem wrażenie, że mi się przygląda. Jak cokolwiek wspomni o wyglądzie, to chyba się na nią obrażę. Jestem cierpliwy, gdy tego chcę, ale siedząc w samochodzie z przyglądającą ci się dziewczyną, robi się coraz bardziej krępujące. I to nie z tych oczywistych powodów, ale z takich, że chcę aby w końcu coś powiedziała.
- Daj mi moment. Wejdziemy do środka, zamówimy jedzenie i wtedy ci powiem. Zgoda? - odpowiedziała nadzwyczaj promiennie. Zastanawiam się, czy moje pytanie i miejsce, do którego idziemy, nie stanie się jej odpłatą za nadobne. Odchyliłem do tyłu głowę.
- Zgoda. Aczkolwiek, wiesz jak trudno będzie mi się przez ten czas skupić? - otworzyłem drzwi i wysiadłem z auta, spoglądając w jej stronę.
- Wiem, ale wierzę, że dasz radę - podeszła do mnie i oddała mi klucze z uśmiechem. Poprawił jej się humor? Albo poczuła się w końcu na siłach. Nie wiem, ale wygląda na pewno lepiej niż poprzednio. I chyba już nie dąsa się tak bardzo o to, że załatwiłem jej całodzienny pobyt w pokoju. Teoretycznie, bo właśnie nie jesteśmy w akademiku, ale przy wejściu do lokalu.
Otworzyłem drzwi, przepuszczając dziewczynę, dopiero potem sam wchodząc i rozglądając się po miejscu, w którym pracuje w weekendy. Chyba to lubi stwierdzając po tym, jak chętnie i bez przeszkód idzie w stronę wybranego przez siebie stolika. Dziwnym trafem jest to ten sam, przy którym siedziałem wraz z Harry'm poprzednio i zaczynam się jeszcze bardziej obawiać tego, że dla niej jest to tylko odwet. Zajęła miejsce i spogląda na mnie pytająco. Odwróciłem wzrok, wyjmując ręce z kieszeni bluzy i ruszyłem jej śladem, siadając naprzeciwko. Choć chciałem zadać jej pytanie, dlaczego akurat tutaj, to powstrzymałem się przed tym i tylko rzuciłem jej zaciekawione spojrzenie. Uśmiechnęła się i spojrzała w zabraną przez siebie kartę menu.
- Z racji tego, że to ja jestem chora, nie ty, wybiorę dla nas coś pysznego. Nie masz nic przeciwko, prawda? - nie patrząc na mnie, przejechała palcem po nazwach pizzy, szukając tej jednej odpowiedniej.
- Nie mam. Tylko błagam, nie hawajska - podniosła wzrok, chyba zaskoczona.
- Nie lubisz? - pokręciłem głową.
- Ananas to coś złego w pizzy. Nie wiem jaki człowiek wpadł na ten pomysł i stwierdził, że można go dodać do tego dania, czy jakkolwiek można nazwać pizzę - z powrotem wróciła do przeglądania karty - Poza tym, Hawaje nie są takie cudowne, jak wszyscy myślą.
- Okey, nie hawajska. Przyjęłam - powiedziała niestrudzona, a po jej minie widziałem, że chyba już coś znalazła - Mam. Powinieneś być zadowolony - uniosła głowę z uśmiechem i odłożyła kartę na bok.
- To teraz odpowiedź na moje pytanie - położyłem rękę o oparcie za sobą i wykrzywiłem usta w uśmiechu. City również usiadła wygodnie, zaraz po zdjęciu z siebie grubszego nakrycia, które założyła specjalnie po to, by nie narazić swojego zdrowia na jeszcze większy uszczerbek.

City?

wtorek, 26 czerwca 2018

Od Julesa cd. Lydii

- Tak ci się spodobałem, że aż tu za mną przyjechałaś? Jeśli zmieniłaś zdanie, to możemy jeszcze wrócić do tamtego hotelu. - Odwzajemniłem uśmiech, wciskając zapalniczkę do kieszeni. Wcześniej, tam  na balkonie, nie przyjrzałem się jej zbyt dobrze, jednak nie miałem wątpliwości, że to ta sama dziewczyna.
- Może innym razem. - Puściła mi oczko, przytrzymując dym w płucach, by po chwili móc powoli go wypuścić. Podczas gdy dziewczyna opuszczała pojazd, zdążyłem jej się trochę przyjrzeć. Była niższa ode mnie, chociaż szczerze mówiąc nigdy nie spotkałem kobiety, która by mnie przewyższyła, więc wymienienie tej cechy jako pierwszej nie było konieczne. Była szczupła, dość drobnej budowy, a brązowe włosy sięgały mniej więcej do połowy jej pleców. Tylko jedna rzecz bardzo zmieniła moje podejście, a było to nic innego jak znienawidzone przeze mnie okulary przeciwsłoneczne.
- Nie mogłeś przyprowadzić sobie koleżanki do akademika, więc musiałeś jechać aż do Londynu? - Oparła się o maskę swojego Range Rovera, kładąc jedną dłoń na biodrze. Zapatrzyła się moment na wejście do akademika, przez które właśnie przeszła grupka uczniów.
- Wystarczającą ilość podpunktów regulaminu już złamałem, chociaż dla ciebie mogę jeszcze zrobić wyjątek. 
- Doprawdy? - Uśmiechnęła się, przykładając papierosa do ust.  
- Zdejmij okulary - westchnąłem, zsiadając z motocykla. Naprawdę nic mnie tak nie irytowało, jak osoby noszące ciemne szkła. Szlag mnie trafiał, gdy nie widziałem oczu mojego rozmówcy.
- Nie. - Zmarszczyła brwi i odwróciła się na moment w moją stronę. - Idź już sobie, bo zaraz wypuszczę psa z samochodu.
Uniosłem obie ręce do góry, nie szczędząc jej szerokiego uśmiechu. Zabrałem kask, a na odchodne rzuciłem coś w stylu jeszcze się spotkamy i ruszyłem w stronę wejścia do akademika.
~~*~~*~~
Zerknąłem ukradkiem na zegarek, wiszący zaraz przy drzwiach wejściowych, orientując się, że dochodzi ósma. Na zewnątrz wciąż było jasno, ale za to odrobinę chłodniej niż w ciągu całego dnia, co jak dla mnie tworzyło wręcz idealne warunki do biegania. Wyszedłem na chwilę na balkon, a termometr przyczepiony do jednej z barierek wyznaczał dokładnie dwadzieścia stopni. Miałem ogromną ochotę zapalić, jednak spodziewałem się, że wtedy nie pobiegnę zbyt daleko. Ostatnio moja kondycja strasznie podupadła i nie było to spowodowane tylko moim zaniedbaniem treningów, a bardziej faktem, że moje płuca były bardzo obciążone, przez uzależnienie od fajek. Nie zniechęciło mnie to za bardzo, nie zamierzam rezygnować z żadnej z tych rzeczy, jednak nie byłem przekonany, czy aby na pewno połączenie ich na dłuższą metę przyniesie dobry skutek.  Zresztą. Czy to miało jakieś znaczenie? Szczerze mówiąc, w ostatnim czasie moje zdrowie było na samym końcu listy rzeczy, które chociaż w jakimś stopniu się dla mnie liczą. 
Wróciłem do pokoju pospiesznie przebierając się w odpowiedni strój do biegania, który w moim przypadku składał się ze spodenek, koszulki na krótki rękaw i nowej pary adidasów. Wyjąłem z szafki butelkę wody, wziąłem klucze, a bluzę z kapturem - na wypadek ulewy, które w ostatnim czasie były na porządku dziennym - przewiązałem sobie w pasie. Wyszedłem z pokoju, upewniając się, że zamknąłem drzwi na klucz i nikt nie będzie w stanie dostać się do środka. Nie lubiłem sprowadzać kogokolwiek do siebie, zwykle to ja spędzałem czas u kogoś. Nie byłem do końca pewny z czego to wynika, jednak w ostatnim czasie wolałem sam decydować o tym, czy chcę z kimkolwiek rozmawiać.
Zanim jeszcze zbiegłem po schodach, szybko zaszedłem do pokoju Isabelle, żeby zabrać ze sobą Brittany'ego. Jakiś czas temu Harry zapytał mnie, czy nie potrzebuję nadpobudliwego towarzysza do biegania, a ja... potrzebowałem jakiejś motywacji. W domu też biegałem razem z psem, a tutaj nie miałem swojego towarzysza, więc nie widziałem w tym większego problemu. Husky przywitał mnie radosnym szczekaniem i od razu sturlał się po schodach, czekając przy drzwiach wyjściowych. Roznosiła go energia, a ja nie byłem do końca przekonany, czy chociaż w pewnym stopniu uda mi się mu dorównać.
- Brittany! - Zawołałem, gdy zaczął szczekać na osobę, która właśnie otwierała drzwi. Pies zaskomlał i usiadł, bez przerwy obserwując wejście. W przejściu pojawiła się dziewczyna z hotelu, a zaraz za nią wszedł pies prowadzony na smyczy. Ponownie zawołałem Brittany'ego, który posłusznie, jednak niezbyt chętnie podszedł, zajmując miejsce przy mojej nodze. - Spotykamy się szybciej niż się spodziewałem. - Uśmiechnąłem się, unosząc kącik ust.
- Cóż za miła niespodzianka. - Odwzajemniła uśmiech, kładąc silny nacisk na słowo miła. Nie rozumiałem, czemu tak bardzo mi się opierała, nie była w ogóle zainteresowana, jednak miałem wrażenie, że chce mnie sprowokować.
- Również bardzo się cieszę z tego spotkania. Może tym razem zdradzisz mi jak masz na imię? 







Lydia?
nie wiem co się dzieje ze mną ostatnio, te wszystkie opowiadania są takie... słabe XD obiecuję, że będą coraz lepsze!

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Od Daisy cd Zaina

Usiadłam raptownie na łóżku, rozglądając się po otaczającym mnie pomieszczeniu. W pierwszym momencie ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ nie miałam pojęcia gdzie się znajdowałam. Po skórze mojego ramienia dmuchnął zimny powiew, który niemal od razu spowodował pojawienie się u mnie "gęsiej skórki". Było to jeszcze dziwniejsze, ponieważ nigdy nie zostawiałam choćby rozszczelnionego okna na noc. Można powiedzieć wręcz, że byłam typowym zmarzluchem. Usłyszałam czyjś oddech, co spowodowało u mnie nieprzyjemny dreszcz. Zerknęłam na łóżko obok mnie. Leżała tam wysoka postać, którą rozpoznałam dopiero, kiedy księżyc wyszedł zza nocnych chmur i rozświetlił pomieszczenie. Obok mnie leżał Zain. W tamtym momencie bardzo szybko wróciły do mnie wspomnienia wieczora. Wyprawa po kawę to jeden z najgłupszych pomysłów, na które kiedykolwiek się zgodziłam, szczególnie przy moim uczucie dyskomfortu w ciemnych przestrzeniach. Nie można było powiedzieć, że bałam się ich, po prostu nie czułam się w nich pewnie. Jednak obecność Zaina obok mnie trzeba było przyznać, że mi pomagała. Westchnęłam powoli zdając sobie sprawę jak wielki wpływ na mnie ma ten chłopak. Przecież otworzyłam się przed nim jakby był co najmniej moją rodziną lub kimś dla mnie tak bliskim, jak był Dylan. To coś niezwykłego i miałam tylko nadzieję, że mimo wszystko, jakby się nasza dalsza znajomość z Zainem nie potoczyła, on mnie nie rozczaruje, nie zostawi na pastwę losu i pożarcie ludziom. Czy ja właśnie powiedziałam w moich myślach, że Dylan mnie zostawił nie zważając na to wszystko? Co się ze mną dzieje? Chyba już w tym momencie spędzałam za dużo czasu z tym chłopakiem obok mnie, który teraz leżał taki spokojniutki, że aż słodziutki. Wydawało się to praktycznie niemożliwe, że taka energiczna, pełna życia i znajdująca się w ciągłym ruchu osoba, mogła tak spokojnie spać. Nawet usta miał zamknięte, więc właściwie nie wydawał z siebie żadnego dźwięku. Wyglądał niczym kamienna figura, zresztą spod bardzo dobrego dłuta. Jego usta, wyraźne kości policzkowe, harmonijne ciało tworzyły piękną istotę. Najdelikatniej jak potrafiłam przysunęłam się do niego i okryłam kocem, który musiał mi dać wcześniej. Nie było opcji, żebym  wtedy szyła z tego pokoju, ponieważ za bardzo się bałam. Z tego powodu właśnie pomyślałam, że warto chociaż podzielić się z nim kocem. Wtuliłam się w jego ciepły bok, a on poruszył się, mamrocząc coś pod nosem.
- Ciii, wszystko dobrze, śpij – pogładziłam go dłonią po torsie, on mruknął tylko coś, co chyba oznaczało ”mhm” i ponownie odpłynął w krainę snu.

Rano obudziły mnie głosy zza drzwi, trochę przytłumione, jednak na tyle głośne, że wybrnęłam z mojego jak zwykle płytkiego snu. Przeciągnęłam się, usiadłszy na łóżku. Sięgnęłam po telefon chłopaka, ponieważ tylko jego zauważyłam i sprawdziłam godzinę. Było dosyć późno jak na godzinę, kiedy wstaję na zajęcia, jednak tragedii nie było. Odłożyłam urządzenie, po czym przetarłam oczy i wstałam. Wyrwałam z tyłu mojego zeszytu kartkę i napisałam na niej krótką wiadomość, że poszłam do siebie, mam jego bluzę i buty oraz, że wrócę. Wtedy zebrałam moje książki i skierowałam się do wyjścia. Za drzwiami, ktoś czekał i prawie uderzyłam tę osobę drzwiami. Przed moimi oczami stanął jedyny i niepowtarzalny Harry. Spojrzał kilkakrotnie to na mnie, to na drzwi, sprawdził również kilka razy numer, jaki widniał na drzwiach, a ja czekałam cichutko jak owieczka aż coś powie.
- Nie spodziewałem się dzisiaj i tutaj takiego widoku – przyznał widocznie zdziwiony, jak nie zszokowany. Zaśmiałam się cicho, żeby nie zwrócić na siebie uwagi innych, szczególnie w tym miejscu.
- Ja ciebie też się tutaj nie spodziewałam, więc jesteśmy kwita – poklepałam go po ramieniu, po czym się odwróciłam i zaczęłam iść do siebie. – A i miłego dnia Harry!
- Miłego Daisy…
W podskokach wróciłam do siebie. Musiałam przyznać, że byłam dziwnie wyspana. Wygodne łóżko miał ten Zain. Tutaj wkrada nam się słynne przysłowie, że zawsze lepiej jest tam, gdzie nas nie ma. Może i była to prawda, jednak w tamtym momencie nie skupiałam się nad tym na tyle, żeby się nad tym głębiej zastanowić, a nie daj Boże dojść jeszcze do jakichś wniosków. Szybciutko wybrałam sobie świeże ubrania, a przed jego założeniem wskoczyłam pod prysznic, przerażona tym, że usnęłam wczoraj przed wzięciem go, co było dla mnie nieco ohydne. Musiałam to złożyć na konto zmęczenia, jednak nadal nie mogłam uwierzyć w to, że to zrobiłam. Niedługo po uporządkowaniu swojego ciała i ogólnie rzecz biorąc wyglądu, ponownie opuściłam mój pokój, ponownie kierując się do miejsca, gdzie spędziłam noc, jakkolwiek źle by to nie brzmiało. Zapukałam tam, jednak odpowiedziała mi cisza. Zrobiłam to ponownie, zarabiając kilka nieprzychylnych spojrzeń na korytarzu, jednak ja w odpowiedzi wlepiłam wzrok w liczbę wiszącą na drzwiach. Zapukałam ponownie i otworzył mi Harry.
- Ty… - przymrużyłam oczy.
- Ja… - mruknął niepewnie.
- Ty…
- Ja…
- Ty?
- Cóż... Ktoś musiał go obudzić i ciesz się, że to nie byłaś ty. Zapraszam – wpuścił mnie do środka. Skłoniłam mu się w przejściu i zachichotałam. Podeszłam do szafy, gdzie odwiesiłam pożyczony wczoraj sweter.  Po tym podeszłam do łóżka, które było już puste i usiadłam na nim. Zapadła na sekundę cisza, podczas której usłyszałam dźwięk prysznica z łazienki. – A te śliczniutkie buciki na twoich stópkach? – stojący przede mną chłopak uniósł brew. Zrobiłam smutną minę.
- Śliczniutkie są.
- Ja wiem – pokiwał głową.
- Za śliczniutkie, żeby oddać – westchnęłam, a on się uśmiechnął pod nosem.
- Tak się jednej malutkiej istotce spodobały? – zachichotał.
- Nie tylko buciki się tak bardzo spodobały… Zdecydowanie nie tylko buciki, jednak malutka istotka wie, że nie wszystko może zatrzymać i część musi koniecznie oddać.
- O mój Boże… Boję się pytać, co się tutaj wczoraj stało – pokręcił głową.
- Chcesz ze szczegółami czy bez? – zapytałam ledwo powstrzymując śmiech.
- Bez…
- Myślę, że ty byłbyś lepszy – przerwałam mu, a wtedy przez drzwi do łazienki wparował do pokoju Zain, z ręcznikiem zawieszonym wokół bioder.
- No chyba się przesłyszałem! – krzyknął, a ja wybuchnę łam niekontrolowanym śmiechem.
- Mimo wszystko cieszę się, że zdecydowałeś się na wyjście z ręcznikiem – odparł Harry, a wtedy Zain dołączył do mnie w śmiechu.
- Nie no wypaczamy tego biednego chłopaka – westchnął w końcu Zain.
- Racja – pokiwałam głową. – Więc bez szczegółów to będzie wyglądało tak, że uczyliśmy się, ponieważ dzisiaj mam pisać pewien egzamin, a później mimo starań Zaina w postaci zrobienia mi kawy, usnęłam.
- A ja nie chciałem jej budzić, więc spała tutaj – dodał brunet, a ja potwierdziłam kiwnięciem.
- Ubieraj się i idziemy jeść! Jestem głodna, a to mój wielki dzień, muszę się najeść! – zerwałam się z miejsca po chwili delikatnie skacząc w miejscu i klaszcząc w dłonie.

Zain?
Przepraszam, jednak teraz mogą być nieco krótsze opowiadania, rozumiesz...

niedziela, 24 czerwca 2018

Od Felicity do Zaina

W tamtej chwili mina Emerson mogłaby wygrać konkurs na najgłupszy wyraz twarzy na świecie. Jej idealnie wyregulowane brwi były wysoko uniesione, usta rozchylone, a zmarszczki na czole ułożyły się w coś na kształt fal sygnałowych sieci bezprzewodowej. Ubrana była w swój klasyczny strój do jazdy, na który składały się: pożyczony kiedyś ode mnie golf w kolorze butelkowej zieleni, czarne bryczesy i sztyblety tegoż koloru. Włosy zdążyła spiąć w luźny koński ogon, by nie niesforne kosmyki nie wymykały jej się spod toczka.
Przez długą, zdecydowanie za bardzo przedłużającą się chwilę skakała spojrzeniem między mną i Zainem, jakby nie do końca wierzyła, że potrafimy stać w tak niewielkiej odległości i jeszcze się nawzajem nie pozabijać.
- Cześć - rzuciłam tylko, kiedy znudziło mnie oczekiwanie na jakąkolwiek bardziej konkretną reakcję ze strony przyjaciółki. Wyminąwszy zgrabnie Zaina i Emerson, wślizgnęłam się do pokoju dziewczyny, by, olewając fakt, że szatynka nie zaprosiła nas do środka oraz ten, że za kilkanaście minut zaczyna trening, jak gdyby nigdy nic rozsiadłam się na jej ogromnym łóżku i zaczęłam rozkładać na nim swoje zeszyty.
- Co ona wyprawia? - nie musiałam się oglądać, by doskonale wiedzieć, że Emerson wpatrywała się całą tę scenę z wymalowaną na twarzy mieszanką rozdrażnienia i zaskoczenia, a Zain najpewniej wzdychał głośno w duchu, wznosząc oczy ku górze. Kątek oka udało mi się dostrzec, jak Malik wzrusza ramionami w odpowiedzi na pytanie Emerson i po pewnym czasie opiera się plecami o ścianę znajdującą się naprzeciw łóżka.
- Felicity Stufts, jeśli przez ten cały czas nie zauważyłaś, że w tej szkole odbywają się obowiązkowe treningi jeździeckie, to właśnie cię o tym uświadamiam. Mam zaraz zajęcia, na które zamierzam pójść - obeszła łóżko, by znaleźć się obok niedużego pomalowanego na biały kolor drewnianego biurka i podskoczyła lekko, by niezdarnie się na nie wdrapać. W ten sposób znalazła się naprzeciwko mnie i teraz znacznie trudniejszą sprawą stało się unikanie jej wzroku i udawanie, jakby jej gadanie zwyczajnie mnie nie obchodziło.
- Przecież cię tu nie trzymam. Chcę po prostu uzupełnić notatki, bo ktoś... - specjalnie położyłam większy nacisk na to słowo, wykonując nieznaczny ruch głową w stronę Zaina. Moja twarz wykrzywiła się wtedy też w wyraźnym grymasie, doskonale obrazującym moje odczucia względem Malika, przez którego musiałam spędzić praktycznie cały dzień w pokoju. Fakt, po długiej drzemce poczułam się znacznie lepiej, ale nadal irytowało mnie to, że chłopak zachowuje się tak, jakby wiedział wszystko najlepiej i kompletnie ignoruje to, co mam do powiedzenia. Chociaż nie, nie ignoruje. Robi z nimi to, co często piłkarze z wodą podczas krótkiej przerwy w meczu. Bierze jej trochę do ust i następnie wypluwa. - zgłosił moje domniemane złe samopoczucie nauczycielowi.
Zanim Zain zdążył dodać coś od siebie, odezwała się Emerson:
- Sama miałam zamiar to zgłosić. Wyglądałaś jakbyś zaraz miała wkroczyć do tunelu ze światełkiem na końcu - prychnęła na zakończenie, by dać upust swojej rosnącej irytacji i podkreślić kończące się w niej, dotąd niewyczerpalne, pokłady cierpliwości. Przewróciłam w duchu oczami. - Mogłabyś okazać Zainowi trochę wdzięczności za to, że przejął się twoim zdrowiem.
To zdanie momentalnie sprawiło, że prędzej niż zrobiłby to Flash, uniosłam spojrzenie znad pustych kartek swoich zeszytów i wbiłam podejrzliwe spojrzenie w twarz przyjaciółki.
- Wiedziałam, że się zmówiliście przeciwko mnie. Nienawidzę was - mruknęłam pod nosem, jednak tak, by oboje usłyszeli, co właśnie powiedziałam.
- Och, przestań, City - sapnęła, jednak po tym na jej twarz szybko wrócił delikatny, jak zwykle życzliwy uśmiech. Wiedziałam już, że odpuści i pozwoli mi na spędzenie czasu w swoim pokoju pod jej nieobecność. - Naprawdę muszę iść już na zajęcia, więc skoro już musisz, zostań tu i uzupełnij swoje braki. Tylko postaraj się nie narobić bałaganu.
Tym razem przewróciłam oczami, nawet nie próbując tego powstrzymywać.
Zanim Emerson wyszła na korytarz, zatrzymała się jeszcze na moment przy nadal pół stojącym, pół leżącym na ścianie Zainie, przekazując mu coś przyciszonym głosem. Moja mina zrzedła jeszcze bardziej, kiedy ten z lekkim uśmiechem skinął, jakby potwierdzał słowa Em albo się na coś zgadzał.
W tej szkole nie można już nikomu ufać.
Kiedy za dziewczyną zamknęły się drzwi, Malik nieśpiesznie ruszył w kierunku wolnego miejsca na łóżku Emerson i nim zdążyłam przesunąć na nie resztę swoich zeszytów, wygodnie się tam usadowił. A przynajmniej to mówiła jego zadowolona mina.
- Potrzebujesz pomocy? - uniosłam jedną brew ku górze w reakcji na pytanie Zaina i spojrzałam na niego z lekkim zaskoczeniem, jakbym nie do końca wierzyła, że z własnej woli zaoferował wsparcie.
- Nie, dzięki. Nie mam zamiaru ślęczeć później nad tym godzinami, żeby odczytać choć jedno zdanie.
- Moje pismo nie jest najgorsze - zaoponował, sięgając po mój zeszyt i zaczynając go niedbale przeglądać. Ledwo powstrzymałam się przed wyrwaniem mu go z rąk.
- Może i nie, ale i tak wolę zrobić to sama - posłałam mu krótki, wymuszony uśmiech i wróciłam do przepisywania notatek z dzisiejszej lekcji matematyki, w której początkowej części udało mi się jeszcze uczestniczyć. Bez większego zaskoczenia spoglądałam na praktycznie niemożliwe do zrozumienia zdania oraz kompletnie poprzekręcane ciągi liczb, z których znaczna część układała się w falowany szlaczek, uciekając z odpowiednich kratek. Westchnęłam pod nosem, zabierając się za zmazywanie tuszu długopisu i zniechęcona zaczęłam powoli oraz dokładnie przepisywać treść z zeszytu Emerson, który, na szczęście, dziewczyna prowadziła bardzo starannie, notując wskazówki nauczyciela na marginesie.
Kiedy udało mi się nadrobić zaległości z języka angielskiego, odezwałam się do - co wydało mi się praktycznie niemożliwe - milczącego dotąd Zaina.
- Zamówiłabym coś do jedzenia - oświadczyłam głośno, podciągając zgięte w kolanach nogi pod brodę i lekko trącając rękę chłopaka stopą. Jednak nim zdążył jakkolwiek na to zareagować, szybko przesunęłam się na skraj łóżka, by łatwiej mi było z niego wstać. Co zresztą zrobiłam dość niezgrabnie, zrzucając na podłogę kilka spośród swoich zeszytów. - Zresztą, co tam, zabieram cię na najlepszą pizzę w Anglii.
Malik poruszył się nieznacznie, podnosząc się do pozycji siedzącej i spojrzał na mnie sceptycznie, jakby nie do końca wierzył, że robię to bez ukrytego zamiaru - na przykład porzucenia go gdzieś w środku lasu na totalnym wypierdku.
- Jeszcze niedawno byłaś skłonna wyrzucić mnie przez okno, byleby się mnie pozbyć, a teraz zapraszasz mnie na pizzę? To się nazywa rozdwojenie jaźni.
Przewróciłam oczami.
- Prędzej niestabilność emocjonalna, panie ekspert - rzuciłam chwilę po tym, jak otworzyłam szafę Emerson i zajęłam się jej przeglądaniem w poszukiwaniu kurtki dżinsowej, chcąc zaoszczędzić trochę czasu. Szybkim ruchem ściągnęłam jedną z wieszaka i założywszy ją na siebie, obróciłam się twarzą do Zaina. - Jestem niemal stuprocentowo pewna, że nie masz nic ciekawszego do roboty. Poza tym, nie skusisz się na gorące ciasto, ciągnący się ser i pyszne dodatki?
Przez chwilę jedynie mierzyliśmy się spojrzeniami w totalnej ciszy, niezmąconej żadnym, nawet najcichszym dźwiękiem. Dopiero po pewnym czasie Malik westchnął ciężko, jakby chciał pokazać, że zgodą wyświadcza mi ogromną przysługę i zgrabnie zsunął się z łóżka Emerson.
- Okej, idźmy zanim zmienisz zdanie i jednak mnie gdzieś zostawisz.
Klasnęłam w dłonie, lekko podskakując na palcach, chcąc pokazać, że jestem zadowolona z jego decyzji, jednak w późniejszym rozrachunku uznałam, że reakcja ta wyszła mi trochę zbyt entuzjastycznie. Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Szlag by to.
- Ja prowadzę - zaznaczyłam jeszcze zanim zamknęłam za nami drzwi pokoju Kincaid, zerkając ukradkiem na twarz Zaina w oczekiwaniu na jego reakcję. Spodziewałam się cichego prychnięcia albo westchnięcia, jednak chłopak jedynie krótko i niezbyt głośno się roześmiał.
- Sporty ekstremalne są w porządku, o ile się z nimi nie przesadza, City - odparł i nieznacznie przyspieszył, nie dając mi okazji do wykłócania się. Przewróciłam więc oczami i również ruszyłam szybciej.
Na zewnątrz było całkiem ciepło, zdecydowanie cieplej niż przypuszczałam. Co prawda wiejący od kilku dni wiatr nadal się utrzymywał, ale widocznie stracił na intensywności i z mocnego powiewu zmienił się w delikatną bryzę.
Ruszyłam za Zainem w stronę jego samochodu, chwilę później wsiadając do niego ostrożnie i rozglądając się po wnętrzu pojazdu, które okazało się zaskakująco czyste. W moim samochodzie walały się dziesiątki pudełek po płytach, opakowania z gumą do żucia, notatki i drobne pieniądze, które często wypadały mi z portfela. W Audi Malika panował perfekcyjny porządek, co sprawiało, że auto jeszcze bardziej wyglądało, jakby właśnie wyjechało z salonu.
- Mogę coś włączyć? - rzuciłam, jakby od niechcenia, kiedy wyjechaliśmy z terenów akademii, zostawiając za sobą budynki stajenne i ogromne tereny pastwisk.
- Pytasz o zgodę? - uniósł brwi ku górze w wyrazie zaskoczenia, ale kiedy odpowiedziało mu moje uparte milczenie, kiwnął głową. Szybko podłączyłam telefon do radia samochodu i włączyłam wybrany utwór. Jeszcze w tym samym momencie po samochodzie rozeszły się pierwsze dźwięki 'Valerie'. - Amy Winehouse?
Nie mogłam nic poradzić na fakt, że kąciki moich ust momentalnie uniosły się ku górze.
- Jestem pod wrażeniem. Emerson od razu kazała mi to wyłączyć, a sama wybrała Arianę Grande. Nie żebym miała coś przeciwko niej, ale sam rozumiesz - jeszcze chwila i moje tłumaczenia zaczęłyby się plątać jak makaron od spaghetti, ale na szczęście w porę ugryzłam się w język.
Po krótkiej chwili ciszy Malik odezwał się ponownie:
- Więc... dokąd jedziemy?
Utwór zmienił się na 'Halo' w wykonaniu Beyonce.
- Do mojego miejsca pracy - odpowiedziałam, a kiedy ten spojrzał na mnie sceptycznie, szybko dodałam. - Zapewniam cię, że nigdzie w Anglii nie zjesz lepszej pizzy niż tam.
- Dlaczego tam pracujesz? - spytał po jakimś czasie. - Dlaczego w ogóle pracujesz?
Wzruszyłam ramionami.
- Lubię myśl, że jestem niezależna od rodziców. Jestem pewna, że w razie potrzeby dostałabym od nich pieniądze, ale podoba mi się to, że nie muszę ich o nic prosić - uśmiechnęłam się nieznacznie, przechylając lekko głowę i spoglądając z nieukrywaną ciekawością na Zaina, kiedy pytanie cisnęło mi się na usta. - Przez sojusz z Emerson wiesz o mnie zdecydowanie więcej niż ja o tobie. Więc, panie Malik, co może mi pan o sobie opowiedzieć w ramach rekompensaty?

Zain?

Od Isabelle cd. Harry'ego

Skrzywiłam się na hałas, który wyrwał mnie ze snu. Miałam wrażenie, że powinnam wstać, ale nie dałam rady nawet poruszyć ręką ponownie, a już nie mówiąc o podnoszeniu się z łóżka. Chciałam położyć się spać, nie zważając na słońce, które musiało już od dawna budzić świat do życia.
Nie mogłam zasnąć tej nocy i choć było mi tak przyjemnie, jak nigdy dotąd, to kręciłam się niesamowicie, co pewnie Harry zauważył. 
- Muszę iść do brata - stęknęłam cicho pod nosem, ale nie byłam w stanie nawet otworzyć oczu. Znów czułam się cała ociężała, tak jakbym nosiła poprzedniego dnia nie wiadomo jak ogromne rzeczy. O próbie podniesienia się nawet nie było mowy, dlatego od razu jak tylko powiedziałam sobie stanowczo, że wstanę, od razu ponownie zasnęłam. Nawet nie starałam się usłyszeć odpowiedzi chłopaka.
~*~
Najpierw usłyszałam głuche uderzenie o szafkę stojącą tuż obok łóżka, a zaraz potem poczułam jak po mojej ręce roznosi się tępy ból. Syknęłam pod nosem, podkurczając ją i masując drugą obolałe miejsce. Głupia szafka. Nie dość, że wyrwała mnie ze snu, to jeszcze go przerwała. Przewróciłam się na drugi bok, zagłębiając twarz w poduszce. Słońce. To znaczy, że jest już jasno. A wnioskując po intensywności przedostającego się przez okno światła, powiedziałabym, że bardzo jasno. Pokój wyglądał całkowicie inaczej niż wieczorem. Nie były to luksusy, ale nie był też najgorszy. Najważniejsze, że zadbany, bo nie wiem co bym zrobiła, uświadamiając sobie rano, gdzie śpię. Pewnie wysprzątałabym tu wszystko przed ostatecznym wyjściem.
Było zadziwiająco cicho. Żadnych warkotów silnika, głosów ludzkich, innych wskazujących na obecność cywilizacji dźwięków. W pokoju tak samo.
Podniosłam się, choć przyszło mi to z trudem. Przetarłam twarz rękoma, zaczesując opadające włosy do tyłu i uderzyłam rękami o pościel. Nadal z lekka nieprzytomnym spojrzeniem rozejrzałam się po pokoju, nie rejestrując żadnej oznaki życia. Byłam tylko ja.
Gdzie podział się Harry?
Odrzuciłam kołdrę na bok i postawiłam bose stopy na zimną podłogę. Przeszłam przez pokój powolnym krokiem, dopiero później zauważając stół, a na nim pozostawione dla mnie śniadanie. Uśmiechnęłam się do siebie. To miłe z jego strony. Kochany jest.
Tuż obok leżały ubrania. Więc pomyślał o wszystkim. W sumie racja, moje wczorajsze nadawały się jedynie do pralki, o ile zaschłą krew można sprać. Zamierzałam wziąć prysznic. Długi i kojący. Taki, który udowodni mi, że prysznice potrafią być jeszcze przyjemne. Ten w domu ojca nie był za ciekawy tylko ze względów, że po prostu należał do Edwarda. Już sam mój pobyt w łazience był dla mnie mało komfortowy, jak zresztą każda chwila w tym domu.
Potrząsnęłam głową, starając się nie myśleć o wszystkim tym co zaszło. Choć trudno było odpędzić mi się od myśli biegnących w stronę mojego brata. Nadal nie wiedziałam co z nim jest. Jeśli dzisiaj pójdę do szpitala, to będę wymagać tego, aby powiedzieli mi w końcu coś konkretnego, a nie, że muszę czekać. Cholera, jestem jego siostrą. W dodatku bliźniaczką. Lekarz powinien akurat mieć pojęcie co teraz przeżywam.
Zabrałam pozostawione rzeczy, przyznając Harry'emu to, że wiedział jakie ubrania przypadną mi do gustu. Trudno się dziwić skoro przez większość swojej kariery ma dobierane ubrania dzięki stylistom. Jakieś pojęcie zawsze jest.
Zamknęłam za sobą drzwi, upewniając się, że klucz działa i drzwi są na pewno zamknięte. Zdjęłam ubrania z siebie i włączyłam wodę zanim jeszcze weszłam pod ciepły strumień. Przez chwilę relaksowałam się szumem spływającej wody, by po chwili zanurzyć rękę, a potem wejść całą. Woda przyjemnie spływała po moim ciele tworząc stróżki. To było to, czego również mi brakowało. Tego relaksu i chwilowego wyłączenia. Zapach kokosowego szamponu rozniósł się po kabinie, gdy myłam włosy.
Po przyjemnej chwili, ubrałam się, wycierając włosy w ręcznik, który ostatecznie zwinęłam na swojej głowie w turban. Otworzyłam drzwi, gasząc po sobie światło i skierowałam się w stronę małej kuchni. I pewnie bez problemu bym tam weszła, gdyby mojej uwagi nie przyciągnęła leżąca kurtka na podłodze. I zdecydowanie nie należała do Harry'ego. Po pierwsze, nie ten gust, po drugie, nawet na jego bałaganiarstwo, pozostawienie akurat kurtki na podłodze nie jest w jego zwyczaju. Cichy chichot dobiegający z kuchni tylko mnie utwierdził w tym, że na pewno to nie Harry. A trzeba było zamknąć jeszcze drzwi wejściowe.
Nie należę do kobiet, które pierwsze co, to chwytają za telefon i dzwonią po ratunek. Zabrałam z półki książkę i niemalże skradając się do kuchni, zamierzałam sprawdzić, kto śmie bezceremonialnie w niej przebywać. Dźwięk uderzających butów o podłogę się zbliżał, więc stanęłam za ścianą, gotowa na ewentualny atak i obezwładnienie włamywacza. Już unosiłam książkę do góry, gdy w ostatnim momencie rozpoznałam blond czuprynę.
- Jezus Maria! - krzyknął blondyn i odsunął się jak poparzony aż pod samą ścianę, opierając rękę na piersi. Wypuściłam głośno powietrze, zamykając oczy. Przeklęłam w myśli i spiorunowałam chłopaka spojrzeniem - Przez chwilę myślałem, że chcesz mnie zabić.
- Nadal nie jestem pewna, czy na pewno tego nie zrobię. Niall, co ty tu tak właściwie robisz? - zapytałam, wywracając oczami. Chłopak podniósł na mnie nie mniej zaskoczone spojrzenie, tylko z taką różnicą, że już po chwili szczerzył się do mnie szerokim uśmiechem, ze smakiem wcinając moje śniadanie, które trzymał w ręce. Jedynie kawa leżała nietknięta, a przynajmniej mam taką nadzieję.
- Słyszałem historię o wazonie, ale nie myślałem, że faktycznie jesteś zdolna do ataku, patrząc na twoją kruchą sylwetkę - zmrużył brwi, patrząc z jeszcze większym zaskoczeniem i niepokojem na moją rękę. 
- Rozumiem, że mam to odebrać jako komplement? - odłożyłam książkę na stolik - Wiesz... mając pięciu braci, z czego dwóch starszych, Nate'a, który nie pozwala się zbliżyć nikomu w swoim towarzystwie do mnie nie więcej niż na dwa metry, Gabriela, który samą swoją paplaniną odgania potencjalnych kandydatów i ojczyma fanatyka na punkcie przeróżnych walk, raczej nie powinieneś się dziwić, że jestem zdolna do samoobrony - zabrałam swoją kawę zanim chłopak zdąży i to opróżnić w ułamku sekundy świetlnej - Wspominałam, że przez jakiś czas chodziłam na sztuki walki? Nie? W takim razie, chodziłam na sztuki walki. Bezbronna jestem tylko wtedy, gdy maluję paznokcie. Gdzie Harry? - Niall wzruszył ramionami, a ten gest wydał mi się ewidentnie bardzo nieszczery. Zmierzyłam go spojrzeniem godnym złego policjanta na przesłuchaniu. Blondyn uniósł ręce do góry w obronie, tylko czekając aż rzucę przed nim teczkę z dowodami.
- Naprawdę nie wiem. Nie chodzę za nim krok w krok jak bodygard. Pewnie poszedł coś załatwić, za chwilę wróci - stanął w przejściu do kuchni i zmierzył mnie spojrzeniem. Zabrałam pozostawiona część mojego śniadania i minęłam go w przejściu, idąc w kierunku łóżka. Tam zamierzałam w spokoju zjeść i poczekać aż wyschną mi włosy.
- Nadal nie wyjaśniłeś mi swój niespodziewany pobyt - rzuciłam, biorąc porządny łyk kawy, która miałam nadzieję, że mnie rozbudzi do końca - Myślałam, że siedzisz z Charlie, a nie balujesz w Anglii - uniosłam podejrzliwie wzrok, na który chłopak odpowiedział przewróceniem oczami. Rozejrzał się po pokoju i przystąpił do wyjaśnień.
- Pomagałem Harry'emu. W końcu chyba mam prawo jako pełnoprawny przyjaciel? Robiłem to, co do mnie należało. A o Charlie się nie martw. Wie, że jestem w Anglii. Właściwie to... też miałem cię zapytać gdzie jest Hazza - usiadł niedaleko łóżka. Uniosłam brew, nie do końca mu wierząc. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się to wszystko dziwnie podejrzane. Nie to, że wspierał mojego chłopaka, gdy mnie nie było, ale to, że również nie wiedział gdzie on jest.
- Najpierw sprzątnij swoją kurtkę z podłogi. Strasznie nie lubię jak wszędzie walają się ubrania. Po drugie... i w tym celu wtargnąłeś do naszego pokoju jak do siebie? - Niall spojrzał na leżącą kurtkę, jednak bardziej zainteresowała go druga część zdania, więc najwyraźniej zignorował moje polecenie.
- Pukałem - zauważył, wyraźnie zadowolony z siebie, że miał takie alibi.
- To nie uprawnia ciebie do wejścia - znów przewrócił oczami, jakbym to tylko ja widziała w tym wielki problem.
- Czekałem, ale nikt nie odpowiadał. Harry chciał żebym zaczekał na niego tutaj, więc czekałem. W końcu myślałem, że pojechaliście razem do szpitala, więc zebrałem się do wyjścia i nagle mnie zaatakowałaś. Właściwie, to jestem umówiony na mieście o dziesiątej, więc trochę mi się spieszy, ale obiecałem, że na niego poczekam, więc czekam, a powinienem właściwie już wychodzić...
- Jak to o dziesiątej? - przerwałam mu. Posłał mi zdziwione spojrzenie, jakbym zerwała się z choinki. Mierzyliśmy się pytającymi spojrzeniami przez chwilę - To która jest godzina?
- Jak to która? W pół do - odpowiedział chyba zaskoczony, że nie wiem. Naprawdę jest tak późno? I ja tego nie zauważyłam? Powinnam być dawno w szpitalu!
Zerwałam się z łóżka, dopijając w mgnieniu oka kawę i zakładając na siebie bluzę.
- Ej! A ty dokąd?
- Ty wiesz która godzina? Miałam wstać o wiele wcześniej, a jest już prawie południe - rzuciłam pospiesznie, stając przed lustrem i związując mokre włosy. Całe szczęście, że zdążyłam je rozczesać.
- Południe!? Issy, południe będzie za dwie godziny! - mówił tak, jakby nie potrafił zrozumieć mojego postępowania. Ale to mój brat leżał w szpitalu, a nie jego. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je, nawet nie patrząc. Wychodząc, uderzyłam o coś z impetem i aż się odbiłam. Gdyby nie silne ramię, które mnie przyciągnęło, pewnie leżałabym na ziemi.
- A ty gdzie się tak spieszysz? - roztargniona uniosłam głowę, napotykając spojrzenie zielonych oczu i cudowny uśmiech Harry'ego.
- O! Dobrze, że jesteś. Twoja dziewczyna nie dość, że chciała mnie zabić, to jeszcze twierdzi, że zaspała - Niall wstał z miejsca i wymachiwał rękoma na boki. Spojrzałam na niego przelotnie by zaraz potem znów przerzucić wzrok na Harry'ego.
- Gdzie byłeś? - zapytałam, delikatnie odsuwając się od niego. Naprawdę byłam ciekawa gdzie był, szczególnie o tej godzinie.
- Pewnie poszedł do kochanki - jakby spojrzenie umiało zabijać, to Niall pewnie już dawno leżałby trupem na podłodze. Chłopak widząc moją minę tylko głośno się zaśmiał - No żartuję przecież, Issy - Harry rzucił mu wymowne spojrzenie, choć widziałam, że go to rozbawiło. Mi do śmiechu nie było.
- Już ci mówię - ostrożnie wepchnął mnie do środka pokoju, zamykając za sobą drzwi. Przez cały czas obejmował mnie w talii - Byłem w szpitalu, dowiedzieć się czegoś. Nie obudziłem cię, bo byłaś tak zmęczona, że pomimo chęci wstania, od razu zasnęłaś. Od paru dni pewnie nie spałaś wcale, więc należy ci się odpoczynek, choć strasznie w nocy się kręciłaś - otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale on pokręcił głową i nie dał mi dojść do słowa, zasłaniając mi je dłonią - Wiem, że chcesz teraz iść do szpitala, a wręcz biec tam na złamanie karku, ale ci nie pozwolę. Nate jest na OIOM'ie pod stałą obserwacją, nie wiedzą kiedy się wybudzi, będą obserwować jego stan. Operacje prawdopodobnie się udały. Wiem to wszystko, bo nadal myślą, że jestem jego szwagrem. Twój ojciec... znaczy Rick dzwonił do mnie, bo ty nie odbierałaś. Właśnie jest w drodze do Anglii, ponieważ prosiła go o to twoja mama. Ona sama nie może lecieć, ale o tym pewnie wiesz. Będzie tu za parę godzin. Na razie usiądź i nie stresuj się niepotrzebnie - odgarnął mi włosy z twarzy i uśmiechnął się. Byłam zaskoczona, że załatwił tyle rzeczy i szczerze zamurowało mnie. Nawet się nie odezwałam, tylko pokiwałam głową i spuściłam spojrzenie. Sięgnęłam z kieszeni telefon, aby sprawdzić, czy faktycznie Richard do mnie dzwonił. Dzwonił i to nie jeden raz. A najlepsze jest to, że dzwoniła również mama. 
- Dobrze, więc... kiedy będzie można mi wyjść z pokoju? - zapytałam, unosząc brwi z dumną postawą. Harry uśmiechnął się rozbawiony, spoglądając na Nialla.
- Za chwilę - odpowiedział i pocałował mnie w policzek. Moje kąciki ust delikatnie się uniosły, ale ostatecznie nie zamierzałam go namawiać. Skoro tak, to dokończę moje śniadanie. Pochyliłam się i sięgnęłam leżącą kurtkę Nialla i rzuciłam nią w stronę wyszczerzonego chłopaka. Złapał w ostatnim momencie, choć i tak oberwał. Zachichotałam pod nosem, ściągając buty i gramoląc się z powrotem na łóżko.
- Mam jeszcze jedno pytanie - uniosłam palec do góry, gryząc szybko śniadanie - Co ON tu robi? - wskazałam na blondyna, który zrobił niewinną minę.

Harryś?

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Zaina cd. Daisy

Nie zwracałem uwagi na Daisy rozglądającą się nerwowo po pomieszczeniu. Ja nie odczuwałem żadnego stresu z powodu możliwego przyłapania na bezczelnym wkradnięciu się do szkolnej kuchni i zabierania sobie bez pytania nie swojej kawy. Ale pójście do sklepu było jeszcze bardziej kosmicznym pomysłem niż wędrówka po korytarzach akademii w nocy. Chociaż...?
Dlatego też nie wzruszyło mnie, gdy najpierw poczułem niepewnie przesuwające się po moim ciele dłonie dziewczyny, a potem niemal całą jej sylwetkę, gdy przylgnęła do moich pleców.
Z czystego zadowolenia, pozwoliłem aby moje usta wykrzywiły się w uśmiech. Nie wiem co sprawiało, że za każdym razem tak bardzo podoba mi się, gdy ktoś przyznaje mi tytuł jedynego, przenośnego i niezawodnego grzejnika.
To było przyjemne uczucie, nie mogłem temu zaprzeczyć. Czułem przepływające pomiędzy nami ciepło i skupiałem się na tym, podczas gdy powinienem starać się nie wylać robionej kawy. Po cichu odstawiłem wszystko na bok i najdelikatniej jak potrafiłem, oparłem ręce o blat i przeniosłem na nie niemal cały ciężar ciała. Daisy nic nie poczuła, a przyjemny zapach kawy powoli zaczął rozpływać się w powietrzu. Trwaliśmy tak w niezmąconej ciszy, będąc spokojnymi, że to właśnie ona podpowiada, że nie musimy się niczego obawiać. A mimo to, coś niepokojącego w środku szeptało po cichu.
- Tylko mi nie zaśnij - spojrzałem przez ramię, ledwie widząc przytuloną dziewczynę. Nie ułatwiała też spowijająca nas ciemność. Uniosła głowę i zapewne ledwie widząc mój uśmiech, odsunęła się. Mogę się założyć, że w tym samym momencie się delikatnie zarumieniła. Odwróciłem się do niej, trzymając w dłoni jej kawę. Popatrzyła na nią z podziękowaniem i zabrała, owijając palcami kubek.
- Czy nikt się nie zorientuje, że brakuje kubków, które właściwie są dla personelu? - zapytała. Kiedy patrzyłem jej przelotnie w oczy, uświadomiłem sobie, że wcale nie chce abym potwierdził jej obaw. Cóż, pewnie rano kucharka zobaczy, że z ich służbowej kolekcji coś zniknęło, ale nie przejmą się tym zbytnio. Albo to dla mnie konsekwencje nie mają żądnego oddźwięku w tej sytuacji.
- Nie - powiedziałem z lekka lekceważącym tonem, doprawiając to wzruszeniem ramienia - Właściwie, to tylko kubki. Kto by się przejmował takimi pierdołami? - po raz kolejny zignorowałem wszystkie możliwe opcje, które niosły ze sobą zebranie odpowiedzialności za wszystko. Aby jednak zakończyć tą pełną obaw rozmowę, która wyraźnie zaznaczyła nam obojgu, że się od siebie bardzo różnimy, zaproponowałem jej kolejną rzecz - Chodź. Pokażę ci coś - odsunąłem się od blatu i bez namysłu chwyciłem jej dłoń w swoją, delikatnie ciągnąc za sobą. Nie stawiała oporu, wręcz wydawało mi się, że chętnie za mną idzie i wcale nie muszę jej trzymać. Dziwne, ale nie chciałem jej puszczać.
Przeszliśmy przez całą kuchnię, starając się nie narobić niepotrzebnego hałasu, który tylko zwabiłby niepotrzebnych gości i nas zdradził. A zależało nam na dyskrecji.
Zbliżaliśmy się do niewielkich drzwi, które prowadziły bezpośrednio na stołówkę. Dopiero przy nich poczułem jak dziewczyna zaczyna się wahać.
- Dokąd idziemy? - zapytała. Uśmiechnąłem się kątem ust i rzuciłem jej przelotne spojrzenie.
- Pokażę ci, że bycie w centrum nie jest takie złe - pomimo próby otworzenia jak najciszej drzwi, te zgrzytnęły ciężko, jakby były od lat nieruszane, a przecież codziennie przechodziły tędy kucharki i cały personel kuchni. Wstrzymaliśmy na chwilę oddech, nasłuchując czy ten dźwięk nie przykuł czyjeś uwagi, ale po niecałej minucie ciszy można było stwierdzić, że raczej nikt nie przejął się tym. Przedostaliśmy się na stołówkę. Dopiero wtedy puściłem dłoń Daisy i zamknąłem za nami drzwi. Najwyraźniej wycieczka do kuchni po kawę zaczyna nam się powoli wydłużać.
Dziewczyna zrobiła parę kroków do przodu pośród ciemności, która tutaj nie była już taka gęsta z powodu dużych okien, przez które padało światło księżyca, idealnie skierowanego w naszą stronę. Rozejrzałem się dookoła, wymijając z wolna swoją towarzyszkę. Wybrałem stolik, który stał na samym środku stołówki, a który był najrzadziej wybierany przez uczniów.
Ludzie mają coś takiego w sobie, że zawsze wolą być na uboczu. Odgrodzić się od zewnętrznego świata i zamknąć w swoich czterech ścianach. Tutaj było to najbardziej widoczne. Gdyby tak przyjść przed wszystkimi i przyglądać się, to nieważne jak dużo ludzi siedziałoby, i tak staraliby się wybrać najbardziej uboczne miejsce.
Usiadłem na blacie i spojrzałem na idącą zaraz za mną Daisy. Nadal rozglądała się niepewnie po całym tym dużym pomieszczeniu. Uniosłem kubek do ust, racząc się gorącym napojem z dodającą energii, wyczuwalną kofeiną. Nie spuszczałem z niej wzroku, badając jej reakcję.
- Nikogo nie ma - zapewniłem, odkładając na bok kubek, który cicho stuknął o stolik. Dziewczyna pokiwała głową, pochylając ją nad parującym napojem i oplatając jeszcze bardziej palcami nagrzaną porcelanę - Możemy się zrelaksować.
- Myślałam, że wrócimy do pokoju - uniosła oczy, które przez chwilę zaświeciły w świetle, które rzucał w tę noc księżyc, będąc zarazem winowajcą braku cisnącego się na ludzi snu.
- Nie masz w sobie za dużo z buntowniczki - posłałem jej uśmiech, na który odpowiedziała delikatnym rumieńcem. Spojrzała na zrobione przeze mnie miejsce obok i po chwili wahania, wsparła się na rękach i usiadła obok.
- Myślałam, że już to zauważyłeś - przejechała palcem po wzorzystym kształcie na kubku, mówiąc to w ten sposób jakby mi co najmniej to bardzo przeszkadzało. Nie wiem skąd te uprzedzenia, ani z jakiego powodu ma wrażenie, że swoją nieśmiałością przytłacza wszystkich wokół. Pewnie wygląda to dla mnie uroczo tylko z tego powodu, że ja sam nigdy taki nie byłem. Nie kryłem się pod wodospadem opadających na twarz włosów bądź w kącie, który ludzie omijają z ignorancją. Ale stwierdziłem dobitnie fakt, że to wygląda uroczo.
- To teraz możesz opowiadać, że nielegalnie wkradłaś się do kuchni, a potem do stołówki by pić ukradzioną kawę. Choć odradzam chwalenia się tym, ludzie gadają, a plotki szybko się roznoszą. Jeszcze wsadziliby cię do więzienia - popatrzyła na mnie swoimi dużymi, zielonymi oczami, nie do końca mając pewność czy tylko żartuję, czy na poważnie ma brać moje słowa.
- Przestań - trąciła mnie w ramię, ale na jej twarzy pojawił się momentalnie uśmiech. W przestrzeni rozniósł się mój śmiech, ukryty pod pretekstem chęci wzięcia kolejnej, małej porcji kawy - Mówiłeś, że nikt nas nie przyłapie. Ufam ci.
- Ufasz mi? - w ciszy, która między nami zapadła, można było usłyszeć wszystkie odgłosy z zewnątrz. Choć najbardziej słyszalnym dźwiękiem wokół nas był jedynie nasz oddech, nieprzerywany przez żaden niepokojący odgłos z korytarza. Patrzyliśmy na siebie w ciszy. Wykorzystując okazje oczekiwania na odpowiedź, przyglądałem jej się na tle dużych okien rozświetlanych białym światłem - Ludzie zazwyczaj mają do mnie ograniczone zaufanie. Właśnie ze względu na takie i inne pomysły.
- Więc, to nie jest twój najgłupszy pomysł? - skrzyżowała nogi w kostkach, a ja spuściłem głowę, cicho parskając pod nosem.
- To zdecydowanie mój normalny pomysł - wertując w głowie wszystkie, możliwie dobrze zapamiętane pomysły, ten faktycznie był dla mnie standardem - I patrz. Siedzisz na środku stołówki i nie czujesz się skrępowana - zauważyłem, kiwając głową z uznaniem.
- Zain - starała się o najcichszy śmiech jaki usłyszałem w swoim dwudziestotrzyletnim życiu - Ale tu nie ma nikogo - wskazała charakterystycznym ruchem otoczenie wokół niej - Nikogo, prócz ciebie - wzruszyłem ramionami.
Dopiłem swoją kawę do końca, odłożyłem kubek na bok i z głośnym westchnięciem, opadłem plecami całkowicie na blat.
- Wygodnie? - usłyszałem rozbawione pytanie dziewczyny, na które sam odpowiedziałem uśmiechem.
- Twardo... i ogólnie to strasznie niewygodnie, ale cicho - po moich słowach zapadła po raz kolejny cisza i trwała tak chyba przez pięć minut, nieprzerwana żadnymi dźwiękami, dopóki w dali nie dało się słyszeć odgłosu uderzających butów o podłogę - Chyba będziemy musieli się zbierać - otworzyłem oczy i spojrzałem w kierunku wyjścia ze stołówki. Daisy zdążyła dopić swoją kawę i z niepokojem odwróciła głowę w tę samą stronę co ja. Poderwałem się z miejsca i znowu chwyciłem ją za rękę. Jednak nie zamierzałem wracać drogą, którą tutaj przybyliśmy. Podeszliśmy szybko pod wielkie drzwi stołówki i wychodząc na korytarz, który już nie był niczym oświetlony, udaliśmy się szybko w stronę pokoju.
To było aż dziwne, że nikt nie skapnął się o naszej nocnej wędrówce, ale być może faktycznie udało się to zrobić niemalże niezauważalnie. Spojrzałem na trzymany w dłoni kubek, z którego niedawno piłem kawę, potem na jej, który natychmiast zabrałem i odłożyłem na biurko.
- Nie wierzę, że to się udało - powiedziałem to bardziej do siebie, ale natychmiast otrzymałem odpowiedź.
- Myślałam, że jesteś pewny braku zauważenia przez innych.
- To teraz już mogę się przed tobą przyznać, że przez krótką chwilę szukałem dobrego rozwiązania wyjścia z sytuacji, gdyby nas ktoś przyłapał - zaśmiała się, chowając twarz pod swoimi ciemnymi włosami. Rozłożyłem ręce na boki w geście, jakbym nie wiedział co ją tak bardzo rozbawiło. W sumie, to nie wiedziałem.
- Teraz będę wiedziała, żeby nie iść z tobą na nocne zwiedzanie - zajęła swoje miejsce na łóżku i gdy tylko zerknęła na leżące książki, na jej twarz wdarł się grymas niezadowolenia. Czyżby tak miło upłynął jej ten krótki czas, że wizja nauki wydawała się teraz istnym koszmarem? Ponownie uśmiechnąłem się pod nosem, chwytając telefon i kładąc się obok. Przyciągnąłem do siebie leżącą przed Daisy książkę.
Minęła kolejna godzina, ale o tej porze nawet kawa, którą wypiliśmy zbytnio nie pomogła. Znaczy... pomogła, ale na krótki czas. Słysząc z boku ciche ziewanie, aż nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu.
- Zarządzam zmianę w sposobie nauki. Ja czytam, a ty słuchasz - otworzyłem na stronie, którą starannie zaznaczyła kartką, a nawet podkreśliła początek zdania, na którym skończyła. Popatrzyła na mnie nieprzytomnym wzrokiem, przez tą godzinę już kilka razy proponowałem żeby skończyć, ale odmawiała mi to w taki sposób, że nawet nie pomyślałem o namawianiu jej dziesięciokrotnie. Tylko o połowę mniej. Pokiwała głową i ułożyła się wygodnie na łóżku. Wstałem, siadając na krześle. Choć nie było to moje wymarzone miejsce, ani nie trzymałem w ręce mojej wymarzonej książki, to po szybkim przetarciu oczu, zacząłem czytać tą nudnie sklejoną z przypadkowych słów treść tematu. Nie zdziwiłem się, że po jakimś czasie, gdy uniosłem wzrok znad podręcznika, zastałem widok śpiącej Daisy, która widać, że przegrała tę walkę ze snem. Odłożyłem książkę na biurko i osunąłem się w krześle, krzyżując palce od dłoni, które spoczęły na moim brzuchu. Przyglądałem się w ciszy temu widokowi, niepotrzebnie dziwiąc się, że zasnęła tutaj bez żadnego problemu. I to było już faktycznie urocze.
Podniosłem się, podchodząc do łóżka i zdejmując z niego wszystko co tylko mogło przeszkadzać. Zaczynając od książek, a kończąc na ołówkach, długopisach i tego typu rzeczach. Żeby niepotrzebnie jej nie ruszać, nie próbowałem wyciągnąć spod niej kołdry, ale zabrałem z szafy koc i okryłem nim Daisy, będąc świadomym, że wiecznie otwarte u mnie okno, wpuszczające tu orzeźwiające, zimne powietrze, niekoniecznie może być przyjemne dla dziewczyny tak jak jest przyjemne to dla mnie. Sam położyłem się na drugim krańcu łóżka na plecach, mając głowę wspartą o założone do tyłu ręce.

Daisy?

Od Molly

Wyjechałam ze swojego pokoju na korytarz i postawiłam bagaże na podłodze.
- Może zapakuję wam ciasto na drogę? - usłyszałam z kuchni głos babci.
- Doskonały pomysł, babciu! W końcu nie wiadomo, kiedy znów będziemy mieli okazję go skosztować! - odkrzyknął Leonard, stawiając swoje rzeczy obok moich. Chwilę po tym w przejściu pojawiła się kochana Miriam Fletcher z pełnym pojemnikiem.
- Jesteście pewni, że nie padniecie z głody podczas drogi? Żaden człowiek nie powinien jeść tylko trawy! - oznajmiła, podając Leosiowi szarlotkę. Chłopak wrócił jeszcze raz na piętro, aby upewnić się, że wszystko zabrał.
- Babciu, przecież dobrze wiesz, że mięsa nie jemy od paru lat! Od tego czasu jesteśmy w znacznie lepszej formie. - odparłam z uśmiechem.
- Wasi kuzyni w Stanach zajadają się podróbkami jedzenia i też nie wychodzą na tym najlepiej. Ale grunt to znaleźć równowagę! - Typowa Fletcher… Babcia Miriam nigdy się nie zmieni i chyba właśnie dlatego tak ją szanuję. Pomimo krytyki ze strony zarówno znajomych, jak i bardziej odległych członków naszej rodziny, Ona nadal jest sobą. Szkoda, że nie każdy tak potrafi… Odruchowo spojrzałam kątem oka na brata. Może rzeczywiście jest podobny do matki i podatność na manipulacje odziedziczył po jej krewnych… - Ale niech wam już będzie… A jak sprawuje się twoje „Ferrari”, Wróbelku?
- Zaczynam coraz bardziej się przyzwyczajać… Choć, to dziwaczne uczucie… - westchnęłam.
- Mówisz to staremu wróblisku, które od lat nie uniosło się w górę o własnych skrzydłach.
- Oj… Przepraszam… Nie powinnam tak mówić… - babcia podjechała swoim wózkiem do mojego.
- Nic się nie stało, Wróbelku. To ja powinnam przeprosić. Przecież do dla ciebie coś zupełnie nowego. Ja zmagam się z tym problemem od kilkudziesięciu lat, a ty od paru miesięcy. Poza tym nie jest ze mną tak źle. Ostatnio rehabilitacja przynosi efekty i coraz częściej wstaję.
- Cieszę się, że zostawiamy cię w dobrych rękach.
- A tam zaraz zostawiamy! - prychnął schodzący ze schodów Leo. - Nie wyjeżdżamy na całą wieczność, a  do ciebie, babciu mamy dużo bliżej niż do domu!
- To będzie doskonała wymówka, żeby w weekendy wpadać na herbatę i ciasto! - wywnioskowałam ze śmiechem.
- Tylko nie przesadźcie! Dam wam się nacieszyć nową szkołą! - oznajmiła stanowczo kobieta.
- Nie martw się, babciu! Na pewno w końcu się znudzimy! Ile czasu można spędzać z jakimiś końmi?! - ledwo wstrzymawszy śmiech, prychnął Liliput. Pożegnaliśmy się z babcią, zawołaliśmy zwierzaki i wsiedliśmy do taksówki. Oparłam lekko głowę o szybę.
Nie żałuję dnia, w którym zdecydowałam się na przeprowadzkę do Anglii. Morgan University to szkoła na bardzo wysokim poziomie. No i możemy częściej odwiedzać kochaną babcię. Poza tym tutaj jest... inaczej. W końcu to państwo na poziomie! Podobno Brytyjczycy to jeden z najbardziej gościnnych narodów. Kobiety wydają się takie eleganckie, delikatne i piękne. A mężczyźni? Uprzejmi, kulturalni, szarmanccy i do tego zabójczo przystojni! No, jednak zdarzają się wyjątki...
- Zabierzecie te cholerne graty z mojego wozu?! Nie mam całego dnia! - warknął taksówkarz.
- Spokojnie, sir! Siostra ma problemy z poruszaniem się i... - Leo nie zdążył dokończyć zdania.
- Nie mój interes, chłopcze! Mniej gadaj, więcej działaj!
- Monsieur, czy to na pewno tutaj? To istne... - zabrakło mi odpowiedniego określenia.
- Zadupie. - dokończył mój brat, wyciągając torby z bagażnika.
- O, właśnie! Czy to aby na pewno właściwy adres?
- Macie mnie za idiotę?! Oczywiście, że to tutaj! A teraz ruszcie się spod kół! I tak zmarnowałem już dość czasu. - fuknął, odjeżdżając w stronę miasta.
- Wygląda na to, że od czasów rodziców trochę się pozmieniało...
- Trochę to mało powiedziane… Ciekawe, czy ty też za parę lat będziesz takim dupkiem… - rzuciłam, czym prędzej odjeżdżając od brata na większą odległość.
- Spróbuję cię nie zawieźć, ale nic nie mogę obiecać. Przecież mnie znasz. - westchnął, podpinając psom smycze. Po raz pierwszy zrobił coś rozsądnego. Ze mnie zawsze się śmieje, gdy wolę mieć swojego Miśka tuż obok. Nie mam ochoty potem ganiać za psami po nieznanej okolicy i wydzierać się spanikowana jak kretynka…
- Ale poczekaj, poczekaj… Tak właściwie to ty już jesteś niezłym dupkiem!
- Przypomnę, że to ty wdałaś się w ojca! - fuknął z tym swoim brytyjskim akcentem, na co o mało nie wywróciłam się z wózka. Zatrzymałam się i zaczęłam śmiać, gibiąc przy tym na boki. Leoś stanął obok mnie ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma i grymasem na twarzy.
- Powiedz, jak… ty właściwie to… to robisz? - spytałam, nie mogąc się uspokoić. Ten prychnął jedynie, wyciągnął telefon z kieszeni i ruszył dalej. Po chwili coś odezwało się z mojej komórki. Z uśmiechem wywróciłam oczami, odczytując wiadomość:
Od Łoś-Leoś:
Nieważne, co powiem Ty i tak będziesz się śmiać! Jestem na przegranej pozycji!
- Nie odpowiedziałeś na pytanie! - krzyknęłam, ruszając za nim. Po chwili przyszedł kolejny SMS:
Od Łoś-Leoś:
To… samo wychodzi xD
- Nie wierzę Ci! - wrzasnęłam, zatrzymując się gwałtownie. Nagle mnie tknęło. Coś tu nie pasowało... Od ponad 10 minut szliśmy bez celu jakąś cholerną szosą wzdłuż lasu, a akademii wciąż nie było widać.
Od Łoś-Leoś:
Wiara jest kwestią indywidualną. To Twój problem :P
- Zachciało ci się filozofować! Lepiej rozejrzyj się za kimś, kto wskaże nam drogę! Tam dalej zaczynają się jakieś zabudowania!
- A jak trafię na rasistę, który w najlepszym przypadku także wyśmieje mój akcent?! - odkrzyknął mój brat.
- Jesteśmy w Anglii, gamoniu! Wezmą cię za jednego ze swoich!
Leonard mruknął coś jeszcze pod nosem, ale w końcu podszedł do jakiejś starszej pani, która pracowała w swoim ogródku. Przybrał swój uroczy uśmiech i kulturalnie spytał o drogę. Wymienili jeszcze trzy zdania, po czym z kwaśną winą wrócił do mnie.
- Nienawidzę cię. Nienawidzę, gdy masz rację. Ta staruszka wzięła mnie za Brytyjczyka i była ogromnie zdziwiona, że miejscowy mógł zabłądzić w tej okolicy. Jednakowoż łaskawie wyjawiła mi, gdzie wysadził nas ten przemiły taksówkarz. Okazuje się, że główna brama jest po drugiej stronie tego ogrodzonego lasu.
- Czyli jesteś zupełnie od…
- Dupy strony, dokładnie. - dokończył Leoś.
- No to spacer… - westchnęłam, ruszając dalej przed siebie. - Jakie są szanse, że dotrzemy przed zmrokiem?
- Przypuszczam, że niewielkie.
- Brakuje jeszcze słynnej londyńskiej pogody! - fuknęłam i nieco przyspieszyłam.
- Nie kracz! Przy naszym szczęściu zaraz rozpęta się solidna burza, podczas której zabłądzimy i zaatakują nas wściekli Angole z widłami! - jęknął Leo.
- Zachowujesz się jak baba. Poza tym ty też jesteś Angolem.
- Masz rację! Najpierw rzucą się na ciebie, dziką Francuzkę! Jakkolwiek źle by to nie brzmiało...
- W takim razie ja pierwsza czymś w nich rzucę! To małe, upierdliwe, wybredne i niewdzięczne stworzenie nada się idealnie!
- Poświęcisz Nevadę?!
- Właściwie miałam na myśli ciebie. - uśmiechnęłam się szeroko i pokazałam bratu język.
- Pfff! Ja upierdliwy!? Ja!? Niewdzięczny!? To okrutne i kompletnie bezpodstawne oszczerstwa! - fuknął, nadymając się jak chomik, któremu ktoś zabrał miseczkę z jedzeniem.
- Nie powinni nazywać cię Lion tylko Hamster!
- Pff! Hamster, też mi pomysł… Tylko nie zapominaj o Leopardzie! - prychnął oburzony.
- Masz absolutną rację! Cholera, ale z ciebie dziwne stworzenie! Mieszanka wybuchowa!
- Żebyś wiedziała…
- If you’re happy, happy, happy clap your hands! - zaczęłam śpiewać, próbując rozchmurzyć tę Ciamajdę. - If you’re happy, happy, happy clap your hands!
- If you’re happy, happy, happy clap your hands, clap your hands! If you’re happy, happy, happy clap your hands! - dołączył Leo.
Następne dwie godziny zleciały nam na wspólnym śpiewaniu ulubionych piosenek. Aż w końcu nareszcie przekroczyliśmy bramę akademii. Rodzice z końmi już czekali.
- Co tak długo? - spytała zaskoczona mama.
- Brytyjscy taksówkarze są podobni do amerykańskich. - wzruszyłam ramionami.
- Za chwilę musimy jechać… - rzuciła mama i poszła pożegnać się z moim bratem. Tymczasem tata wyprowadził Rudą z koniowozu i wręczył mi uwiąz do ręki.
- Opiekuj się nią! - rzucił, przed wejściem z powrotem do pojazdu.
- Mówisz do mnie czy do konia? - spytałam ze śmiechem.
- Najlepiej opiekujcie się sobą wzajemnie i nie zapomnijcie o Leośku i reszcie zwierzyńca! - odparł, mrugając do mnie. Poszedł pożegnać się jeszcze z moi bratem, a ja z mamą i odjechali.
- Weźmiesz kucyśka? Ja pójdę załatwić sprawę naszych pokoi i papierkową robotę. - Leonard zrobił swoje słynne maślane oczy.
- Resztą zoo też mam się zająć? - prychnęłam ciut oburzona, chwytając do drugiej ręki uwiąz kucyka. Chłopak odpiął wszystkie psy ze smyczy.
- Dasz radę! Przyjdę najszybciej jak to będzie możliwe! Potraktuj ich jako obstawę! Jesteś najlepsza! - krzyknął, biegnąc w stronę jakiegoś dużego budynku. Wywróciłam oczami z nadzieją, że za chwilę się wywali. Tak się jednak nie wydarzyło, ponieważ po kilku krokach biegu znów zaczął normalnie iść. Westchnęłam cicho i cmoknęłam na konie, które wolnym stępem ruszyły w stronę stajni. Za nami czym prędzej pobiegły rozbrykane psiaki.
- O co zakład, że poszedł do niewłaściwego budynku? - spytałam ze śmiechem Grizzly’ego, który w odpowiedzi szczeknął radośnie. Wszystkie zwierzaki były zachwycone nowym miejscem, z jednym małym wyjątkiem. Nevada nerwowo rozglądała się na boki, ledwo wystawiając głowę spod mojej bluzy. - Spokojnie, Malutka! Wszystko jest w porządku, możesz dalej spać. - szepnęłam, głaszcząc ją delikatnie. W odpowiedzi kotka jedynie miauknęła cicho i z powrotem się schowała. Podjechaliśmy bliżej jednego z wejść do stajni, z którego akurat wychodził starszy mężczyzna, dzierżący w ręku widły. Zauważył naszą pielgrzymkę i bez wahania podszedł.
- Mogę w czymś pomóc? - spytał z uśmiechem.
- Mam taką nadzieję. Moje nazwisko Fletcher, przyjechałam tu dzisiaj razem z bratem i tym mini-zoo. - również się usmiechnęłam.
- Ach, tak! Przypominam sobie! Proszę za mną! - odłożył widły i wziął ode mnie C’est la vie. Weszliśmy do ogromnego budynku stajni. Minęliśmy kilkanaście boksów, nim trafiliśmy na nasze. Stajenny wprowadził klacz, a ja kucyśka. Mały Banzai miał duży boks, w którym będzie mieszkać sam dopóki Leo nie znajdzie drugiego kucyka z równie diabelskim charakterkiem.
- Bardzo panu dziękuję! - zawołałam do odchodzącego mężczyzny.
- Nie ma problemu! Polecam się na przyszłość! - odkrzyknął i udał się w swoją stronę.
Zawołałam psy i powoli skierowałam się w stronę wyjścia.
- A ty gdzie z tym wózkiem?! - warknęła nagle jakaś dziewczyna.
- Przez stajenny korytarz. - odparłam spokojnie, zaciskając dyskretnie pięści. Grizzly natychmiast teleportował się i już stał przy mnie, cicho powarkując. Pogłaskałam go uspokajająco po łebku. Taka reakcja ze strony otoczenia była do przewidzenia… Może kiedyś się przyzwyczają i uwierzą, że ktoś taki jak ja wcale nie musi być gorszy...
- To lepiej się odsuń! Właśnie wychodzę! - fuknęła, zapinając swój kask. Wywróciłam oczami i cofnęłam się kilka metrów. - A tak na przyszłość, lepiej kontroluj swoje kundle. To stajnia, nie schronisko! - wyszła z boksu, rzucając mi na pożegnanie pobłażliwe spojrzenie. Uśmiechnęłam się do niej najszerzej jak potrafiłam. Gdy tylko się oddaliła zrobiłam zeza i pokazałam jej język.
- Oby było tu mniej takich idiotek… - mruknęłam do siebie. Jak na swój pierwszy dzień, miałam stanowczo dosyć. I gdzie się podziewa ten cholerny Leonard?! Zirytowana zaczęłam na oślep wycofywać wózkiem, chcąc szybko znaleźć się jak najdalej stąd. W głowie ciągle powtarzałam sobie, że wytrzymam i nie wybuchnę. Nagle zza moich pleców rozległo się głośne:
- Ałć!
Czym prędzej odjechałam kawałek do przodu i odwróciłam się do swojej ofiary.
- Cholera! Bardzo przepraszam! To zdarza się dosyć często… Nic ci nie jest?
- Myślę że przeżyję. Obiecuję, że oszczędzę ci kłopotów ze spowodowania uszczerbku na zdrowiu. - uśmiechnął się, podskakujący na jednej nodze chłopak. - Mam tylko nadzieję, że masz całe koło. Jeszcze byś mnie oskarżyła o zniszczenie mienia.
- Wózek jest przystosowany do poruszania się po większości nawierzchni. Sądzę, że ludzkie kończyny nie będą dla niego wyzwaniem. - zaśmiałam się, wyciągając do niego rękę na powitanie. - Molly Fletcher, miło mi! 


<Ktoś? Masz takiego ładniutkiego Olafa na zachętnę xD>

środa, 20 czerwca 2018

Od Katji CD Julesa

Uniosłam kącik ust. kiedy tylko usłyszałam słowa chłopaka. Tak, wypowiedział te słowa z typowym, brytyjskim akcentem w głosie, lecz mimo to, przekaz był zrozumiały. Byłam gotowa nawet pogratulować mu, że nie jest zadufanym w sobie Anglikiem, który jedyne, co potrafi, to pić herbatę i zarzucać zabójstwa na tle politycznym. Chociaż, zapewne jedynie dałam zwieźć się pozorom, a sytuacja przedstawia się diametralnie inaczej. Nieważne jednak są historyczne czy aktualne problemy między głowami państw, jeśli sama miałam na głowie jeden o wiele bardziej personalny.
Jak ja mam się go pozbyć, do cholery?
— Spasiba — rzuciłam, nadal utrzymując na twarzy ten delikatny półuśmiech, po czym wkroczyłam do środka przestrzennego budynku. Stukot kopyt Lokiego odbijał się echem od ścian, nieco uspokajając zarówno mnie samą, jak i konia. Jules natomiast zamknął drzwi, po czym minął mnie i gestem pokazał, abym szła za nim. Chcąc nie chcąc, zrobiłam to, próbując być cicho. Mimo, że miałam pytanie na końcu języka, a nawet kilka. Na przykład, dlaczego nie może sobie odpuścić? Poradziłabym sobie w taki czy inny sposób, a teraz swoją personą narusza moją przestrzeń prywatną. Chociaż, z jednej strony, tym swoich zachowaniem godnym byle podrostka z zawyżonym libido, pozwalał mi nie myśleć o całej chorej sytuacji, która zwaliła mi się na głowę jak lawina. Zdawałam sobie sprawę, że moje zachowanie w jego kierunku jest wręcz przesiąknięte uprzedzeniami i stereotypami, lecz co zrobić? Przecież nie dam mu szansy, prawda?
Oczywiście, że dam. Bo mimo wszystko, chcę mieć kogoś, do kogo mogę się zwrócić, nawet jeśli byłyby to głupie notatki.
— Oto twój boks — Zatrzymał się nagle, wskazał na drzwi i skłonił się, jakby co najmniej prezentował dzieło sztuki. Skomentowałam to prychnięciem, po czym wprowadziłam do środka ogiera. Przejechałam ręką po boku Lokiego, napawając się obecnością zwierzęcia i jego miękką sierścią. Gdybym miała taką możliwość, zostałabym z nim do końca swych dni. Co nie znaczyło wcale, że tego czasu jest specjalnie długo. Wzdychając ciężko, jakby to miało pomóc kamieniowi na moim sercu spaść, wtuliłam się w szyję ogiera.
— Dzięki, Jules — szepnęłam prawieże bezgłośnie, po czym zacisnęłam palce na grzywie konia. Chłopak poruszył się na korytarzu, aby po chwili ciszy odezwać się.
— Mówiłaś coś?
— Nie — odparłam z tą samą irytacją co wcześniej, odsuwając się od Lokiego. Następnie wyszłam z boksu, dwukrotnie sprawdzając, czy ogier na pewno ma wszystko, co potrzebuje. Brunet opierał się o drewniany słup, ręce krzyżując na piersi i przesuwając wzrokiem od jednego świetlika do drugiego. Kiedy tylko zorientował się, że wpatruję się w niego wyczekująco, momentalnie wrócił do stanu gotowości. Jedyne, co zmienił w dawnej pozycji, było to, że tym razem włożył ręce do kieszeni spodni. Nie zwróciłam na to większej uwagi. Nie było przecież moim marzeniem być wziętą za napaloną dziewczynę ze Wschodu. A z takimi komentarzami już się spotkałam. Między innymi, że Rosjanki i Ukrainki tylko do pracy jako dziwki się nadają. Wyszczekany niemiecki pies skończył z połamanymi żebrami oraz wybitą szczęką. Bo sam fakt, że mnie obrażał, uszedłby mu na sucho, ale to, że pchał się z łapami gdzie nie trzeba, zdenerwował również Vasila. A on nie skończy swojej roboty, dopóki sam nie uzna, że przesadził, o co u młodzieńca niezwykle trudno.
— To teraz szkoła, nie? — Jules ruszył przed siebie luźnym, zrelaksowanym krokiem, jednak powstrzymałam go ruchem głowy.
— Mam rzeczy w samochodzie — powiedziałam krótko, a zanim ciemnowłosy zdążył odpowiedzieć, już kierowałam się w stronę parkingu. Chłopak, mimo, że otrzymał nieme przyzwolenie, postanowił dokończyć swoje zadanie oprowadzania mnie i pokazywania co ciekawszych miejsc na terenie szkoły. Zaśmiałam się pod nosem, słysząc przyspieszone kroki za sobą. Wychodząc ze stajni, chłopak już zrównał się ze mną. W pewnym momencie, pochylił się, aby sprawdzić coś w telefonie, przez co dał mi możliwość przyjrzenia się jego osobie bez większych problemów. A ja, nieważne jak mocno utwierdzona w przekonaniu, że Jules to jedynie uparty kobieciarz, musiałam przyznać, iż rzeczywiście, jest na co popatrzeć.
Żuchwa, wyraźna i współgrająca z dobrze widocznymi rysami twarzy, skupiła wpierw mój wzrok, lecz ostatecznie to oczy przyciągnęły w największym stopniu uwagę. Były duże i posiadały piękną, zieloną barwę. Tak, ten Anglik należał do nieco bardziej urodziwej części ich narodu.
Nasze spojrzenia skrzyżowały się nagle, więc momentalnie odwróciłam wzrok i zacisnęłam dłonie w pięści. Nim zdążył się chociażby głupkowato uśmiechnąć, zabrałam głos.
— Miałeś coś na twarzy — warknęłam, po czym podeszłam do samochodu, zostawiając Julesa z wyimaginowanym problemem. Wyciągnęłam kluczyki z kieszeni, po czym otworzyłam bagażnik i zmierzyłam wzrokiem torby. Smoothie wezmę na wierzch, jak się zabiorę z tym wszystkim. Sięgnęłam po pierwszy bagaż z brzegu, kiedy to nagle męska dłoń pojawiła się w polu mojego widzenia. Od razu do głowy przyszły mi prawdopodobne i te nieco mniej scenariusze. Tak. jak na treningach z Vasilem czy Siergiejem, chwyciłam potencjalnego napastnika, gwałciciela, zamachowca czy Bóg jeden wie, kogo jeszcze, za nadgarstek. po czym wykręciłam mu go na plecy. Odruchowo stanęłam za nim, pchnęłam na trawę i przygwoździłam kolanem do ziemi. Dopiero kiedy emocje opadły, a do moich uszu dobiegł stłumiony głos Julesa, zarzuciłam włosami i nieco rozluźniłam uścisk na ręce chłopaka. Ale tylko w niewielkim stopniu.
— Co ty robisz? — Byłam wściekła zarówno na siebie, że tak agresywnie reaguję na niby zwykłe gesty, jak i na chłopaka, że zaskoczył mnie. Ściągnęłam brwi, po czym westchnęłam ciężko — Wot durak!

<Jules?>

Od Julesa cd. Katji

Usiadłem na jednej z ławek ustawionych na każdym rogu budynku akademika i odpaliłem papierosa, nie przejmując się za bardzo tym, że któryś z pracowników może mnie zauważyć. Do tej pory uchodziło mi to na sucho, więc nie zakładałem, że tym razem mogło wydarzyć się inaczej. Zaciągając się dymem po raz kolejny poczułem ulgę. Odkąd Miles i Camilla wyjechali wszystko mi się posypało, nie miałem nawet z kim porozmawiać, nikt tutaj nie był w stanie mnie zrozumieć, a ja... nawet nie chciałem gadać z nikim innym. Moje życie straciło sens od czasu wypadku, a gdy prawie udało mi się pozbierać, zostałem sam. Zresztą, nie potrzebuje nikogo, sam sobie świetnie poradzę.
Widząc wychodzącą z budynku akademika panią Ruby, zgasiłem papierosa i wrzuciłem go do kosza. Kobieta podeszła do mnie, pociągając przy tym nosem. Myślę, że chciała dać mi do zrozumienia, że wyczuła tytoń, ale tym razem nie wyciągnie z tego konsekwencji. Pani Stewart była naprawdę w porządku, gdybym trafił na Sama Stewarta pewnie dostałbym w ramach "kary" jakieś dodatkowe prace na terenie Morgan University. Już kilkukrotnie za łamanie różnych punktów regulaminu musiałem grabić liście, sprzątać boksy, zmywać podłogi na korytarzach, czy chociażby zmiatać chodnik prowadzący do akademika. 
- Dzień dobry, Jules - odezwała się z uśmiechem. 
- Dzień dobry - odpowiedziałem, wstając z ławki. Wiedziałem, że przyszła do mnie w jakimś konkretnym celu, jednak nie przypomniałem sobie, żebym w ostatnim czasie zrobił coś nieodpowiedniego. 
- Pamiętasz wczorajszą sytuację z jednym z uczniów? - O cholera, jednak zrobiłem coś nieodpowiedniego w ostatnim czasie. 
- Mhm. 
- Rozumiem, że mogłeś być odrobinę wzburzony tym co zrobił, ale to nie był powód by tak na niego naskakiwać. - Skrzywiła się. 
- Zarysował mój motocykl! 
- Wiem, ale to nie był powód, by używać wobec niego tak... wulgarnych słów. Obawiam się, że gdybym nie przyszła w porę, mogłoby dojść do rękoczynów. - Na pewno doszłoby do rękoczynów, już miałem mu przywalić, gdy pojawiła się pani Ruby. Ten idiota nie dość, że zarysował mój motocykl, to jeszcze w ogóle nie poczuł się do winy, uznając, że nic się nie stało. - Za to mam dla ciebie zadanie. Nie traktuj go jako kary, będzie to przysługa, za którą przymknę oko na twoje wczorajsze zachowanie, ponieważ po części je rozumiem. 
- Co mam zrobić? 
- Najpierw mnie posłuchaj. Rozumiem twój wczorajszy wybuch złości, ale musisz zrozumieć, że przemoc nie jest dobrym rozwiązaniem. 
- Wiem. - Kiwnąłem głową mając nadzieję, że wreszcie przejdzie do rzeczy.
- Oprowadzisz nową uczennicę. Przez pierwsze dni pobytu będziesz jej pomagał w odnalezieniu się w szkole i akademiku. Miała to zrobić Emerson, ale ma właśnie trening przed zawodami, którego nie może opuścić. 
- Okej. - Wzruszyłem ramionami.
- Poczekaj tutaj. - Uśmiechnęła się i po chwili dodała na odchodne. - Katja powinna zaraz się tu pojawić. 
Opadłem z powrotem na ławkę, opierając głowę o zimne mury budynku akademika. Nie miałem ochoty bawić się w niańkę, chociaż... dyrektorka zaznaczyła, że będzie to nowa uczennica, więc może nie będzie tak źle. Już chciałem odpalić kolejnego papierosa, gdy na parking wjechał czarny Rolls-Royce Phantom, szybko poznałem markę, bo jakiś rok temu mój ojciec kupił sobie identyczny, tylko biały. Auto zatrzymało się na miejscu przeznaczonym dla pracowników Morgan i mimo, że nie było to w żaden sposób oznaczone, każdy z nas o tym wiedział. Dlatego też domyśliłem się, że prawdopodobnie przyjechała uczennica, o której mówiła pani Ruby. Odetchnąłem ciężko i niechętnie podniosłem się z ławki zauważając, że dziewczyna zbytnio nie spieszy się z opuszczeniem samochodu. Podszedłem bliżej i zapukałem w szybę od strony kierowcy. 
- Blyat! - Usłyszałem stłumiony krzyk, zaraz po tym jak dziewczyna podskoczyła w siedzeniu. Spojrzała na mnie, jakbym właśnie wymordował jej połowę rodziny albo co najmniej kota i dopiero po dłuższej chwili odpięła pas, po czym wysiadła z pojazdu. - Coś się stało? Zaparkowałam w złym miejscu? 
- Poniekąd tak. To miejsce przeznaczone jest głównie dla pracowników. Masz na imię Katja, prawda? 
- Tak, a.. skąd to wiesz? Znasz mojego brata? Kuzynkę? - Dziewczyna zmarszczyła brwi, aha w tej chwili miałem czas, by trochę się jej przyjrzeć. Była dość wysoka, jednak wciąż niższa ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów, a może i więcej. Ostre rysy twarzy idealnie współgrały z wyrazistymi, niebieskimi oczami. Włosy w kolorze ciemnego brązu związała w długi warkocz i... musiałem przyznać, że była naprawdę ładna. Jeżeli zaraz nie przestaniesz się tak na mnie gapić, to...
- Naprawdę masz tu znajomych, a to mi kazali cię oprowadzać? - Skrzywiłem się myśląc, co innego mógłbym robić w tym momencie. Chociaż... zainteresowała mnie. 
- Mam tu rodzinę i nie widzę powodu, żebyś zaprzątał sobie mną głowę. - Uśmiechnęła się, jednak bez problemu wyczułem w tym nutę irytacji. 
- Aktualnie większość jest na treningach, więc chyba jednak przez najbliższy czas będziesz na mnie skazana. - Puściłem jej oczko, na co wywróciła oczami. Pospiesznie przeparkowała samochód w inne miejsce i od razu zabrała się za wyprowadzenie swojego konia z przyczepy, czemu uważnie się przyglądałem. Ogier spokojnie wyszedł i zatrzymał się w miejscu, poświęcając chwilę na rozejrzenie się po okolicy. - Pomogę ci znaleźć jego boks.
Skierowaliśmy się w stronę stajni, a ja liczyłem jedynie na to, że uda nam się zdążyć przed wracającymi z treningów uczniami. W pewnym momencie Katja zaczęła mówić coś do ogiera w innym języku i z tego co udało mi się zrozumieć, był to rosyjski. 
- Jesteś Rosjanką? - Spytałem, otwierając wielkie drzwi wejściowe do stajni. W odpowiedzi usłyszałem jedynie ciche "mhm". - Jedyne co umiem po rosyjsku to Mienia zawut Jules, w sumie nawet nie wiem czy powiedziałem to dobrze 

















Katja? 
może nie jest najlepsze, ale po tej długiej przerwie jeszcze nie wróciłam do wprawy XD

od Rose

Wlepiłam wzrok w tablicę na której nauczyciel powoli zapisywał kolejne fragmenty jakiegoś równania, moja tłumaczka czytała aktualnie książkę obok mnie i zagryzała dolną wargę. Westchnęłam i przejechałam rękoma po twarzy, czemu powstała matematyka? Miałam wrażenie, że nauczyciel naumyślnie robi wszystko za szybko i nie tłumaczy tyle ile powinien, zrezygnowana ponownie podniosłam rękę.
-Tak Rose? -Nauczyciel zwrócił na mnie szybko uwagę przez co i translatorka podniosła głowę. Nie tym, razem mogę sobie chyba dać radę sama co? Podniosłam się i podeszłam do tablicy, znalazłam moment który przyprawiał mnie o dreszcze i postukałam w niego po czym rozłożyłam ręce w geście niewiedzy.
-Eh.. Mamy zmianę znaku bo działanie jest przewrotne (matylda i jej tłumaczenie matematyki poziom 100). - Wskazał na minus przed liczbą x.
-To wiem, ale czemu nie wcześniej ? -Wymigałam i popatrzyłam na kobietę która szybko powiedziała moje migi na głos.
-Bo wcześniej było mnożenie
Kiwnęłam głową, to wiele wyjaśniało.  Z powrotem usiadłam na swoje miejsce nie zwracając uwagi na klasę, ludzie mnie traktowali jak mnie słyszeli, czyli nie istniałam dla nich.
Kiedy rozległ się ubłagany dzwonek wyskoczyłam z miejsca i nie pakując się zgarnęłam książki pod pachę, teraz był trening crossa, co oznaczało ,że pan O'Donnelwsiadał na konia. Nie mogłam opuścić takiej okazji za żadne czasy. Po drodze zgarnęłam Kota z pokoju i szybko ruszyłam pod tor.Znalazłam się na miejscu  10 minut i usiadłam na swoim stałym miejscu widokowym, teraz tylko czekamy. Kot usiadł mi pod nogami i poszedł ponownie spać. I .. zaczęło się, wjechali uczniowie a z nimi on, nie byłam pewna kiedy  spodobał mi się nauczyciel ale pomiędzy treningami zaczęłam coraz częściej myśleć o jego osobie i jakoś tak wyszło. Przyglądałam się zauroczona jak O'Donnel kieruje konia na przeszkodę i pokazuje wszystkim co powinni robić, słyszałam głośne śmiechy wszystkich uczniów i prychanie koni raz na jakiś czas, to wszystko wydawało się odrobinę zakłamane ale kto mi zabroni moich nastoletnich uczuć?  Poza tym, on był dojrzały, przystojny i wiedział co robi, na pewno nie skrzywdził by kogoś takiego jak ja. Pokręciłam sama do siebie głową i uśmiechnęłam pod nosem.Trening niestety dobiegał powoli końcowi , moja skóra nałapała promieni słońca i byłam pewna ,że pomimo kremu z filtrem jutro będę miała wszędzie piegi. Kiedy już wszyscy spokojnie stępowali nagle pod płotem pojawił się on, uśmiechnął się w taki słodki sposób i zapytał.
-Chcesz się uczyć crossa? Mam wolne miejsce w grupie zapraszam -Zatrzymał konia i czekał na odpowiedź, o szlag ! Czemu akurat teraz muszę być niema? Pokiwałam głową entuzjastycznie .
-Podejdź do mnie w stajni dobra? Obgadamy wszystko -Odjechał ponownie uśmiechając się. Rozanielona ruszyłam do stajni z Kotem u boku. Dopiero pod boksem klaczy na której dzisiaj  był O'Donnel znów dotarło do mnie że obgadanie będzie raczej mało możliwe. Stuknęłam się w czoło z otwartej dłoni i skrzywiłam.
-Czemu się bijesz?-Głos nauczyciela mnie przestraszył. Uśmiechnęłam się przepraszająco i wzruszyłam rękoma w geście niewiedzy.
-Jak masz na imię? -Zapytał i zdjął siodło z kobyłki. Zagryzłam wargę, nie mam na sobie telefonu ani mojej standardowej kartki tłumaczące, trochę przypał.
"Rose " Wymigałam .
-Oh.. To ty jesteś tą niemą uczennicą. - Podrapał się po głowie. Słyszał o mnie? Ciekawe co słyszał. Mam nadzieję że tylko same dobre słowa..Zamyśliłam się na chwilę .
-No to.. masz gdzieś interpretatorkę? Przypisaliśmy ci taką osobę prawda?- Zdjął kask i uwolnił lekko spocone kosmki włosów, Jezu mogła bym się na niego patrzeć cały dzień. Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową, no gdzieś była, pewno poszła na obiad jak to normalny człowiek powinien..
-Uh.. Idziesz na stołówkę? Muszę zjeść coś po treningu bo zaraz padnę..- Energicznie pokiwałam głową . Kot niecierpliwie zaszczekał obok mojej nogi.
-To pies przewodnik tak? Hej-Kucnął i wstawił rękę, Kot podniósł na mnie głowę oczekując na komendę, machnęłam dłonią pozwalając mu na przywitanie się. O'Donnel został zasypany całusami , trochę zazdrościłam kotowi szczerze mówiąc..
-Dobra zmienię koszulkę i idziemy, Mam na imię Liam O'Donnel ale możesz mi mówić Liam -Dodał po chwili i wstawił przed siebie rękę. Potrząsnęłam nią szybko, była ciepła i sucha, szorstka jak wypadało na kogoś kto pracował przy koniach i w stajni. Nadal nie wiedziałam jak się przedstawić więc ponowiłam gest z moim imieniem.
-Dowiem się jak masz na imię później, poczekaj okay ?-Poszedł do pokoiku z sprzętem trenerów. Po chwili wrócił przebrany w spodenki koszulkę i trampki, pod pachą niósł też zeszyt i długopis, geniusz.. Napinał mięśnie rąk i uśmiechał się w taki zabójczy sposób.. Jezu czemu on jest taki idealny. gdybym mogła to wydała bym pewno teraz z siebie multum nie określonych dźwięków. Liam uśmiechnął się w moim kierunku i podał zeszyt.
-Teraz , jak masz na imię?
"Rose" Napisałam starając się aby moje pismo wyglądało schludnie i zgrabnie.
-Miło cię poznać Rose.. No to co trenujesz?
"Ujeżdżenie "
-Hm.. możemy mieć pewno problemy z zapchaniem konia z ujeżdżenia na cross. ale zobaczymy co się da zrobić dobra? -Zanim się zorientowałam staliśmy pod stołówką, czemu czas leciał tak szybko?
-Idę do pokoju nauczycieli, do zobaczenia -Pochylił się i pogłaskał Kota po głowie zostawiając mnie z zeszytem, długopisem i zmieszaniem w głowie. Wypuściłam powietrze z płuc i zaklęłam w myślach patrząc jak idzie do innych drzwi, jezu jaki miał tyłek. Odwróciłam się do drzwi i wleciałam na kogoś.
<Hej ktosiu? Chcesz możne jechać na tę przygodę spierdolenia razem ze mną?>

wtorek, 19 czerwca 2018

Od Harry'ego cd. Isabelle

Dalsza dyskusja o tym, że powinna położyć się spać i wreszcie chociaż trochę odpocząć, nie miała większego sensu. Skoro podjęła już decyzję i wybrała książkę, nie było odwrotu, a mi pozostało jedynie podanie numeru strony lub dalsze upieranie się przy swoich racjach, do bez względu na wszystko przyniosłoby znikomy skutek. Jestem dumny, że udało mi się chociaż przekonać ją do opuszczenia szpitala i zatrzymania się w pobliskim hotelu, którego warunki może nie były powalające, ale zawsze lepsze niż ponura poczekalnia i plastikowe krzesła.
Isabelle przekartkowała książkę, mierząc mnie przy tym zirytowanym - przez moje niezdecydowanie - wzrokiem. Otwierając odpowiednią stronę odchrząknęła i zaczęła czytać.
“Nie miałam czasu, by zastanawiać się, jak zareaguje, by pomyśleć, że przez ostatnie tygodnie praktycznie wcale się nie dotykaliśmy. Potrzebowałam tego, potrzebowałam jego, a on potrzebował mnie. Objął mnie ramionami i przyciągnął do siebie, chwilę później całowałam go, on odpowiadał tym samym, przyciskając mocno usta do moich warg. [...] Zacisnęłam powieki i pocałowałam go natarczywie, błagając w myślach, by pozwolił mi o wszystkim zapomnieć, bym nie czuła niczego ponad tę bezdenną, nieopisaną czarną dziurę, która rozdzierała mi wnętrzności. [...] Przywarł do mnie mocno, niewyobrażalnie blisko, przesuwając się przy tym na krawędź krzesła. Sądziłam, że poprowadzi nas do łóżka, ale on zamarł na chwilę i w tym wilgotnym, drżącym ułamku sekundy coś między nami się zmieniło.” ~~Rebelianci
- Myślę, że wybrałem bardzo ciekawą stronę. - Uśmiechnąłem się, gdy skończyła czytać.
- Myślę, że wybrałam bardzo ciekawą książkę. - Wzruszyła ramionami, wracając pospiesznie do salonu i już po chwili przyniosła ze sobą trzy nowe książki.
- Issy - jęknąłem, widząc nowe lektury - miałaś odpocząć i pójść spać.
- Odechciało mi się. - Uśmiechnęła się, zajmując swoje poprzednie miejsce. - Oj, przestań. Teraz będę czytać tylko pojedyncze zdania. Strona.
- Czterdzieści cztery - westchnąłem, przyciskając poduszkę do twarzy.
- Które zdanie?
- Druga linijka.
- Czemu nie mogłeś powiedzieć zdania tylko linijkę? Robisz mi na złość? - zaśmiała się, a ja już wiedziałem, że nie uda mi się szybko przekonać jej do pójścia spać. Otworzyła kolejną książkę, i szybko wyszukała odpowiednie zdanie.
- "Rycerz na Białym Koniu stał przed nią i się oświadczał. Świat zbliżał swoją pogodną twarz do jej twarzy. Umierała. Więc tak, tak. To nic, że go nie zna. Jest nareszcie, nareszcie jest. Podała mu dłoń, jak pieczęć i tajemnicę. Oto stało się. Pochylił się i wyciągnął ją z samochodu. Straciła przytomność. Kto wie, co się z nią dzieje. Miał tylko nadzieję, że ma nieuszkodzony kręgosłup."~~Zagubione niebo
- Wydaje mi się, że to było więcej niż jedno zdanie. - Westchnąłem, zabierając jej wszystkie książki i odkładając je na szafkę nocną. - Nie możesz po prostu położyć się i spać?
- Nie mogę, ale jeżeli ty chcesz spać, to naprawdę nie mam nic przeciwko. Ja sobie poczytam... - W tym momencie chciała sięgnąć po książki leżące za mną, ale w porę złapałem ją za ręce uniemożliwiając wykonanie tej czynności. Isabelle opadła na mnie cicho się śmiejąc. - Proszę cię.
- Nie, masz iść spać.
- Rozkazujesz mi? - Uniosła brwi, próbując wyrwać dłonie z mojego uścisku. - Zwykle nie jesteś aż tak stanowczy.
- A ty zwykle nie jesteś taka uparta... no dobra, jesteś, ale..
- Nie jestem uparta.
- Jesteś.
- Nie.
- Nie zaczynajmy się teraz kłócić.. - Westchnąłem i wywróciłem oczami. Issy próbowała w każdy możliwy sposób odciągnąć moją uwagę od snu, którego wiem, że potrzebowała. - Skarbie, proszę cię.
- Okej, niech ci będzie - jęknęła, kładąc się z powrotem obok mnie.
- Tęskniłem za tobą. - Odezwałem się, patrząc jej w oczy. - Bałem się, bardzo.
Czułem, że dopiero teraz tak naprawdę te wszystkie emocje, które towarzyszyły mi przez te kilka dni, zaczynają odpuszczać. Isabelle nie powiedziała nic, przysunęła się bliżej i opierając głowę o moją klatkę, przytuliła mnie mocno. Objąłem ją, delikatnie gładząc dłonią jej plecy. Po chwili uniosła głowę, sięgając powoli do moich ust. To już nie było to samo, co przed chwilą. Nie było w tym już takiej namiętności, pożądania... była tylko tęsknota.
~~*~~*~~
Rano wyjątkowo to ja wstałem wcześniej. Oczywiście zaplanowałem to już poprzedniego dnia, bo wiedziałem, że będę musiał pójść po śniadanie i kupić czyste ubrania dla Issy. Nie miałem pojęcia, jakim cudem już o godzinie szóstej byłem na nogach, a jeszcze większym zaskoczeniem był fakt, że podczas mojego powrotu z reklamówką ubrań, naleśnikami i gorącą kawą, Isabelle jeszcze spała. Tak bardzo zapierała się, że nie jest zmęczona. Nie miałem zamiaru jej budzić, chociaż obawiałam się konsekwencji za to, że jej nie obudziłem... Tak źle i tak niedobrze. Ostatecznie podjąłem decyzję, że jeżeli nie wstanie przez najbliższe pół godziny, to wtedy zaryzykuję i ją obudzę.
Jak się okazało, nie musiałem długo czekać, bo po zaledwie pięciu minutach spowodowałem niemały hałas, przez zrzucenie książek z szafki nocnej. 
- Która godzina? - mruknęła pod nosem, przecierając oczy. 
- Jakoś przed dziewiątą, śpij jeszcze - odpowiedziałem, podnosząc książki w celu zaniesienia ich do salonu. 




Isabelle?